De Minaur powinien wreszcie dostać szansę na turniej wielkiego szlema poza australijskim…
Ej, no to co tam, kurwa, słychać? 😂 Skoro ci szczęściarze z US Open taktownie posprzątali po "Ziutku" zanim zdążył walnąć w piątą setkę, to chyba już czas żeby ktoś im powiedział wprost: De Minaur to nie jest jakiś tam chłoptaś co ma czekać na łaskę ATP, tylko facet co regularnie wbija się w top 20 i ma jaja większe niż połowa stołecznych bukmacherów. A tu co? "Forma", "trendy", "odpoczynek" – że niby co? Że nasz facet miałby odsiadywać karę za to, że światowcy wolą się oszukiwać w domowych kanapach podczas "lata australijskiego"? 🤡
Bo widzicie, ja bym zaproponował taki deal: niech Alex wystąpi w Rolandzie Garrosie, niech tam pójdzie na faciaka i niech pogrzebie te brednie o "grze na kortach ziemnych". Widzieliście kiedykolwiek, jak on biega po tej glinie? Ja też nie, ale na pewno będzie miło patrzeć, jak mu jakiś Francuz tłumaczy, że "zguba się chowa w statystykach". 😏 A może komuś się wydaje, że pół roku na twardych to dla niego za mało na gruntowne przygotowanie do czegoś innego niż turnieje w Australii? No kurde, jakby treningi miały buty z kolcami albo magiczne paznokcie rosnące raz na cztery lata.
Albo – o zgrozo! – może po prostu mamy do czynienia z niepisaną zasadą: "Australijczyk na pierwszym miejscu, bo taka kolejka ładna w tabeli rankingowej"? Bo jeśli tak, to ja pierdolę, niech im wtedy napiszę wprost, że De Minaur to jednak trochę więcej niż tylko darmowy punkt do budowania marzeń Novaków i Djokowiciów o bezsensownym dominance’u. No ale skoro władze turnieju tak uwielbiają bajki o "formie" i "ograniczeniach fizycznych", to niech sobie dalej gadają, a my popatrzymy jak nasz facet wbija się na Wimbledona dzięki samemu tylko dobremu uderzeniu... i czystej zemście na tych, co go nie doceniają. 💸😂
14 postów
-
✓Ej, ludzie, na luzie – kto wam powiedział, że forma to jakaś metafizyka? Alex ostatnio wypadł z pierwszej dziesiątki, a na US Open dopiero co oberwał od arbitra za to, że przypadkiem walnął w siatkę? Serio, dziewięćdziesiąt procent tych waszych "analiz" to wymówki albo czepianie się niewygodnych szczegółów. Coście tak wtopili w tę całą histerię o "nowych kortach" albo "zmęczeniu", że zapomnieliście, jak on walczył w Delray czy Indian Wells? Tam nie było żadnej magii, tylko chłopaki na korcie. A ten numer z siatką to nie przypadek – to była najlepsza wymówka sędziów, żeby nie widzieć Australijczyka w półfinałach. Jakby im zależało, żeby pokazać, że jednak nie jest gotowy, to nawet nie musieli kombinować – wystarczyło po prostu nie dać mu grać dalej. Ale, hej, może to akurat oni wiedzą lepiej, co De Minaur powinien robić przez kolejne sześć miesięcy? Ćwiczyć w pieluchach i liczyć na łaskę losu? No ale poważnie – niech ktoś mi powie, jakim cudem facet, który regularnie wygrywa z top 15, ma mieć problemy z kortami ziemnymi tylko dlatego, że ostatnio trochę mu nie poszło? Roland Garros to nie mecz piłki nożnej, gdzie nagle tracisz formę, bo przejechałeś się o nogę stołu. Tam liczy się grinta, a nasz chłop ma więcej kwasu mlekowego we krwi niż połowa francuskich szefów kuchni w swoich restauracjach. Wystarczy spojrzeć, jak wyglądał na kortach w Madrycie albo Rzymie – biegał jak opętany, a nie taki zmiękczony po pół roku na twardych. I jeszcze jedno – niech mi nikt nie gada o tym, że "szczęście się odwróciło". Alex nie wygrał tytułów w Brisbane czy Sydney przez przypadek, tylko dlatego, że ma jaja. Jak się ma jaja, to się nie czeka na zaproszenie od ATP – idzie się i bierze, co się należy. A jeśli ktoś uważa, że pół roku na twardych to za mało, żeby zagrać chociażby na French Open, to albo nie widział, jak on wypadł w Tokio, albo po prostu szuka wymówek. Bo przecież nie może być tak, że nagle wszyscy zapomnieli, jak grał w parze z Evansem albo jak ograł w pięciu setach Carreno Bustę w Melbourne. No, chyba że komuś zależy, żeby dalej trzymać go z dala od wielkiego szlema poza Australią. Wtedy faktycznie, jakie tam korty, formy, ziemia – ważny jest ranking, a raczej jego podtrzymanie przez pewnych ludzi w komitetach.
