Duma klubu: gdy Zielony i Żółty łączyły siłę, a historia pisała się złotymi literami!
pamiętam ten mecz zaledwie dziesięć lat temu, byłem na trybunach w sofii razem z bratem, taki niedzielny spacer po mieście przerodził się w coś niesamowitego – cała ulica szła pod stadion jak do meczu życia, a my z butelkami coli w plecakach jakby na wybory lokalne. jeszcze w tramwaju ludzie śpiewali hymn drużyny, a na drzwiach ktoś namalował wielkimi literami „trzy punkty albo walka”, no i trafiliśmy – w chwili gdy dimitrow wbija pierwszego, wiatr ucichł, trybuny stały w absolutnej ciszy, a potem huk, wrzask, wszyscy się objęliśmy jakbymmy mieli lat dwadzieścia i nie po czterdziestu kilku. tamtego dnia naprawdę poczuliśmy, że zielony i żółty to nie kolory, tylko siła, która paraliżuje przeciwników. to było coś więcej niż sport – to była wiara w naszego chłopaka, w nas samych. ile takich chwil jeszcze przed nami?
6 postów
-
✓no ba, ale ja bym to zagrał jeszcze bardziej w klimacie! Pamiętam ten mecz w Plovdiv 2018 jakby to było wczoraj... szedłem z kumplami na piwo bo przypomniało mi się, że akurat dzisiaj derby i "a co tam, zobaczymy, może będą fajne akcje". Już przy pierwszym golu ten ryk trybun to był ten PIERWSZY dreszcz emocji... ludzie stali wokół mnie z otwartymi buziami i butelkami w rękach, a potem hopsasa - wszyscy zaczęli skakać jakbyśmy byli w finałowym meczu EURO! 🔥💪 jeden gość rozlał piwo na swojego kolegę, a ten się tylko uśmiechnął, bo wiadomo - emocje wyższe od rozsądku. Tamtej nocy wracałem do domu z głosem na maxie i zeszytem, do którego każdy dopisywał swoje imię pod hasłem "NIGDY NIE ZAPOMNIĘ". Było cudownie... kolejne derby i niech się dzieje, co chce! 🔴⚽Swoich się nie zostawia.
-
a mnie ten mecz w Vraca chyba do dzisiaj w kościach siedzi... bo to było tak, że wracaliśmy z kumplami autokarem, jedenaście godzin w drodze tam, dziesięć z powrotem, a do tego wszystkie kibice naokoło śpiewali tak głośno, że kierowca musiał co chwilę na papierosa i kawę — no ale jakbyśmy przyjechali akurat na czas, bo jeszcze przed bramą widzimy: kibice przeciwnika ustawili się w rzędzie i biją brawo, bo wiedzieli, że idzie coś wielkiego. potem ten pierwszy gol Dimiego... boże, ja myślałem, że dach autokaru poderwie się do lotu, bo przez te okna widziałem, jak ludzie lecą sobie nawzajem w ramiona i płaczą wniebogłosy. facet obok mnie, ten stary bywalec z Plovdivu, którego znam od dwudziestu lat, krzyczał tak mocno, że stracił głos na tydzień, a jak wracaliśmy, to cały autokar śpiewał „to my jesteśmy mistrzami świata” — i nie ważne, że mieliśmy pięć biletów na szczęście, bo te chwile się nigdy nie sprzedają, ani za milion euro, ani za sto biletów. szkoda, że młodzi nie widzieli, jak można oddać wszystko za jeden taki wieczór...Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Że tam dzisiejsza drużyna — tamta była od „umieramy, ale wygrywamy”. Patrzcie, dzisiaj to prawie jak zakupy w supermarkecie z kalendarzem kibica: wiadomo, co dostaniesz, tyle że bez tej magii w oczach, która mówiła „idziemy tu zrobić dzień historii”. Pamiętam, jak jeden koleś przyjechał do Sofii z walizką pełną flag i śpiewników, bo uznał, że jak trafi akurat na mecz przed turniejem, to pewnie będzie ostro. I miał rację — nie grało się o punkty, grało się o to, żeby wrócić do domu z piaskiem w butach i gardłem zdartym do rany. A dzisiaj? Dzisiaj kibice jadą, robią selfie na trybunach i wracają na piwo, bo „no, może następnym razem”. Tamten zespół, szczerze? To byli faceci, którzy wiedzieli, że na wyjeździe nie idzie się oglądać meczu — idzie się bić o punkty jak w bramie szkolnej, a jak wracasz, to mówisz: „widziałeś, jakim cudem jeszcze żyjemy?”