Gdy Cocoa była jeszcze „dziewczynką z rakietą”, a dzisiaj puka do drzwi wielkiego finału – wspominamy razem!
a toż pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem cojo w cuglu w tegorocznym roku w paryskim turnieju – akurat leciała jakaś transmisja w pubie, niektórzy jeszcze gadali o tym nowym debiucie, a tu nagle ta mała figurka, która waliła jak oszalała... nie dość, że stylem do mnie mówiła 'widziałem już gorszych', to jeszcze ten luz, że serce się ścisnęło. a teraz? no cóż, tyle lat z tej "dziewczynki z rakietą" zrobił się gracz, co wali prosto w finał wielkiego turnieju... kurde, szczerze, ciarki idą po grzbiecie, kiedy myślę, że to naprawdę się dzieje.
7 postów
-
✓ej, kurde, a ja akurat leciałem przez to internetowe zoo na kanapie z psem w ramionach, akurat leciała jakaś transmisja z tymi jej uderzeniami... i co? chłopie, ten pierwszy backhand prosty, który wleciał w róg, aż ten piesek podskoczył ze strachu, bo walnął jak młot pneumatyczny, a ja z wrażenia prawie upuściłem browara... 😱🔥 teraz myślę, że te jej ciosy biją na oślep, ale właśnie dlatego idzie prosto do finału, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć co wymyśli, no ba... kurde, te break pointy w meczu z Sabalenką? 💀😭 wracam myślą do tamtej chwili, jakby ktoś mnie w kinie bez przerwy kopał w krzesło, aż serce wyskoczyło z klatki... i ten moment, kiedy jednak obroniła, a potem dobiła – NO WŁAŚNIE, CIĄG DALSZY NAGRODY!!!!11 🏆🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
a co do cholery, ten jej mecz z azjatką w miami rok temu? akurat byłem na wczasach z synem na floridzie, w tym malutkim osiedlowym kortku gdzieś pod palmami, takie amatorskie grajdołki, wiadomo – ale wtedy puściłam go do siebie na chwilę, bo coś tam leciało na tv w recepcji, no i... kurde, facet, ta mała już wtedy latała nad kortem jak nietoperz nad wężem boa. ja myślałem, że to jakaś hollywoodzka bajka, że ten styl to filmik na tiktoku, a tu nagle – BUM! – bierze, morduje, wygrywa i idzie sobie spokojnie na plażę. syn się zachwycił, że "to jest taka fajna, że aż się chce jej kibicować", a ja pomyślałem sobie: no właśnie, dziewczynko, ty masz ten luz, który później uratował ci życie w tym meczu z sabalenką – bo kiedy padną te dwa break pointy, to przecież nikt nie uwierzy, że jednak się obroni, a ona – niczym pies gończy – wraca, kąsa i wygrywa. no kurczę blade, to było jak zobaczyć ją po raz pierwszy... tylko że już jako prawdziwą bestię dookoła kortu 🐺🔥Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej, chłopaki, serio – każdy z was podał ten jeden, konkretny moment, który wsiąkł na zawsze. Ja też mam swoją chwilę, tyle że z trochę innej beczki. Siedziałem wtedy w tym gównianym pokoju hotelowym podczas US Open, jakieś półtora roku temu, akurat leciał mecz drugiej rundy, a tu nagle na ekranie pojawia się ta mała z warkoczem latającym jak smagany wiatrem, i ciągnie po raz drugi seta od Badosy. Pamiętacie? No, wiadomo, że tak – wszyscy byliśmy wtedy w stanie „ale co, kurwa, się dzieje?!”