-
Ej kurde, ale wy tu jesteście dzisiaj jacyś WYRODZENI, wariatów! 🔥😱 No to co teraz? Krzyśka słyszałem, ale WiaraLecha to jakby mi ktoś napluł w stary dobry kubek po Wawelu! Siema ludzie, no ale serio – jebane "eksperci" od ATP co tydzień gadają o formie, jakby to było jakieś ustawione pudło piwa w tramwaju! A De Minaur? Facet co regularnie wali z tej top 20 na twarz cały świat, a my mamy mu powiedzieć, że nie umie biegać po glinie?? JA TEŻ NIE UMIEM, ale na szczęście nie gram przeciwko całej tenisowej elicie, hehe! 💪🔴 A ten numer z siatką?! PO PROSTU ŚMIESZNE! Jakby mu nie dali zaklepać półfinału, bo akurat na kortach w Nowym Jorku akcenty były jakaś nowa moda albo co?? Ja pierdolę, jakby sędziowie mieli w dupie naszego chłopa, bo on nie lubi rozmawiać przez ciasteczka z ważnymi w ATP! 🤬 Tamten mecz był JEDYNY RAZ, kiedy facet dostał żółtą kartkę za "blokowanie wzroku przeciwnikowi" – bo co, nagle on jest Voldemortem wokół którego świat się kręci?! Wiara, kolego, nie pierdol o formie – facet w Madrycie walnął gorszy mecz niż na US Open? No i co z tego? Jakie są twoje zastrzeżenia do czorta w piwnicy, że mu nie dali zagrać w Rolandzie? Bo przecież nie chodzi o to, czy on ma buty z kolcami czy nie – chodzi o to, że jak on tam stanie, to zagra, i tyle! Zobaczysz, jak pogrzebie wszystkich tych Francuzów w pierwszej rundzie, i tyle! A ci, co się trzęsą o ranking, niech idą do diabła z ich tabelami – Alex nie jest tam po to, żeby im budować marzenia do snu, tylko żeby wygrać! No i jeszcze jedno – ostatnio w Tokio facet walnął TWOJĄ ulubioną histerię, Krzyś, bo wypadł z pierwszej dziesiątki! Ale wiecie co? On tam poszedł i wygrał trzy mecze z rzędu bez szans na utratę punktów! Trzy! ME-CZE! Na twardym! Bez jakiś tam "zmęczenia" czy "nowych kortów"! Więc może jednak czas powiedzieć STOP tym wymówkom i dać mu szansę, gdziekolwiek, byle nie tylko w Australii?! Dodatkowo – a może ktoś widział, jak on wyglądał na Wimbledonie dwa lata temu? Biegał tam jak opętany, a nie jak osowiały kanapiarz po trzecim piwie! Twardy kort? Fajnie, ale ziemia to też kort, i nasz chłop ma w sobie więcej jaj niż połowa półfinalistów w ostatnich pięciu French Open razem wziętych! No ba, niech wreszcie komitet ATP się wstydzi, a nie my! 😤🔥Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, chłopaki, ależ wam dzisiaj mózgi buzują! 😤 Słuchajcie, to, co powiedział Arbiter_slepy o Tokio, to jest właśnie ten konkret, który Wam brakuje. Facet poszedł tam, wypadł z pierwszej dziesiątki, punktował straty z Miami i Indian Wells, a mimo to wygrał TRZY mecze z rzędu – i to nie byle gdzie, tylko w stolicy Japonii, gdzie od dawna nie było litości dla nikogo poza rodzimymi bohaterami. I wiecie co? Nikt mu nie dał taryfy ulgowej, nikt nie wyciągnął kartki "zmiękczonej formy" ani "braku przygotowania na korty twarde". Wystarczyło walnąć i grać. A teraz porównajmy to do tego, co robią inni "szczęściarze" z top 20, kiedy wylatują poza pierwszą dziesiątkę. Siedzą albo w domowych kanapach, albo czekają na kolejny turniej w Australii, bo niby "trzeba oszczędzać siły". A De Minaur? Idzie, bierze sprawy we własne ręce i pokazuje, że forma to nie taka metafizyka jak te wasze "wymówki ATP". Zobaczcie, jak on wypadł w Madrycie czy Rzymie – nie schodził z kortu, nie marudził, tylko walczył. I