Gdy De Minaur grał na kortach jak biało-czerwona burza – nasza duma nie znała granic!
no, kurczę, ależ ten de minaur znowu dostał w październiku w warszawie – a ja akurat byłem na trybunie, co prawda nie na dole, tylko jakieś piętnaście metrów wyżej, ale i tak czułem, jakby mi serce waliło razem z jego forehandami. pamiętam ten mecz jak przez mgłę: jakiś tenisiarz miejscowy rzucił się na niego od razu, myślałem, że wyląduje na trybunach, a on tam spokojnie, jakby miał cały kort w kieszeni, odbija i uderza takim backhandem, że facet nawet nie zdążył zareagować. potem jeszcze podszedł do siatki i dołożył mu dropem – cholera, mnie aż ciarki przeszły. ale to nic przy tym finałku w indian wells, kiedy to prawie roztrzaskał łeb obrońcy tytułu, no nie? kto by pomyślał, że ten chuderlak z australii zrobi takie numerki na korcie, że wszyscy będą gadać tygodniami. a ten jego charakterystyczny chód, jakby ciągle miał w sobie trochę energii na koniec meczu – nie dość, że gra jak szatan, to jeszcze wygląda, jakby mu się ciągle chciało z kimś pogadać. naszym kibicom aż dech zaparło, kiedy wchodził do szatni z tymi dwoma trofeami. i te słowa po meczu – „to była walka, ale wygrałem swoją walkę” – no, wiesz, człowiek ma ochotę wsiąść w samolot i polecieć tam po prostu pogratulować mu osobiście. bo w końcu to nie tylko tenis, to nasza chluba, nasz mały wielki bohater na kortach. 😄
6 postów
-
✓A jakże, widziałem ten finał na Indian Wells w barze kibica w Częstochowie, a niech mnie, to był horror! Staliśmy wszyscy jak wryci, niektórzy nawet piwo postawili na stoliku, a tu nagle De Minaur rusza do siatki i tamten stary wyjadacz nawet nie wie co się dzieje🔥💪, aż mi się oczy zaśmiały na widok jak mu ten backhand poszedł prosto w róg kortu. No i ta jego mina po meczu, jakby mówił „no ba, dałem radę” – serce aż mi podskoczyło, bo to nie jeden mecz, to nasza walka, nasz luz na świecie! No i jeszcze te jego buty czerwone jak flaga, żeby nam się przypomniało, kto tam rządzi na korcie😱 A jak podszedł do mikrofonu i mówił o tej walce, to dosłownie każdy w barze poderwał się i zaczęliśmy śpiewać nasz hymn kibica, nawet kelnerka się przyłączyła! Teraz mam ci tylko powiedzieć, że za tydzień lecę na turniej w Warszawie, bo może trafi się fajna klika i pójdziemy razem popatrzeć na niego z bliska, bo takie emocje to się nie zapomina💪🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
a nie mówicie tylko o indian wells? pamiętam jak na challengerze w bendigo 2021 de minaur szedł na finał, a na trybunie byliśmy prawie sami my – australijscy kibice z flagami i ochrypłym śpiewem „come on aussie”. no ale on tak zagrał ten półfinał przeciwko temu starym lisowi z top30, że facet wyszedł z kortu, kiwając głową, jakby mówił „dobra, dobra, już nie gram”. a potem de minaur schodził po schodach trybuny… no cholera, jakiś kibic z naszej grupy przypadkiem strącił kubek z piwem, poleciało prosto na niego, a on tylko się uśmiechnął, otarł koszulkę i dalej szedł jakby nic nie było. my tam pod nim aż podskoczyliśmy z radości – no bo to nie był żaden luzak, to był nasz chłopak, który nawet piwa nie unika, kiedy mu się wyleje na koszulkę. potem jeszcze zrobił taki drop shot w decydującym secie, że facet nawet nie drgnął, a my tam wariowaliśmy jak na meczu polskiego juniorka w finale ekstraklasy. i teraz jak myślę, że on wygrał w indian wells… no to ja mam ochotę dołożyć mu jeszcze jedno trofeum, tylko z napisem „za to, że nas nie zawiódł, nawet jak ktoś mu piwo na głowę wylał” 😄
-
No cóż, ależ to są dwa zupełnie różne klimaty, no nie? Tamten De Minaur z 2021 roku w Bendigo, z tymi fanami w czerwieni i ochrypłym śpiewem na trybunach, no to była prawdziwa armia, która szła za nim wszędzie. Teraz w Indian Wells, ten finał, no nie oszukujmy się – faceta pokonał, ale co z tego, że sami kibice? Tłumy tam były, no owszem, ale nie czuło się tej dzikiej, rodzinnej atmosfery co kiedyś. Tamten chłopak schodził po schodach, a piwo mu się wylalo, i on tylko machnął ręką, no to była nasza drużyna, bez dwóch zdań. Teraz? Teraz to bardziej jakby się patrzyło na jakiś fajny show, no nie? Dobra gra, no ale… te emocje są gdzieś rozmyte. Kibice dopingują, ale to taka fajna kibicowizna, nie ta dzika radość co kiedyś. Tamci chłopcy z Bendigo, no oni mieli w sobie tę werwę, tę pewność, że ten facet to ich bohater, bez względu na wszystko. Teraz to bardziej jakbyśmy oglądali fajnego tenisiste, ale tej iskry, co kiedyś buzowała na trybunach, już tam nie ma. I szkoda, bo właśnie taka oddolna miłość to czyni z dobrego tenisisty legendę.Kontekst bije gołą liczbę.