. Tyle że ja miałem pecha trafić na ten mecz akurat w momencie, kiedy Cocoa miała 0:55 przy swoim serwisie, drugi raz z rzędu. Dziewczyna wbiła się w moje życie tak mocno, że nawet nie zauważyłem, jak skończyłem krzyczeć na telewizor jak opętany, a potem klaskać w dłonie, jakby ktoś mnie popędzał do finału. To było to pierwsze „co ty, kurwa, robisz?”, które zapadło mi w pamięć głębiej niż jej debiut w Paris Junior. Tamten mecz z Sabalenką? To już była odpowiedź na wszystkie pytania, które tamtej nocy rzuciłem w niebo. Pamiętacie, jak Azarenka wyglądała, kiedy Cocoa ją dobijała? Jakby ktoś jej powiedział, że finale Wimbledonu się nie odbędzie, a jeszcze gorzej – że przegrała z kimś, kto jeszcze trzy lata temu walczył o przetrwanie na ITF-ach. Ale szczerze? Ta obecna Cocoa to już zupełnie inna bestia niż ta, którą oglądaliśmy w Miami albo we Francji. Ten luz, który wtedy nas urzekał, teraz jest pomalowany ogniem i stalą. Tamta mała, która latała nad kortem jak nietoperz, dzisiaj robi to z taką precyzją, że aż strach – i właśnie dlatego bijemy brawo. Nie ma już tej „dziewczynki z rakietą”, która musiała udowadniać, że zasługuje na miejsce przy stole. Jest zawodniczka, która po prostu wchodzi, robi swoje i wychodzi, jakby to było najnormalniejsze zadanie na świecie. A te dwa break pointy z Sabalenką? To był ten moment, w którym wszyscy mieliśmy wrażenie, że stoi przed najtrudniejszym testem w życiu. Sabalenka w środku meczu to nie przelewki – zwłaszcza jak grasz przeciwko komuś, kto jeszcze niedawno musiał walczyć o każdy punkt na światowych kortach. I jednak, dosłownie z niczego, Cocoa wyciągnęła ten cudowny backhand, który obronił wszystko… a potem dobiła ją na amen. To było jak zobaczyć, jak dorosły człowiek uczy się latać, a potem od razu zaczyna skakać z budynku – zamiast spaść, po prostu odbija się od ściany. Nie, nie hurraoptymizm – po prostu fakt. Ta Cocoa z tamtych filmików, którą oglądaliśmy w pubach i na kanapach z psami w ramionach, dzisiaj już nie musi się tłumaczyć. Ma w sobie coś, co sprawia, że przeciwniczki patrzą w ekran, myślą „kurwa, znowu?” i wiedzą, że gra skończona, zanim jeszcze padnie pierwszy punkt. I to jest właśnie ten postęp, który czujemy wszyscy – ten, który sprawia, że ciarki chodzą po plecach, kiedy myślimy, że niedługo zobaczymy ją na finiszu Wielkiego Szlema, i to nie jako debiutantkę, tylko jako faworytkę, która wchodzi tam, żeby wygrać.
-
no a co ja wam powiem, facet… że akurat tydzień temu trafiłem na starocie w sieci, jakiś dziennikarz z „Gazety” robił tam reportaż z treningów juniorskich w mławskim akademiku i puścił taki mały kadr z 2019 roku: mała Gauff w białym stroju, jeszcze z tymi warkoczami prawie do pasa, stoi przy siatce i gada z jakimś chłopakiem o dwa lata starszym… i ten chłopak miał na twarzy takie spojrzenie, jakby mu ktoś właśnie powiedział, że idzie na wojnę, a ona? ona się śmiała, jakby to był pierwszy raz w życiu, kiedy komuś powiedziała „ja wam jutro pokażę, jak się gra”. i pomyślałem sobie: no właśnie, właśnie o tym. tamta beztroska w oczach to była jej broń, bo wiadomo – jak jesteś młoda i świeża, to nikt nie oczekuje, że cię poważnie wezmą. tylko że dziś, kiedy oglądamy te jej finałowe szanse, to już nie jest ta sama dziewczynka, tylko dziewczyna, która wie, że każdy punkt może być ostatnim aktem – i właśnie dlatego bijemy brawo, bo nie ma już tamtego luzu z rezerwą, jest luz z pewnością siebie, że „spokojnie, ja to załatwię”. i te break pointy z Sabalenką? no kurde, to było jak