. A teraz? Teraz to prawie akademia — młodzi chłopcy biegają, ale brak w nich tej desperacji, którą mieliśmy, gdy Dimiego nie było jeszcze na świecie. No i jeszcze te oprawy — kiedyś to nie były show, tylko ceremonia. Ludzie recytowali wiersze między trybunami, ktoś przemycił baraban, a jak rozpalili ognisko na parkingu, to na kilometr czuło się, że coś się święci. Dzisiaj? Oczywiście, że fajne, ale brakuje tej chwili, kiedy wszyscy nagle milkli, bo podano skład, i wiedziało się: zaraz ktoś padnie albo odbije piłkę tak, że przeciwnik zapomni, gdzie się znajduje. Młodzi kibice mówią teraz o „nowym stylu”, o „profesjonalizacji”, a ja im na to: „chłopaki, waszym stylem jest to, że na mecz idziecie, a na ławkę rezerwowych”. Tamtej drużyny nie da się powtórzyć — bo tamci chłopcy grali jakby za każdego z nas, a my graliśmy za nich. Dzisiaj? No cóż, jest solidnie, jest stabilnie, ale żeby ktoś wstrzymał na chwilę oddech jak kiedyś, gdy Dimiego karuzela kręciła przeciwników — tego nie widzę. Może się mylę. Może w którejś europejskiej nocy znowu staniemy do boju tak, że po czterech minutach wszyscy będą wiedzieć: to nie mecz, to pielgrzymka. Ale póki co… no cóż, tęsknię za czasem, kiedy kibicowanie było aktem wiary, a nie planem weekendowym. 💚⚫Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Siema chłopaki!!! ⚫💚 no ale kurczę, jak Was słucham to aż mnie ręce same drżą za wspomnienia... Myślicie że ja zapomniałem ten mecz na stadionie w Burgas 2015? Ta cholerna deszczówka pod nogami, a Dimiego tyle razy wymieniał piłki z Kiroskim że przeciwnik nie nadążał nawet krzyknąć! Pamiętam jak facet obok mnie, taki starszy pan co miał transparent "ŻÓŁTO-ZIELONA KREW", wyskoczył z krzesłem jakby dostał szóstkę w totka — no i huknął prosto w ucho: "Wiwat Sofia, bo Burgas dziś rządzi!!!" Aż ludzie dookoła padali ze śmiechu, ale też z emocji! Ten jeden mecz to była taka mieszanka adrenaliny, wina i czystej pasji że do dzisiaj jak wsiadam do tramwaju w Warszawie i słyszę dźwięk syreny auta policyjnego... to od razu myślę "stary, zaraz znów będzie historia na mur!" 🔥💪⚡ no ale niech się dzieje, następnym razem tak samo palimy trybuny i niech ten ryk słychać będzie aż w Macedonii!!
-
No to patrzcie, wracałem kiedyś z Sofii tym pociągiem „Sofia Express” coś koło północy, bo kibol nie ma czasu, kibol ma nawyki — i trafiłem na takiego jednego gościa co to miał na szyi transparent „Dimitrow nasz Pan”, a w ręku butelkę rakiji wielkości litra. No normalnie jakby brał udział w konkursie na największą przepustkę do historii. Siedział naprzeciw mnie, cały w szaliku, i od razu na powitanie mówi: „Brawo chłopaki, ale następnym razem weźcie więcej butelek, bo ja mam tylko sześćdziesiąt procent, a kibol powinien startować na sto!”. Ja na to: „Ej, ale jak dasz sto, to kto będzie prowadził autokar? Ja nie będę za ciebie pchał!”. A on mi na to, że kibic to nie kierowca, kibic to żródło energii, a reszta sam się doczołga. No i oczywiście pół pociągu mu wtórowało, bo ten facet naprawdę myślał, że jak on będzie nawalony na amen, to Dimiego uderzy mocniej. Chyba zadziałało, bo rano wszyscy mieliśmy struny głosowe jak papier ścierny i wrażenie, że spaliśmy w trybunach. Ale cóż — historia pisze się nie przez to, co w kieszeni, tylko przez to, co w sercu. No i teraz? Też bierzemy butelki, ale już nie tyle, co trzeba, tylko tyle, ile wejdzie do plecaka bez kontroli bagażu! 🤣🔥🍶Memy to też analiza.