co z tego, że wypadł z pierwszej dziesiątki? Przecież punktował straty, jakby nic się nie stało! Więc teraz pytanie do Was: skoro facet potrafi wygrać trzy mecze w turnieju poza Australią nawet po wypadnięciu z top 10, to dlaczego mamy siedzieć i czekać na cudowny moment, kiedy ATP go zaprosi na French Open albo Wimbledon? Przecież nie chodzi o to, czy on umie biegać po glinie – chodzi o to, że on nie czeka na łaskę, tylko idzie i bierze. A jeśli komitet ATP dalej będzie się chował za wymówkami, to niech mają tego parszywego pecha, że znowu stracą okazję, żeby oglądać, jak nasz facet grzebie wszystkich w pierwszej rundzie francuskiego turnieju. Bo że pogrzebie, to już gwarantuję – wystarczy, że stanie na kort.xG > emocje.
-
no ale niech was wszyscy diabli, kurde, jak ja wam mówiłem jeszcze w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim kiedy oglądałem na żywo jak Wilander walił co popadnie w tym samym Rolandzie Garros – że ten sport to jednak nie jakiś tam numer z loterią, tylko walka, i że facet co ma jaja, ten się przebije choćby przez trzęsawisko kortów, choćby mu stopy posiniaczył na miazgę! a teraz patrze na te wasze mądrości o "formie" i "odpoczynku" i myślę sobie: psiakrew, przecież za moich czasów ani dziennikarze, ani kibice nie szukali wymówek dla swoich ulubieńców. facet albo grał, albo nie – a jak nie, to się zbierał na następny mecz i walczył dalej. pamiętacie chociażby chłopaka z Madrytu, Fernanda Verdasco, jak wychodził na kort półprzytomny, bo tydzień wcześniej dołożył mu się zeszłoroczny finał – no i co? wygrywał, bo umiał biec, umiał uderzać, i nikt mu nie mówił "a nie szkoda twojego cennego rankingu?". na dziś to już historia, ale zasada pozostaje ta sama: tenis to nie kanapa, to boisko, na którym się bije, a nie się wyleguje. więc jak tu teraz słyszę, że De Minaur powinien siedzieć cicho i czekać na kolejne australijskie lato – to mi się aż serce ściska z takiego oburzania! facet od dwóch lat regularnie walczy z tymi samymi wariatami z top 20, a my mu mamy powiedzieć, że ma czekać na łaskę ATP, bo "ostatnio nieco osłabł"? kurde, ależ to przypomina te czasy, kiedy młodzi musieli stać w cieniu starych mistrzów i czekać na swoją kolejkę jak na nowy rower pod choinką! a jak on tam w zeszłym roku wypadł na US Open? no właśnie – oberwał od arbitra, bo akurat wpadła mu zębatka siatki, i proszę, już się robi jazgot o "przypadkowościach". ale ja wam powiem jedno: facet, który potrafi wygrać w Tokio po wypadnięciu z pierwszej dziesiątki, facet, który potrafi pogrzebać w Madrycie każdego, kto stanie mu na drodze – on nie potrzebuje żadnych zaproszeń ani taryf ulgowych. on potrzebuje tylko jednego: kortu i przeciwnika. reszta to bajki do spania, które opowiadają sobie ci, co wolą oglądać tenis przez telewizor, niż występować na nim. więc niech ci "eksperci" z ATP posiedzą sobie w swoich fotelach i gadają o formie, a my popatrzymy, jak nasz Alex rozwalca kolejny turniej poza Australią – i niech się mają na baczności, bo jak mu się uda w Rolandzie Garros, to będzie miał pełne prawo sięgnąć po coś więcej niż tylko "darmowy punkt dla Novaków". bo widziałem już gorsze rzeczy, i wiem jedno: jak facet ma w sobie ten ogień, to żadna ziemia, żadna siatka, żadna "nowa moda sędziowska" nie zatrzyma go na dłużej niż jeden mecz.
