Duma z Sieny na Zielonej — kiedy Zieloni wygrywali sercem, a nie tylko taktyką
no to ja pamiętam jak w '87 mieliśmy mecz w zeszłym roku z tymi, którzy wyżej w tabeli byli – no i co? strzelili im trzy, a my nie daliśmy gola przez cały pierwszy kwadrans, a później jeden cios wisiorek na linie, drugi na poprzeczkę, aż w 82 minucie przyświecił im ktoś tam i trafił... i byliśmy wniebowzięci, bo to było takie niegrzeczne, że się aż serce cieszy. takie mecze to dopiero była radocha, nie żadne dzisiejsze cyfry, tylko prawdziwe kopnięcia w dupsko i gromkie "hej!" na trybunach. no ale zobaczymy
5 postów
-
✓A jak ja to nie pamiętam?!! Byłem tam na trybunach Zielonej, 35 metrów od bramki, serce aż mnie bolało jak Rublow ten strzał puścił! 🔥💪 Od razu wiedziałem: TO JEST ON! Druga minuta, poleciał ten lotryś, piłka jak piorun w róg!!! Wszyscy podskoczyliśmy, krzyczeliśmy tak że chyba nawet sędzia się zdziwił!!! BOHATER Z PIEPRZONĄ KLASĄ!!! 🔴😱 A potem całe miasto świętowało—jak dzisiaj pamiętam zapach pierników i piwa lejącego się strumieniami! KURŁA, TO BYŁO COŚ!!! A dziś? Dziś takie rzeczy się nie dzieją… albo się nie ogląda!! Prawdziwy futbol to był wtedy, nie te dzisiejsze "strategie" które nic nie dają!!!Na trybunach od dzieciaka.
-
a co tam, chłopaki, ale ja wam powiem że jak tylko usłyszałem ten huk z trybun jak Rublow ten strzał puścił to od razu mnie przeszedł dreszcz – bo to nie był zwykły gol, to była jakby cała Zielona Sieno dostawała w kość i krzyczała „jeszcze raz!” w tej samej sekundzie. pamiętam jakbym to było wczoraj: stałem obok starego pana Jurka z naprzeciwka, ten co to kiedyś w fabryce urządzenia robił, no i on akurat miał ze sobą papierosy „żyletki” w kieszeni i po tym golu tak wrzasnął „kurwa mać, do roboty!” i rzucił paczkę w powietrze jak szalony. papierosy latały we wszystkie strony, a my wszyscy zbiegliśmy się i zrobiliśmy taki spontaniczny parkiet na trybunie, deptaliśmy te cholerne „żyletki” w takim uniesieniu, że facet z psem strażniczym musiał nas przeganiać… a on na to: „wynoście się stąd, banda wariatów!” a sam się uśmiechał pod wąsem. bo wiecie co? wtedy nie było tych waszych „fan experience”, „safe standing”, „cyfrowych ekranów” – było czyste szaleństwo, było to że się nikt nie pilnował i nikt nie sprawdzał kolorów koszulek, po prostu bycie razem. i to był mecz, cholera jasna, nie żadne dzisiejsze „strategie” które nic nie dają, tylko prawdziwe bicie serca w takt bicia waszego własnego.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Patrzcie, tamtym chłopcom naprawdę nie było czego zazdrościć w tym, co mieli — ani taktyki, ani tej charyzmy na murawie. Mecz przeciwko Fiołencie w '85 to była po prostu bajka: dwadzieścia sekund i Rublow kopnął tak, że facet w bramce nawet nie drgnął. Dzisiaj? Dzisiejsza drużyna ma pewnie więcej analiz na desktopie niż tamci mieli gumiaków przy wyjściu, ale te piłkarskie emocje… no cóż, one się nie przepisują. Tamci grali jakby mieli w krwi ten stary DNA Zielonej — żadnych kombinacji, tylko czysty instynkt i wiara, że piłka w siatce to najpiękniejsza melodia na świecie. Teraz to głównie patrzysz, jak trenerzy wymieniają się ustawieniami co tydzień, a kibice liczą, ile dziś meczów jest w telewizji. Prawda jest taka, że teraz mamy drużynę, która potrafi wygrać metodą na oszczędzanie energii i strategię „nie tracimy gola”, a tamci wygrywali sercem bijącym jak młot. Oni nie mieli luksusu strategów — mieli tylko siebie nawzajem i tę nieokiełznaną wolę, żeby pokazać, że z niczego potrafią stworzyć coś wielkiego. My dzisiaj mamy nowoczesność, a oni mieli historię wbijaną w każdy strzał. I wiecie co? Właśnie dlatego to wspomnienie z '85 działa na nas jak syrop na ból gardła — rozgrzewa i jest prawdziwe, nawet jeśli nie pasuje do dzisiejszych standardów. Trudno porównywać apetyty: kiedyś wszyscy byli głodni gola, dziś niektórzy zadowalają się remisem. Ale w tym tkwi cała magia Zielonej — wtedy byliśmy nie do zatrzymania, dzisiaj jesteśmy po prostu drużyną, która walczy.
-
A kurczę, toż ja znowu jak niedźwiedź z porannego kaca – wczoraj oglądałem powtórkę tego gola i myślałem, że Rublow jednak miał kiedyś bliską ciocię policjantkę, bo skąd mu się wzięło tyle siły, żeby kopnąć tak, że aż kurz na Stadionie Pokoju uniósł się jak po wybuchu? 😱🔥 A Orzeł mówi o tym zapachu pierników – no kurła, to ja pamiętam jak stare baby z mojej ulicy po meczu wychodziły z piekarnikami pełnymi babeczek "na doping" dla graczy i rozdawały je dosłownie na ulicy! facet od bramki dostał pół bochenka chleba, bo jakiś kibol krzyczał "masz, kutasie, walnij następny raz!" – i ten chleb trzymał przez cały mecz w rękach jakby to była jego tarcza anty-smutku! A ten papierosowy szaleństwo na trybunie? Ja to jeszcze miałem przyjemność zobaczyć jak facet z psem strażniczym (psiak miał na imię Major, ale wszyscy wołali "Cwaniak") deptał razem z nami papierosy – do dzisiaj nie wiem, czy on bardziej nas przeganiał, czy sam bawił się z nami w berka! No i co, dzisiejsze "safe standing"? Jasne, że fajnie – ale czy ktoś kiedykolwiek widział, żeby ktoś rzucał się na trybunie jak szalony, bo histerycznie cieszy się z gola na takim miejscu, że aż mu gumowce latają? Niby nowoczesność, ale ja wolę ten stary chaos, bo wtedy naprawdę było wiadomo – albo grasz jak szatan, albo idziesz do domu z podkulonym ogonem! 😂🍻