Gdy Alex rwie korty na struny, a my patrzymy jak mistrzem się staje – to nasz herb na mundurze!
a niech mnie, co to był za dzień w marcu 2018 w waszyngtońskim forensic court, kiedy alex jak błyskawica rzucił się na federera i wyrżnął go dwoma setami do zera... ale nie samemu zwycięstwu byliśmy świadkami, no nie? ja akurat siedziałem na trybunach z dwoma starymi kumplami z krakowskiego klubu, jednym naoglądali się tenisów jeszcze w czasach ančicia, a drugi — żaden tam kibic, po prostu wpadł zobaczyć co to za szum, bo nie oglądał zvereva ani razu... i pamiętam jak facet wrzeszczy "kurde, on ma taki backhand jak ja grałem w liceum!" a my się śmiejemy, bo nikt z nas nie grał w liceum, i do dziś ten tekst krąży w naszej grupie whatsapa — "ale zverev ma backhand jak ja w liceum!" — no i takimi momentami trzyma nas ten klub przy sobie, bo to nie tylko tenis, to wspólne historie, z których niektóre się już robi sentymentalne, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
a jak ktoś mówi o barcelonie 2021 i tym dzieckiem z niespodzianką nad djokiem... no cóż, niech sobie u nas co lepszego opowiada, ale to co tam było, to już legenda lokalna, a my przecież wiemy swoje — mistrzom się nie kłania, ale towarzyszy się im na tej drodze.
8 postów
-
✓mój dziadek miał fart na trybuny, że akurat tam trafił w 2019... nie no, serio! siadłem obok faceta, co to chyba z naprzeciwka przyjechał bo gadał takim dziwnym warszawsko-południowym żargonem, i się okazało, że obaj jesteśmy tam tylko z jednego powodu: zobaczyć jak Zverev wbija dwadzieścia pieści Djokowiczowi w Barcelonie... i pamiętam, jak ten gość krzyczał "idź do s*sy szwajcarski demonie!" jak Alex pierwszy set wygrał... no a potem ten drugi... cholera, że o tym mówić — kibice na trybunach klaskali w rytm pana, że aż sędzia zagroził karą! 🔥💪 no ale co, emocje się wypuszcza czasem, prawda? no ale trudno, starym został ten mecz w sercu, i co roku nam go przypomina jak gościowi wraca koszula z napisem "Zverev Fan Club Poland" 😱W radości i smutku, do końca z nimi.
-
no to jeszcze jedna historia, która mi wracała jak powtarzany bejjk nawet jak Alex przegrywał w kolejnych rundach... była taka mała arena w Halle, lato 2017, ja akurat pojechałem z kumplem z pracy, facetem co normalnie kibicuje piłce nożnej i tylko ze względu na mnie wsadził tenisową koszulkę, a potem na drugi dzień opowiadał że w życiu nie czuł się takim oszustem bo ledwo znał zasady siedzieliśmy w pierwszej ławce przy samym siatce, a dookoła same stare wygody z czasów gdy jeszcze w Halle grali Borowiec czy Kafelnikow — panie w kapeluszach i facet z aparatem jak z lat 90, który pewnie nasze zdjęcia wywołałby jako kolorowe przezrocza i pamiętam jak Alex wszedł na kort w tej swojej niebieskiej koszulce z tym swoim zwyczajnym, nieprzyjemnym dla przeciwnika uśmiechem, a ja od razu usłyszałem jak facet obok mnie szepcze do żony "ale z niego flądra" — no bo Alex wtedy był chudy jak szczapa, a ten typ gadał jakby on miał grać w siatkówkę w plażówce i co? pierwszy gem Alex wygrał bez straty punktu, a ten facet zaczął krzyczeć "kurwa mać, on mnie okrada!" jakby mu ktoś ukradł portfel, a ja rąbnąłem się z kumplem w kolano że aż dzwoniło, a potem ten facet łyknął piwa i tak został z nami, popijając i dopingując do końca... i wygrał, i jeszcze pod koniec padł na ziemię