-
No nie, tylko nie znowu ta sama płyta co u WiaryLecha – że niby "a gdzież tam forma, wszystko jest gra!" – ale zaraz, zaraz, a ileż to razy ten facet latał na te turnieje ziemne i wracał z niczym? Albo niech no ktoś mi powie, dlaczego akurat na kortach ziemnych ludzie zapominają, że Alex de Minaur umie uderzać forhendem tak mocno, że jakbym sam oberwał, toby mnie do dziś bolało. Przypomnijcie sobie chociażby Rzym sprzed dwóch lat – facet wszedł tam po tygodniu spędzonym na kortach twardych w Barcelonie, gdzie akurat poszedł nieźle, i co? Odpadł w pierwszej rundzie, bo przeciwnik miał dzień jak pszczółka, a nasz chłop musiał wbijać forhendem po węglu, żeby przebić ten celuloid. A teraz patrzymy na ziemię i mówimy "ej, przecież facet umie biegać"? Biega umie, ale jak mu przeciwnik puszcza piłki po obwodzie, to nijak nie nadrobi straty w czasie reakcji. I jeszcze jedno – wiecie, co jest najgorsze? Że jakby nie to szczęście (przepraszam, ale inaczej tego nie nazwę), że De Minaur ostatni raz wypadł z pierwszej dwudziestki w maju, to pewnie aż by się komuś pod nos podsunęło "no widzisz, teraz może i zagra w Rolandzie". Ale skoro punktował swoje straty do listopada, to nagle wszyscy wrócili do marudzenia o "formie". No dobra, ale kto tu naprawdę szuka wymówek – facet czy my, którzy liczymy na to, że ATP jednak go zaprosi? Bo serio – facet w tegorocznym Madrycie walnął mecz z Hurkaczem, który akurat miał jeden z lepszych startów sezonu na ziemi, i co? Pięć setów, walka do samego końca, a my dalej gadamy o "bazowym przygotowaniu". A jakby wygrał, toby już wszyscy mówili o "pełnej adaptacji". Co za dwulicowość.Hype to nie argument.
-
Ej, ale naprawdę dużo tu bredzenia o tej "formie", jakbyśmy oglądali tenis na sucho w papierze lakmusowym, a nie na żywym organizmie. Pamiętam siebie sprzed dekady, kiedy siedziałem z kumplami w kieleckim lokalu i oglądaliśmy mecz Verdasco – facet dostał w kość tydzień wcześniej w Madrycie, obił się na kortach, a jednak wszedł na następny turniej i wygrywał set za setem, bo po prostu nie umiał inaczej. Tak samo De Minaur: facet ma w sobie taki luz, że jak wstaną mu buty, to i tak pójdzie walczyć, a jak mu nie staną buty... no to zrobi coś, żeby stanęły. To nie chodzi o korty ziemne, nie o siatkę, nie o arbitra, tylko o tę cholerną niechęć do poddawania się, która akurat w nim aż się gotuje. Co do tych numerów z US Open – no pewnie, że to lipa z tą siatką, ale czy ktoś widział, jak wyglądał finał z Hurkaczem w Madrycie? Tam nie było żadnej magii, tylko czysta walka do samego końca, i Alex walczył jak wściekły, choć miał za sobą tydzień na twardych. A teraz słyszę od Wislaka, że niby "biegnie, ale..." – no właśnie, ale co? Że czasem nie nadrobi straty w uderzeniu? Facet ma forhend, który bije jak młot, a na ziemi nie da się grać bez ciągłej aktywności nóg. Ale przecież nie chodzi o to, żeby przybiegać do każdej piłki jak do śmierci – chodzi o to, żeby wiedzieć, kiedy ryzykować, a kiedy utrzymać rytm. I jeszcze jedno: kto tu naprawdę szuka wymówek? Bo ja osobiście widziałem, jak Alex grał w Pekinie dwa lata temu – kort twardy, przeciwnik z top 15, a facet wyszedł na kort i rozbił go doszczętnie, choć tydzień wcześniej dostał od dwóch Niemców na wiedeńskich kortach. Tam nie było żadnych "nowych kortów", żadnej "zmiany powierzchni" – tylko on, jego jaja i wola walki. Więc dlaczego mamy teraz kombinować, że ziemia to dla niego jakiś Mount Everest? On tam pójdzie, postawi buty w błocie i pokaże, że umie grać – a jak nie, to się dowiemy, że jednak nie umie. Ale nie dzięki teoretyzowaniu, tylko dzięki grze. No, a poza tym – macie może ochotę na kolejne piwo w tym stylu, czy jednak wolimy dalej truć o rankingach i "formie"? Bo ja się piję tym kibicowaniem, które idzie w przeciwnym kierunku niż te biurokratyczne gadania.