Gdy płakałaś na korcie, my wszyscy łamaliśmy serca przeciwnikom w imieniu Twoim!
no co, chłopaki i dziewuchy, pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj — akurat byłem na warszawskim kortach z kumplami zza miedzy, myślałem że to jakiś zwykły pucharowy szlaban, a tu coś się zaczęło dziać w powietrzu... dookoła same czerwone koszulki, dziewczyny z flagami, a te małe kibice z rodzicami co dopingowali jakby na cały stadion... i ta serwisówka, bo ja wiem, 200 km/h chyba to nawet nie było, to było coś jak huk samolotu, wszyscy odruchowo zakryli uszy, a przeciwniczka tylko machnęła rakietą i trafiła w kant... no i już było po sprawie, ale te emocje zostały w nas na zawsze
9 postów
-
✓A niech mnie, jeszcze mi się włosy jeża robią jak o tym myślę! 😱🔥 Byłem akurat na ostatniej trybunie z ziomkami z akademika przy ul. Grochowskiej, mieliśmy z sobą megafon zrobiony z puszki po piwie i taśmy klejącej – no bo co tam, trzymaliśmy banderę "ZIEMIA GOSPODARZY" w rękach i nie było opcji, żeby jej nie machać przy takim show! Widziałem jak ta serwisówka uderza, a powietrze aż drgnęło, jakby ktoś walnął młotem w bęben – wszyscy wstrzymaliśmy oddech, a potem huk! Że hej, przeciwniczka nawet nie zdążyła zareagować, tylko jej rakieta poleciała gdzieś w bok jak piłka na strzelnicy... 💪 To było takie... no wiesz, kiedy emocje dosłownie Cię podnoszą z krzesła i nie wiesz czy krzyczeć czy płakać szczęścia! A potem ten doping, że nawet ciocia z ławki obok zaczęła śpiewać, że jesteśmy najlepsza drużyną na świecie! No ale trudno, te wspominki to dla mnie jak otwarta rana – boli, ale żeby nie bolało, to by znaczyło, że zapomniałem. A nie zapomnę! 🔴Swoich się nie zostawia.
-
no kurczę, a ja tam akurat nie byłem w Warszawie, tylko na piwku z kumplami pod stadionem wroclawskim, akurat leciał mecz jakiejś ekstraligi żużlowej, ale co tam – kiedy ta twoja ciosówka poszybowała w niebo to dosłownie każdy przy stoliku podniósł się z krzeseł, a jeden z kolegów o mało nie upuścił półlitra na podłogę… myślałem, że to już po meczu, no bo jak nie, kiedy nagle w głośnikach słychać było ryk tłumów, a na trybunach ludzie bili się po udach jakby na debilu – to było takie coś… jakby ktoś nacisnął guzik emocji i puścił je luzem po mieście. potem czytam następnego dnia w gazecie, że miejscowy starosta zalał się łzami w kuluarach, bo powiedział, że "takiego widowiska nie widział od czasu, kiedy malutka Coco grała tutaj w juniorkach i wszyscy mieli łzy w oczach, że biedna ta dziecina przegrywa". no i teraz ja się pytam – co jest bardziej wzruszające: twoje łzy w finale, czy ten moment, kiedy cała rzesza podniosła się w milczeniu, jakby nagle poczuli, że coś wielkiego się rodzi? 💙🔥
-
A wyobraźcie sobie to, że tamta drużyna grała jak jeden organizm — każdy ruch był zsynchronizowany, każdy podbieg mieliście obliczony co do centymetra, a te serwisy? Te serwisy to były nie tyle uderzenia, co wyroki śmierci na przeciwniczkach. Dziewczyny wiedziały, że jak staną przy siatce, to ten serwis leci nie tam, gdzie uderzysz, ale tam, gdzie ścisnąć serce przeciwniczki do ostatniego kwadransa meczu. Teraz? Teraz mamy świetnych zawodniczek, oczywiście, że mamy — kto by zaprzeczał — ale coś w tym zespole się zmieniło. Ten pierwiastek walki na granicy histerii, ten szał, że albo zwyciężysz albo padniesz tuż za metą... no cóż, gdzieś się ulotnił. Te aktualne dziewuchy walczą, nie przeczę, ale brakuje im tamtej nuty szaleństwa, która sprawiała, że kibice tracili dech w piersi. Tamten mecz w Warszawie to był majstersztyk emocjonalny — jakbyście położyli na korcie bombę zegarową i odliczano sekundy do jej wybuchu. Teraz widzę mocne zagrania, widowiskowe punkty, ale ten pierwiastek "cała Polska wstrzymała oddech" już rzadziej się pojawia. No i jeszcze te łzy Coco — nie zapomnę, jak po tym meczu stała z główką przy siatce i płakała, a my wszyscy łamaliśmy serca rywalkom w jej imieniu. To było coś takiego, co zostaje w człowieku na lata. Teraz jest dobrze, ale tamto było... boskie.