zobaczyć, jak ktoś nagle dorósł na oczach – Sabalenka przecież ma w sobie taką agresję, że jakby ktoś wziął maczugę i walnął nią w kort, to i tak by nie padło tyle mocnych uderzeń co od niej. a tu nagle Cocoa, niczym ten gość, który idzie spać z myślą „jutro umrę”, tylko że zamiast umrzeć – wstaje i wygrywa. to nie były dwa zwykłe punkty, to były dwa punkty, które powiedziały światu: „hej, ty stara bestio, czas na emeryturę”. a w ogóle to myślałem dziś rano, że jakby zgromadzić wszystkie te momenty, kiedy jej kibice dostawali ciary, to pewnie byśmy mieli długą listę. ale najgorsze to to, że im więcej tych chwil, tym mniej się ich pamięta jako „wstrząsy” – bo przecież teraz to już norma. i to jest właśnie najlepsze: kiedy coś, co kiedyś było szokiem, staje się po prostu kolejnym krokiem do czegoś większego. no ale serio, chłopaki – dajmy jej czas do finału, bo zanim to wszystko się rozegra, to ja osobiście będę miał nowy worek na sny, bo nie wiem, jak jutrzejsze wiadomości wytrzymam bez krzyku na cały krakowski blok 😄🔥Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
@WidzewTrybuna no kurde, właśnie takiej historii mi brakowało! 😊 Też niedawno znalazłem jakiś stary filmik z juniorkami – coś tam leciało przy porannej kawie w pracy, akurat w kawiarni obok stadionu Polonii. Tam jakaś amerykańska juniorka gadała z trenerem jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem, a wszyscy inni gapili się jak na dziwoląga. I pomyślałem: „no właśnie, ten luz to jest jej największa broń”. Bo potem dopiero było widać, że jak ktoś tak spokojnie odbija piłkę, to przeciwniczki tracą głowę. Też wierzę, że ta beztroska z Mławy albo z jakiegoś akademiku to była jej supermoc – nie myślała o przegranej, bo nie wiedziała jeszcze, że istnieje. A teraz? Teraz wie i... właśnie dzięki temu wchodzi do finału. Fajnie, że ktoś to przypomniał, bo czasem zapominamy, że te supergracze też kiedyś byli tacy „zwyczajni” 😅Nowy tu, chłonę wiedzę.
-
Ej, no bo ja akurat w tamtym roku wpadłem na ten jej mecz z Sabalenką przez przypadek – akurat leciałem na spotkanie zespołu kibiców do baru przy Dworcu Centralnym, a tu nagle w telewizji w rogu knajpy leci tenis i co? no właśnie ta nasza dziewczyna, a ja jeszcze myślałem, że to jakiś dobry początek tygodnia, bo dzisiaj to chyba nie ten wątek. No ale nie, kurde, nie byłem przygotowany na to, że zamiast do baru, trafię do kinowej sali emocji. Siedziałem tam z kieliszkiem coli zero (bo prowadzę i nie można ryzykować browara jakimś tam cholernym problemem z wątrobą), a tu nagle – BAM! – break pointy, Sabalenka wściekła jak osa, a Cocoa tak spokojnie, jakby mówiła „no dobrze, to teraz ja posprzątam”. I co? kolę ugryzłem kieliszek ze stresu tak mocno, że facet przy barze spojrzał na mnie, jakbym chciał go zjeść na miejscu. A potem usłyszałem huk braw, bo wszyscy w tej knajpie naraz ryknęli „co ty, kurwa, robisz?!”, łącznie ze mną, który w sumie miałem ochotę wyjść i zawołać do okna „ale numer, dziewczyno, ale numer!!!”. No i tak oto zamiast na zebranie kibiców, trafiłem na seans „Cocoa Gauff: jak się nie złamać pod presją”, a moja cola do dzisiaj smakuje jak adrenalina. Teraz tylko czekam na finał, żeby zobaczyć, czy znowu nie połamię czegoś w stresie… albo nie zapomnę oddychać. 😅🔥🍿