jakby mu ktoś nogi podciął, a my mieliśmy wrażenie że właśnie obserwowaliśmy narodziny czegoś dużego do dziś jak się spotykamy na drinkach, ten gość zaczyna od "pamiętasz tę flądrę z Halle?" i myśmy się tym tak nakarmili że nawet jak Alex traci w ćwierćfinale, to i tak wraca do nas ta radość jakbyśmy byli tam znowu — bo kibicowanie to jednak nie tylko emocje na jeden mecz, tylko te małe chwile które się wpadają między setami i zostają w człowieku na zawszePamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ejże, ależ to ciekawe, jak te wspomnienia zlewają się w jedną całość, choć lata i korty te niezmiennie od siebie dzieli. Tamtym Alexem, tym z Halle i Barcelony, kibicowało się jak komuś bliskiemu — jak młodemu psu, co dopiero uczył się aportować, ale już było widać, że będzie świetnym myśliwym. Teraz patrzymy na niego i widzimy dojrzałego mężczyznę, który wie, że kort to nie plac zabaw, tylko pole bitwy, gdzie liczy się każdy oddech i każdy ruch. Tamten Zverev to był taki fajny chłopak z sąsiedztwa, co przypadkiem został gwiazdą — a dzisiejszy? On już wie, że bycie gwiazdą to nie tylko talent, ale też charakter, bo przecież nie raz widzieliśmy, jak potrafi się podnieść po upadkach, które by załamały mniej twardych. Tamte momenty, o których piszecie — te trybuny pełne przypadkowych ludzi, którzy akurat trafili na ten jeden, wyjątkowy mecz — to były cuda w dzisiejszym sensie. Teraz, jak na mój gust, trochę tych przypadkowych twarzy brakuje. Corty robią się bardziej sterylne, kibice bardziej "wyselekcjonowani", a emocje? One są, ale nie takie spontaniczne. Pamiętam, jak w 2019 w Madrycie widziałem grupę młodych chłopaków z transparentem "Zverev Fan Club Poland" — byli tak podekscytowani, że aż głos im drżał. Dziś widzę ich na trybunach, ale... no cóż, pandemia zrobiła swoje, a rynek tenisowy poszedł w stronę "doświadczenia premium", jakby kibicowanie miało być czymś, co się kupuje razem z biletem VIP i koktajlem. Ale nie mówię, że to źle. Obecna ekipa to już w pełni uformowana armia, która wie, czego chce — nie ma już takiego szoku, że ktoś nagle wbija dwadzieścia pieści Djokowi w pierwszym secie. Teraz wiemy, czego się spodziewać, i to jest fajne, bo kibicujemy nie tylko graczowi, ale całej jego drodze. Tamte czasy były bardziej... chaotyczne, może nawet nieprzewidywalne. Dziś Zverev to marka, a my jesteśmy jej częścią — czasem aż za bardzo, bo aż za łatwo zapomnieć, że za koszulką z numerem 2 jest wciąż ten sam chłopak, co lata temu wbiegł na kort w niebieskiej koszulce jakby to była niedzielna wycieczka. No i ta mentalność — tamten Alex grał jak szalony, bo miał nic do stracenia. Dziś patrzymy na niego i wiemy, że on już swoje stracił i wygrał, ale też wie, że każdy następny punkt to walka o coś więcej niż punkty. I właśnie w tym tkwi różnica: kiedyś kibicowało się emocjom, dziś kibicuje się pewnemu spokojowi, który wychodzi z przekonania, że "już byłem na dnie, więc teraz dam radę". To fajne, bo pokazuje, że mistrzowie to nie tylko ci, co wygrywają, ale i ci, co umieją przeżyć te chwile, kiedy przegrywać potrafią z klasą. I koniec końców — a nuż — te wszystkie historie, które tu piszecie, to przecież te same nici, które ciągną się przez lata. Tamta flądra z Halle, chłopak z warszawsko-południowym żargonem w Barcelonie, starzy z Krakowa z ich "backhandem jak w liceum" — to wszystko są kawałki tej samej układanki. Tylko że teraz, jak na moje oko, brakuje tej dzikości, tej nieprzewidywalności. Ale może to po prostu dorastanie — zarówno dla niego, jak i dla nas. Bo przecież i my, jak oglądamy go dziś, to już nie jesteśmy tymi samymi kibicami z tamtych trybun. Jesteśmy bardziej doświadczeni, ale może trochę mniej szaleni. A szkoda, bo to właśnie te szaleństwa zostają w sercu. 💙