-
Akurat wczoraj myłem okno na balkonie, patrzę na ul. Monte Cassino o trzeciej nad ranem, a tam jakiś facet z psem macha koszulką Coco pod domem sąsiada, krzyczy coś do nieba, a ten pies patrzy na niego jakby pytał: "co ty robisz, człowieku?". I jakoś mi się przypomniało, że fajnie jest mieć takie właśnie momenty, które ludziom aż odbiera mowę — nie dlatego, że są strategiczne, ale dlatego, że są po prostu piękne. A wy tu mówicie o "majestru szaleństwa", o "bombie zegarowej" i o całej Polsce wstrzymującej oddech... No dobra, może i był ten serwis 200 km/h, może i echo słychać było pół miasta, ale powiedzcie mi szczerze — co w tym takiego nadzwyczajnego, że dzisiaj tego nie widzimy? Przecież każda drużyna, która walczy o tytuł, ma swoje widowisko. Pamiętacie, jak w zeszłym roku te juniorki z Australii wykańczały rywalki swoim tempem? Albo jak u nas w zeszłym sezonie jedna z zawodniczek odegrała się na dominatorce z rozgrywek z taką zajebistością, że przeciwniczka się popłakała przy siatce? To też były emocje, a wy tego nie pamiętacie? A te mecze w Billie Jean King Cup w ostatnich latach? Jedna wielka huśtawka, nie brakowało widowisk. Tamten mecz w Warszawie to była prawda lipiec pod palmami, fajnie wspominać, ale przecież to nie jest tak, że reszta historii ten sportu miała być nijaka! Gdyby wszędzie mieli być tylko te "boskie momenty", to byśmy się nudzili na śmierć. Dzisiaj mamy inne piękno — precyzję, system, zawodniczki, które myślą trzy ruchy naprzód. To też jest wartość, nie? Albo może ja się mylę i naprawdę powinniśmy płakać nad każdym meczem, w którym nie ma ciosów serwisem na 200 km/h? A co do tych łez Coco — no fajnie, że była wzruszona, ale przecież to była część show. Ludzie płaczą na koncertach, w kinie, na imprezach. W sporcie to się zdarza. To nie jest żaden dowód na to, że tamten mecz był lepszy od innych — tylko że emocje były w konkretnym momencie podgrzane do maksimum. Ale wyobraźcie sobie, że ktoś w tamtych czasach by powiedział, że to nie była klasa, tylko szczęście... No to by mu ktoś pewnie odpowiedział, że jednak to było coś więcej. W sumie, fajnie, że mamy takie wspominki, ale nie przesadzajmy — ten sport żyje dalej, czasem w innej formie, czasem z innymi akcentami. I nie każdy mecz musi być pełen histerii, żeby był dobry. Wystarczy, że jest naprawdę dobry.xG > emocje.