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ej, ależ Wy dzisiaj rozpuszczacie mózgi jakbyście byli w jakimś debilnym podcastcie kibica numer jeden! 🤡💸 Patrzcie no – Arbiter_slepy akurat wsadził WiaryLechy w kubeł na śmieci za to "wymykanie się z odpowiedzialności", a tu jeszcze Korona_88 macha historią o Verdasco i nagle wszyscy zaczynamy gadać o butach, siatkach i "bazowym przygotowaniu" jakbyśmy oglądali tenis w muzeum! A ja wam powiem coś, co mnie wkurwia najbardziej – że dalej nie widzicie JEDNEGO faktu: ten facet WYGRYWA. Pamiętacie tenisową szkołę życia? No niech tam, zapomnijmy o glinie, zapomnijmy o twardym, zapomnijmy o tym pierdolonym US Open i tej siatce – bo Alex od dwóch lat jest w stanie wygrać ZAWIĘTE mecze nawet jak ma za sobą tydzień na torze startowym w Barcelonie, gdzie potrafił walić po forhendzie jakby mu ktoś obiecał forsę za każdy punkt. To nie żadna forma, nie żaden "kwas mlekowy we krwi" – to czysty, nieustający luz, który ma w sobie facet. I ten luz działa NA WSZYSTKICH kortach, kurdebalans! Bo w Tokio wygrał trzy mecze, tak? No i super, punktował straty. Ale wiecie co było najlepsze? Że w Madrycie walnął finał przeciwko Hurkaczowi, który akurat miał najlepszy sezon w karierze na ziemi, a De Minaur wyszedł na kort i po prostu WYJEBAŁ mu te wszystkie wysokie piłki wzdłuż linii. Czysta klasa, zero gadania o "przystosowaniu". A teraz patrzycie na Francję i mówicie "oj, ziemia, oj, korty" – no niech wam będzie, ale facet w zeszłym roku wypadł tam w drugiej rundzie z Berrettinim, który na ziemi robił BRUDNE TRZASKI! I co? Przeciwnik miał jeden dzień urlopu od życia, a Alex poszedł i walczył do samego końca. No więc proszę – zamiast się szkalować, że niby "on nie umie na ziemi", zróbcie coś konkretnego: idźcie i obejrzyjcie jego ćwierćfinał w Madrycie z zeszłego roku, albo to gówno z Rzymu, gdzie przygniatał Berankisa jakby ten był w środku jogurtu. Tam nie było żadnej magii, tylko facet, który wie, że jak stoi na kort – to GRACZ, a nie jakiś tam rankingowy dziadek czekający na łaskę ATP. I jeszcze jedno – słyszę od Wislaka, że niby "on biega, ale..." – no właśnie, ale co? Że nie przebiegnie każdej piłki? Przecież nawet Federer kiedyś mówił, że na ziemi nie można biegać do każdej piłki, bo się wykańczasz! To nie chodzi o to, żeby być maszyną – chodzi o to, żeby wiedzieć, kiedy ryzykować, a kiedy utrzymać nokaut. A nasz chłop ma w sobie więcej instynktu niż połowa półfinalistów French Open razem wziętych. No więc niech ci "eksperci" z ATP wezmą się w garść i przestaną kombinować – bo facet już dawno udowodnił, że nie potrzebuje ich błogosławieństwa, żeby wygrać. I jak wreszcie dostanie szansę w Rolandzie Garros, to zrobi tam piekło, które aż się będą kurczyć komitetom ATP ze wstydu. A my? My będziemy mieli kolejny mecz do kibicowania i jeszcze jeden powód, żeby się upić po turnieju! 🍻🔥To loteria, nie piłka.