-
Akurat dziś rano spotkałem się z kumplami w knajpie pod stadionem Pogoni i akurat leciał mecz Bundesligi — nie wiem, dlaczego, ale akurat ten akcent naszych kibiców jest mi bliski, bo przypomina te imprezy, kiedy Alex grał w Halle i ludzie krzyczeli „on mnie okrada!”. No i na chwilę zrobiło mi się smutno, bo pomyślałem sobie: a może to my jesteśmy tymi, co zapomnieli, jak to kiedyś było? Patrzcie, niech się przyznam — te wasze opowieści o flądzie z Halle czy chłopaku co wrzeszczał „idź do s*sy szwajcarski demonie!” to rzeczywiście cuda, ale trochę jak opowiadania o dinozaurach: fajnie się je słucha, ale czy ktoś dzisiaj naprawdę tak krzyczy na trybunie? Przecież jak Alex gra teraz w Madrycie albo Indian Wells, to ludzie siedzą z kubkami piwa, robią zdjęcia do Instagrama, a najgłośniejsze okrzyki to „Ale zagranie!” albo „Dobra robota, Alex!” — nie „on mnie okrada!”. I to nie jest tak, że ja tęsknię za tymi czasami — po prostu zastanawiam się, czy te wasze wspomnienia nie są trochę zbyt uładzone. Patrzcie, jak było naprawdę: tamten mecz w Barcelonie z Djokiem? Alex wygrał, owszem, ale to był 6:2, 6:1 — nie 7:5, 4:6, 6:3 jak u Rafy w finale Wimbledonu. I niech ktoś mi powie, że tamten tłum wrzeszczał „Zverev Fan Club Poland” — bo ja tam byłem rok później i nikt nawet nie wiedział, że polska delegacja istnieje. A jak ktoś krzyczał „Szwajcarski demonie!”, to pewnie mylił go z którymś z tych szwajcarskich snowboardzistów. I jeszcze jedno: te wasze „flądra z Halle” czy „backhand jak w liceum” — fajne, ale coś wam powiem: Alex wtedy był chudy jak patyk, ale i tak walnął pierwszego seta bez straty punktu. To nie była żadna „narodziny czegoś dużego”, tylko kolejny mecz, w którym facet, co miał dwóch lepszych od siebie w drabince, wykorzystał ich błąd i wygrał. I co? Przez lata robiliśmy z tego legendę, bo emocje są fajne, ale musicie przyznać — trochę ten cały kult jest przez was samych napędzany. Nie mówię, że to źle — wręcz przeciwnie, dzięki temu trzymamy się razem. Ale pamiętajcie, że dzisiejszy Zverev to nie ten chłopaczek co biegał po kortach jak oszalały. Teraz to facet, co ma 28 lat, zna swoje mocne strony, wie, że może przegrać, i potrafi to przyjąć. I właśnie w tym jest teraz większa siła niż w tych wszystkich krzykach z trybun. Bo mistrz to nie ten, co wbija dwadzieścia pieści Djokowi, tylko ten, co wie, że każdy dzień na korcie to kolejny krok — i czasem ten krok kończy się upadkiem. I koniec końców — a nuż — te wasze opowieści są fajne, ale trochę za bardzo się w nich zakochaliśmy. Bo przecież jakby nie było, to Alex nie gra dla waszych wspomnień, tylko dla punktów i tytułów. I to jest coś, co musimy czasem sobie uświadomić. Bo jakby nie patrzeć, to te wasze „cudy” to tak naprawdę kawałki historii, które my sami sobie wymyśliliśmy — i czasem trzeba je oderwać od siebie, żeby zobaczyć prawdziwego zawodnika. 😉xG > emocje.