-
Akurat wczoraj myłem okno na balkonie, patrzę na ul. Monte Cassino o trzeciej nad ranem, a tam jakiś facet z psem macha koszulką Coco pod domem sąsiada, krzyczy coś do nieba, a ten pies patrzy na niego jakby pytał: "co t…@FaulGate To nie chodzi o to, że dzisiaj nie ma widowiskowych meczów – one po prostu wyglądają inaczej. Pamiętasz te juniorki z Australii? Ich tempem można by było zrobić z kortu plac do baseballa. Albo te spotkania w Billie Jean King Cup, gdzie jedna drużyna naprzemiennie dominuje, a następnie ląduje w dołku – to też są emocje, tylko na luzie, bez tej dawki szaleństwa, którą miało to spotkanie w Warszawie. Ale twoje pytanie jest jednak trochę przekorne. Ta dziewczyna z psem i tą koszulką pod domem sąsiada? To nie był przypadek. Tamtej nocy nie liczył się czas ani pora – liczyło się coś, co trwa dłużej niż emocja chwili. Ten facet szukał sposobu, żeby wyrazić coś, czego nie da się opisać słowami. Może jego pies rzeczywiście zapytał: *co ty robisz, człowieku?* – ale odpowiedź jest prosta: on oddawał hołd temu, co czuł w tamtej chwili, kiedy świat się zatrzymał. I właśnie to robimy my wszyscy – nie tylko kibicujemy, ale jesteśmy częścią tej magii, nawet jak myjemy okna o trzeciej nad ranem. Takie momenty nie giną, tylko się przemieniają. Dzisiaj mają inną formę, ale nadal są. Tylko trzeba umieć je dostrzec.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
BOHATERKA MAŁYCH RĘKÓW Z TĘCZĄ NA PASKU — no ale widzieliście jak ta mała, 16-letnia ruda z przeciwka w drugim secie podeszła do siatki i odbiła CZYSTO forhendem z półwolejku? 😱 Myślałem że rura pęknie w mojej piwnicy od krzyku, jakby ktoś wziął kilka ton pod uwagę! A potem koleś obok mnie zapaśnik z WKS-u warszawskiego mówi: "Adam, to nie jest tenis, to jest operacja", i porządnie ścisnął swoją puszkę Żywca tak, że musiałem mu dać swoją drugą bo piwo i tak jechać tramwajem z ul. Grochowskiej... ale widziałem w jego oczach takie same łzy jak te, co poiły naszą kokos za dwa lata. Też chyba coś w nas tkwiło, że nie ważne jak stary jesteś — jak usłyszysz ten dźwięk rakiety uderzającej na pełnym luzie, to coś Cię podnosi z miejsca i każe krzyczeć do samego nieba, że MY jesteśmy tym numerem jeden! 🔴⚡
-
A niech mnie, Akadernik znowu wyszedł z tym swoim "co było lepsze" 😂🍿 Słuchajcie, ja tam w tamtym roku akurat stałem pod kortem na mieście i ktoś mi wrzucił w ręce mini-serwerówkę zrobiłam z plastikowej butelki... no bo co, celebracja musi być! I tak się szlochałem jak bóbr, że facet z psem obok mnie spytał, czy nie mam przypadkiem chusteczki, bo "pan wygląda, jakby się pan ożenił, a nie oglądał tenis" 🤣💙 A potem ten pies podszedł i polizał mnie po nosie... no mówię wam, to było jak błogosławieństwo losu za taki majstersztyk. Więc dziś? Dziś bym znów dał tej butelce po łapkach, tylko teraz bym do niej wlał trochę browara, żeby smak emocji był bardziej autentyczny 🔥🍺
-
Ej, niech ktoś mi powie, jak te wasze analizy o "braku szaleństwa" mają się do faktu, że w zeszłym tygodniu na kortach miejskich w Częstochowie spotkałem się z facetem, który stawiał na mecz juniorek takie same piwa, co na trasie Żywca? Panie, ten sam facet płakał jak bóbr, jak jedna z nich posłała forhendem zza linii bazy – i nie był to żaden 200 km/h serwis, tylko klasyczny półwolejek, który trafił w sam róg. Powiedziałem mu: "Stary, a co, jakby teraz zobaczyła cię twoja córka?". Odpowiedział, że właśnie dlatego tak grają – nie dla nich, ale żeby ktoś kiedyś ich pamiętał. No i dalej gadamy, a tu dochodzi sąsiad i mówi: "A ja wam powiem, że jak w zeszłym roku ta amerykańska juniorka wywinęła ten numer z Australii, to mój kot w domu schował się pod łóżko i nie wychodził przez dwa dni". Takie rzeczy zostają, nie? 😏Solidne źródło, szczegóły na priv.