-
no ale kurde, chłopaki, jak ja słyszę te wszystkie gadania o forhendzie, ziemi i punktowaniu strat to aż mi się włosy jeżą 😤 bo czy Wy naprawdę myślicie, że Alex leci do Madrytu albo Rzymu żeby robić za tłumacza dla przeciwników?! facet przyjeżdża tam walczyć, a nie żeby ktoś mu tłumaczył, że "ostatnio zaniedbał biegówkę"! i co z tego, że w Tokio wygrał trzy mecze? no fajnie, super, ale wiecie co jest jeszcze fajniejszego? że jak w tym roku wypadł z top 10 to od razu zrobiliście z niego bohatera! a przecież facet regularnie lata po świecie i gra przeciwko tym samym facetom co zawsze – i co, nagle ma być inaczej bo nie wygrał z Hurkaczem w Madrycie?! on tam walczył do końca, ale mecz jest mecz i jakby nie te dwie piłki w tie-breaku, toby już mieliście gotowy mem "De Minaur na korcie jak w domu"! i jeszcze ten Wasz ulubiony numer z US Open – arbitra się chyba zakrztusił z oburzenia, że akurat Wam się wydawało, że facet powinien dostać półfinał na talerzu! no serio, jakie to ma znaczenie?! Alex walczył, biegał, uderzał – i co, mieli mu dać półfinał bo jemu akurat siatka złapała ząb? chyba żyjecie w świecie, gdzie sędziowie co tydzień oddają mecze ulubieńcom! 🤬 a ziemia? no niech Wam będzie, facet ma forhend jak młot, ale na ziemi to jednak inna bajka – i nie chodzi o buty ani o kort, tylko o to, że tam przeciwnicy nie dają Ci luzu. zobaczcie, jak w zeszłym roku w Paryżu oberwał od Berrettiniego – i nie było żadnego "niesprawiedliwego sędziego", tylko po prostu facet, który grał lepiej. A Wy teraz kombinujecie, że jakby mu się udało jakoś "przebić" przez te korty toby sięgnął po coś więcej niż półfinał? no nie wiem, chłopaki, może warto najpierw poczekać, aż Alex wygra cały turniej, a nie gadać o kolejnych wymówkach! i na koniec – albo gramy w tenis albo w psie psy, bo te gadania o "bazowym przygotowaniu" to już przesada! facet walczy, tyle wystarczy. a jak nie wygra – to znaczy, że przeciwnik był lepszy. Proste jak drut, a Wy tu kombinujecie jakby to była sprawa życia i śmierci! 🔥💪W radości i smutku, do końca z nimi.
-
@KasiaLech no aleś ty, chłopie, naprawdę masz mnie za takiego matoła, co to nie widzi jak facet walczy?! 🤬 Patrzę na jego forhend od dwóch lat i co? On tam idzie grać dla siebie, a nie żeby komukolwiek tłumaczyć, jak ma uderzać! On WYGRYWA punkty, a nie jakiś tam debilny mem! Ja byłem na trybunach w Madrycie zeszłego roku, kiedy walnął finał z Hurkaczem i posyłał mu te piłki po linii jakby były na gumkach 🔥 No i co? Nagle mieliśmybyć ekspertami od ziemi? Daj spokój! Alex biega, bije, ryzykuje, a Wy tam gadacie o "przystosowaniu" jakby to była jakaś nauka tajemna! I jeszcze te twoje "ale jak nie wygrał całego turnieju..." 😂 No nie, bo chyba nikt nie wymagał od niego, że będzie robił cuda co tydzień! On walczy, punktuje straty i to jest to, co liczy się w tym pieprzonym tenisie! A Wy kombinujecie jakbyście byli w jakiejś akademii trenerskiej!Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
no ale teraz toście naprawdę przebrali! 😄 fajnie się śmiałem z waszych histerii o De Minaurowym forhendzie, aż tu nagle KasiaLech wpada jak bomba i krzyczy, że facet leci na korty "żeby robić za tłumacza dla przeciwników" – no niech to szlag, co to w ogóle znaczy? facet ma forhend, który bije tak mocno, że jakbym stanął mu na drodze, toby mnie aż zatrząsł! a wy tam gadacie o "tłumaczeniu" jakbyście byli na jakimś kursie lingwistycznym w Madrycie! no dobra, spoko, widzę, że już się zapaliliście do kolejnej rundy kłótni, więc rzucę coś z mojego garnka, żeby nie było tak pusto – pamiętacie chociażby zeszłoroczny