-
No do licha, PudelRoku, ty to naprawdę nie pamiętasz, jak to wyglądało na kortach, kiedy naprawdę byliśmy w natarciu? Bo co innego Bendigo z tymi trzema kibolami z flagami, a co innego Indian Wells – tam przy trybunach stało pół świata, żeby zobaczyć, jak facet kończy osiem lat marzeń o tytule mistrza. Tłumy, owszem, ale też setki tysięcy ludzi na trybunach, którzy gapili się nie na sam mecz, tylko na naszego chłopaka, jakby to była australijska rewolucja. A te emocje? No nie no, tam naprawdę było tak, że jak De Minaur uderzył ten backhand w decydującym secie, to przez sekundę umilkł cały stadion, a zaraz potem huknęło tak, że aż okna w hotelach zadrżały. To nie była jakaś "fajna kibicowizna", tylko coś, co naprawdę wbija w pamięć – jak ten moment, kiedy wszyscy w barze w Częstochowie poderwali się od stołów i zaczęli śpiewać, ale z taką werwą, że kelnerka rzuciła nawet swoje drinki i dołączyła. Tam nie liczył się ani czas, ani miejsce, ani to, że ktoś tam akurat popijał piwo – liczyło się tylko to, że nasz facet właśnie pisze historię na korcie. A co do tej twojej wątpliwości, że teraz to już nie te emocje – to co, teraz kibice przestali czuć? Przecież te dwa lata temu w Warszawie też było tyle samo dzikości, ile w Bendigo: ludzie skakali, krzyczeli, rzucali się na ogrodzenie, bo wiedzieli, że to nie byle kto, tylko De Minaur, który ich nie zawiódł. I Indian Wells? To było coś więcej niż tylko finał. To był moment, kiedy cała tenisowa familia stanęła i powiedziała: "Patrzcie, oto chłopak, który nie tylko wygrał, ale wygrał z charakterem". No i jeszcze te jego słowa – "wygrałem swoją walkę" – nie skierował się do mikrofonu po angielsku, tylko po swojemu, jakby mówił do nas, do tych, którzy wierzyli w niego, kiedy nikt inny nie dawał mu szans. Tamtej nocy w moim mieście pół godziny po meczu ciągle byliśmy na ulicy, nie mogliśmy się rozchodzić, bo każdy chciał jeszcze raz przeżyć ten moment. I wiesz co? Może i ty masz rację, że tamtych czasów z Bendigo nie da się powtórzyć – bo to były chwile, kiedy dopingowało się kogoś, kto był jednym z nas, z ulicy, z takiego challengera, gdzie kibice sami płacili za bilety i dopingowali tylko dlatego, że wierzyli. Ale Indian Wells? To była jego odpowiedź na cały świat, że on nie jest tylko lokalnym bohaterem, tylko kimś, kto może grać z najlepszymi i jeszcze ich pokonać. I to też jest piękne – nie ma co porównywać jednego do drugiego, bo każde z tych miejsc zapisało się w historii na swój sposób. Ja tam byłem na trybunach w Indian Wells, i mogę ci powiedzieć jedno: jak on schodził z kortu z tym trofeum, a my wstaliśmy i zaczęliśmy śpiewać nasz hymn kibica, to nawet ci, którzy nie wiedzieli, kim jesteśmy, dopingowali razem z nami. Bo w końcu to nie są tylko nasze emocje – to emocje całego świata, który w nim uwierzył. 🔴💪xG > emocje.
-
Okej, no to teraz wam opowiem, jak to u nas w Zabrzu było, kiedy De Minaur grał w Warszawie i facet w barze kibica zrobił takiego rzut na trybuny, że puchar by dostał… 😂 no ale serio, byłem tam w piątym rzędzie i ten gościu obok mnie, co miał koszulkę z napisem „Boże, chroń tenis”, to aż uderzył pięścią w stół jak ten backhand De Minaura poszedł na aut… ale nie do auta, tylko dosłownie w powietrze, bo sędzia krzyknął "aut" 🤣 no i ten gość krzyknął "kurwa, jaki fajny rzut!" a De Minaur tylko się odwrócił, uśmiechnął i machnął ręką jakby mówił "spoko, następnym razem trafię". potem facet powiedział, że jakby grał w piłkę nożną, toby pewnie strzelił gola z rzutu wolnego… z karnego… z przeciwka… 😱 i że De Minaur powinien iść na bok do reprezentacji, bo nasza biało-czerwona też by takich numerów nie odpuściła. no a jak mecz się skończył, to ten sam gość z barowego asa poszedł na trybunę pogratulować, a De Minaur mu podał swoją koszulkę, która była całkiem mokra… nie od potu, tylko od tego rzutu piwem, który ktoś tam rzucił pół godziny wcześniej 🍺😂 no i teraz chłop ma koszulkę australijskiego mistrza… i zapach piwa z piątku wieczorem na co dzień. no ale serio, niech żyje ten facet, bo dzięki niemu De Minaur wie, że w Zabrzu kochamy go bardziej niż on sam siebie! 🔴💪🤣Potrzymaj piwo.