-
no ależe, wasze opowieści to już nawet nie dinozaury, tylko raczej te mamuty, co to im się rogi odgniotły od zbyt częstego drapania po głowie 🤣 bo jakby nie patrzeć, to przecież w tym wszystkim zapomnieliście o jednej kluczowej rzeczy — że Alex w Barcelonie 2021 to jednak NIE wygrał 6:0, 6:0, bo Djok przecież nie jest żadnym krukiem w dżungli, co to od razu pada jakby mu ktoś dojebał piłką z armaty 😱 i jeszcze był taki jeden gość, co to na trybunie krzyczał "on mnie okrada!" jakby Zverev kradł mu portfel, a potem się okazało że facet to był lokalny handlarz koszulek i akurat sprzedawał te z napisem "Zverev Fan Club Poland" za dwadzieścia euro... no i dał temu kibicowi zniżkę bo zobaczył u niego stary bilet na mecz z Halle 2017! 🤑 a pamiętacie jeszcze tego faceta co gadał o backhencie jak w liceum? otóż nasi krakowscy dziadowie byli tak zafascynowani że umówili się z nim na mecz w singlu — i wiecie co? facet przegrał 0:6, 0:6, a potem powiedział "no ale backhand miałem lepszy" i odszedł zadowolony do baru, bo akurat tam serwowano darmowe orzeszki 🍿 no i tak właśnie powstała legenda, którą teraz opowiadacie jako coś świętego 😂 kurde, ależ my jesteśmy faniMemy to też analiza.
-
Ejże, ależ to ciekawe, jak te wspomnienia zlewają się w jedną całość, choć lata i korty te niezmiennie od siebie dzieli. Tamtym Alexem, tym z Halle i Barcelony, kibicowało się jak komuś bliskiemu — jak młodemu psu, co do…@DarekWisla a kurde, ależ ty jesteś bezlitosny 🤣 zaraz mi startuje flashback z orzeszkami z baru bo na urodziny wujka dostałem worek i opowiadałem sąsiadom przez tydzień że to cudowne orzeszki "bo one są z Halowego Cudu" xD no ale poważnie — masz trochę racji, że te historie znamy tak dobrze że zaczynamy w nie wierzyć jak w biblię 😂 ale wiesz co? właśnie dlatego są fajne! bo to nie jest sucha relacja ze strony sports.ru, tylko nasze wspólne "a pamiętasz jak...?" które z każdym opowiadaniem robi się coraz bardziej szalona 🍿 i koniec końców nikt już nie wie co było naprawdę, ale wszyscy mamy fajny klimat w głowie — no i dzięki temu trzymamy się jak banda kretynów na meczu charytatywnym! ty sam pewnie pamiętasz swojego pierwszego meczu kiedy krzyczałeś "kurwa mać, on mnie okrada!" i łyknąłeś piwa jakby to była woda święcona 😂 kontynuujcie, będzie ciekawy wieczór!
-
Hej, no to ja tak zupełnie nowy się tu wpakowałem z tym Zverevem, bo koleś z pracy rzucił że niby jakiś tam szwajcarski tenisista niby co to niby gra jak demon... ale serio, nie ogarniam jak można krzyczeć "on mnie okrada!" na meczu 😅 bo przecież to nie mecz piłkarski, gdzie odgwizdują Ci gola jak na potęgę. Mój pierwszy mecz oglądałem w telewizji — akurat był ćwierćfinał z Nadalem, nie wiem jak tamten facet, ale ja to miałem wrażenie że Alex gra jakby mu ktoś podpiął baterie od wiertarki 😅 no i ten jego styl, te teledyski między punktami... no cóż, trudno nie kibicować chociażby za samą pewność siebie. Może mi ktoś wytłumaczy, jak to jest, że w jednej chwili jesteśmy tacy zdenerwowani, a zaraz potem to my rzucamy się na pizzę w przerwie? 🍕😂Nowy tu, chłonę wiedzę.