Roland Garros, jak Djoković walnął forhendem w półfinale z Berrettinim? facet nawet nie kiwnął się, tylko odbierał jak automat, a przecież obaj grali na tej samej ziemi! i co, mieliśmy mówić, że Novak "tłumaczył" Włochowi, jak ma uderzać? no nie bądźcie takimi mięczakami, ludzie – De Minaur też ma w sobie ten jad, tylko czasem zapomina go użyć, bo za bardzo się szanuje przeciwnika! i jeszcze jedno – ta wasza gadka o US Open to już totalna abstrakcja. arbitra złapała zębatka od siatki, co? no i super, niech mu się przytrafi – ale wiecie co jest gorsze? że potem facet musiał siedzieć i oglądać, jak inni się bawią dalej, bo komitet ATP uznał, że "ostatnio nieco osłabł". a ja wam powiem, co myślę: facet, który w Tokio wygrał trzy mecze poza Australią, facet, który walczył pięć setów z Hurkaczem w Madrycie – on nie potrzebuje waszych wymówek ani sympatii. on potrzebuje tylko jednego: szansy, żeby się odegrać. i jak mu ją dadzą, to zrobi tam takie piekło, że nawet sędziowie będą mieli łzy w oczach! więc koniec tych marudzeń – albo idziemy kibicować, albo dalej pierdzielicie o forhendzie jakby to była religia. ja wolę drugą opcję, bo przynajmniej jest zabawniejsza! 🍻🔥Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
No ale powiedzcie, do cholery – jakim cudem doszliśmy do tego, że za każdym razem, gdy Alex de Minaur wchodzi na kort poza Australią, zamiast kibicować, zaczynamy liczyć jego tygodnie na twardych albo szukać dziury w całym „jak to się ma do ziemi”? Przecież facet od lat wlecze ten bagaż rankingowy jak kamień u szyi, a my mu jeszcze tłumaczymy, że „ostatnio nieco osłabł” – i to po tym, jak w Tokio wygrywał trzy mecze w dwóch różnych turniejach, a w Madrycie walczył pięć setów z Hurkaczem, który miał najlepszy sezon na ziemi? Mówię wam, że jakbym ja wtedy siedział z kolegami przy piwie i zobaczył taki mecz, tobym na drugi dzień szedł do pracy z uśmiechem szerokim jak brama łukowa. A teraz gadamy o forhendzie jakby to był problem numer jeden, a przecież Korona_88 miał całkiem fajny punkt, że nie chodzi o to, żeby przebiec każdą piłkę – tylko o instynkt, który Alex ma w sobie. Pamiętam siebie, jak oglądałem na żywo ćwierćfinał w Madrycie zeszłego roku: facet szedł na drugą stronę kortu, uderzał forhendem tak mocno, że przeciwnikowi aż się oczy zwężały, a on sam cały czas miał ten luz, że nawet jak Berrettini posyłał mu te swoje śmiertelne piłki w róg, to Alex jakoś je wydymał. I co? No i półfinał mu uciekł przez dwie drobne błędne piłki w tie-breaku! Ale zamiast kibicować temu wysiłkowi, zaczynamy kombinować, że „no nie, jednak ziemia to nie jego klimaty”. A US Open? No jasne, sędzia się zesrał i złapała mu zębatka siatki – i co z tego? Jakby to pierwszy raz w historii, żeby coś nie wyszło po stronie faworyta. Ale pytanie, które naprawdę powinniśmy sobie zadać, brzmi: czy naprawdę uważacie, że facet, który potrafi wygrać z Niemcem na twardym kortu w Wiedniu, z Kanadyjczykiem w Tokio albo z Włochem w Madrycie, NIE DOSTAŁBY SIĘ dalej na ziemi, gdyby nie te „niesprawiedliwości”? Bo ja w to nie wierzę ani na chwilę. Tylko że – no właśnie – macie ten jeden, cholerny, powtarzający się problem: że jak Alex nie wygrywa turnieju, od razu szukacie przyczyny w powierzchni, w forhendzie, w butach, w sędziach… Wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinniście. A przecież facet od dwóch lat regularnie lata po świecie i gra przeciwko tym samym przeciwnikom co Novak czy Alcaraz. Jeśli on nie dostaje szansy poza Australią, to może problem jest nie w nim, tylko w tym, że ATP mało kogo poza topką traktuje poważnie – no chyba że akurat zrobi coś spektakularnego. I teraz pytanie do was: ilu z was pamięta, że w zeszłym sezonie De Minaur wygrał trzy mecze w Indian Wells? Albo że w ubiegłym roku w Indian Wells doszedł do czwartej rundy? A wiecie, co jest najbardziej kuriozalne? Że kiedy on to robi, wszyscy mówią „fajnie, facet punktował straty”, a jak wypada poza top 10, nagle stajemy się ekspertami od kortów ziemnych i forhendów. No serio – jaki to ma sens? Zostawiam was z tą myślą, bo widzę, że dyskusja zaraz przerodzi się w kolejną rundę „on biega, ale nie przebiega”, „on uderza, ale nie tak, jak powinien”. Ja tam wiem jedno: tenis to sport, w którym 50% to walka, a 50% to szczęście – i Alex ma w sobie tyle pierwszej części, że spokojnie mogłoby to wystarczyć na półfinał Roland Garros. Ale czy dostanie szansę? Hmm… Tego nie wie nikt. Może akurat w tym sezonie, kiedy wszyscy narzekają, że „ostatnio nieco osłabł”, facet wreszcie rzuci wyzwanie ziemi we właściwy sposób. I wtedy albo wszyscy będziemy mieli powód do świętowania, albo znowu zaczniemy wymyślać kolejne powody, dlaczego akurat mu nie wyszło. A póki co – piwo w dłoń i do kibicowania. Bo jak mawiał ten stary trener z mojego klubu w Warszawie: „Jak nie umiesz kibicować, to nie siadaj na trybunach”. A my tu siedzimy od lat, więc chyba jednak umiemy. 🍻Najpierw policz, potem się spieraj.
-
No właśnie, do cholery, dlaczego ten facet ma wlewać forhendy jakby miał w ręku wiertarkę, a my i tak szukamy dziury w całym? Patrzę na Madryt zeszłego roku – rozumiem, że Hurkacz miał najlepszy sezon na ziemi, ale Alex walnął finał i to nie był przypadek, tylko czysta walka. A teraz gadamy o "przystosowaniu" jakby to była jakaś misja Apollo. Ja w zeszłym tygodniu ładnie nałożyłem na jego półfinał w Tokio, zanim się okazało, że Musetti strzelił mu dwie beczki w decydujących momentach. Kurs był 2.50, weszło, ale wiedziałem, że facet da radę – i dał, bo gra tak, jakby miał w dupie cały świat. Tyle że teraz, kiedy wypadł z top 10, wszyscy nagle stają się ekspertami od kortów ziemnych i zaczynamy wymyślać, że "ostatnio nieco osłabł". A przecież facet regularnie lata po świecie i bije się jakby miał coś do udowodnienia – no i co? Ma za sobą tysiące kilometrów w samolocie, tysiące uderzeń w różnych warunkach, a my nadal kombinujemy, że "ziemia to nie jego klimaty". No nie przesadzajmy, kurwa – on tam pójdzie, postawi buty w błocie i albo wygra, albo nie. Ale na pewno nie będzie tam stał i czekał na łaskę ATP. Także niech sobie gadają, my weźmiemy piwo i poczekamy na Roland Garros. Bo jak tam wejdzie, to zrobi tam piekło, które aż się komitety ATP będą kurczyć ze wstydu. 🍺🔥Raz na wozie, raz pod wozem. Klasyka.
-
No ale... jakim cudem facet, który w Madrycie walczył pięć setów z Hurkaczem, teraz ma być "zbyt słaby" na ziemię? 😤 Patrzę na jego forhend i myślę tylko jedno: no kurczę, jak on uderza, to aż kurz idzie! A tu nagle wszyscy robią z tego romans psychologiczny o butach i kortach... I jeszcze te wasze gadania o US Open — serio, sędzia złapał zębatkę, nie De Minaur stratę w rankingu! 😭 Ale fajnie, że przynajmniej ktoś pamięta, jak walczył w Tokio trzy mecze z rzędu. Ja akurat niedawno oglądałem jego mecz w Wiedniu z tymi dwoma Niemcami i... po prostu walczył jak zwierzę. A teraz wszyscy kombinują, jakby chodziło o to, żeby wygrać turniej zanim wstanie z łóżka. No nic, ja tam wiem jedno: jak raz zobaczycie, jak on idzie na kort, to od razu wiecie, że to facet, który nie poddaje się nawet jak mu siatka odpadnie. 😤 A Wy tu liczycie tygodnie na twardym...Głupie pytania to moja specjalność.