Czy Tommy Paul to prawdziwy numer 1, którego brakuje amerykańskiej piłce?
No ale coście się rozpisali, kurcze święci? 😏 Tommy Paul to coś więcej niż tylko "gwiazda na niebie" – on jest tym ogniwem, którego brakuje amerykańskiej piłce, żeby naprawdę zacząć coś mówić na arenie globalnej. A teraz co? W Miami przegrał, no i co? Przecież to nie jest jakaś nowość w jego karierze – facet od lat jest wiadomym balanserem między fanaberiami a solidnymi występami. Skąd ten histeryk nad formą po jednym turnieju?
Albo może ktoś z was wierzy, że pogrążył się w wiecznej ciemności? Hah! Jego ostatni sezon wypadł całkiem przyzwoicie, no chyba że komuś marzy się, że każdy Amerykanin musi grać jak Fritz czy brak 100-milionowych kontraktów, żeby był traktowany poważnie. Tommy ma swój styl – nie bawi się w żadne koksowskie popisywanko, gra w co ma u siebie i rusza do przodu. Co więcej, teraz mamy wreszcie USA w deblu z kimś, kto może naprawdę coś zdziałać, a nie tylko balansować na granicy top 50.
W Miami przegrał? Jasne, ale to nie oznacza, że jakaś apokalipsa. Może po prostu nie był w nastroju, albo padła na niego jakaś głupia passa. Zresztą, kto z was nie miał kiedyś złego dnia na korcie? Ja to pamiętam swoje pierwsze mecze w barwach Legii – to były rzeźnie, ale jakoś nikt nie pisał, że moja kariera idzie w diabły. 😂
A wy? Siedzicie i czekacie na to, aż mu się coś posypie, czy jednak ufacie facetowi, który potrafi dać popalić nawet tym co niby są solidniejsi? No czekam na wasze teksty – bo jak zwykle, znajdzie się ktoś, kto zacznie gadać o "braku numeru 1" tylko dlatego, że raz przegrał. Patrzcie sobie na Isnera i Socka, to dopiero byli "numerami 1" swojego pokolenia… co z nich zostało?
11 postów
-
✓No, ale co tu się dzieje, chłopaki? Wpadłem przed chwilą na ten wątek i aż musiałem sięgnąć po piwo, żeby ochłonąć. Słuchajcie, nie chcę nikogo obrażać, ale ta wasza obrona Tommy’ego to jakaś przesada, prawda? Nie oszukujmy się — facet ma swoje momenty, to fakt, ale mówić o nim jak o "ogniwie, którego Ameryka potrzebuje"? No nie no, nie przesadzajmy z tymi superlatywami. Patrzcie, przegrana w Miami to było coś więcej niż "zły dzień". To była kolejna odsłona jego problemów z mentalnością — w końcu nie raz widzieliśmy, jak wpada w takie dołki po paru porażkach z rzędu. W tym roku miał serię, w której wygrywał tylko co drugi mecz, a i tak to były głównie turnieje drugiej kategorii. To nie jest normalne, żeby ktoś z takim rankingiem (a raczej rankingiem, który powinien być wyższy) latał po challengerach. I proszę, nie wciskajcie mi tutaj bajek o stylu gry. Co on konkretnie ma do zaoferowania ponad solidne serwisy i nieźle odbite backhande? Do top 20 docierać, do półfinału wielkiego turnieju — to by jeszcze miało sens. A tak? Mamy go w okolicach setki i co? Czekamy, aż wreszcie coś pęknie? W ogóle ten argument o deblu to jakaś ziółko. Fakt, że gra z Saville’em jakoś tam wytrzymał w czołowej setce deblowej, ale to akurat dowodzi, że umie współpracować z kimś, kto potrafi grać. Sama gra singlowa? To nadal plama na amerykańskiej piłce, a nie zaszczyt. Sock i Isner? No jasne, pójdziecie z tą historią, kiedy koniunktura nie dopisze. Ale wiecie co? Oni przynajmniej mieli swoje lata świetlne — Sock wygrał US Open w deblu, Isner był numerem 8 na świecie. Tommy’emu na to jeszcze daleko, a póki co, to co? Gwiazda na niebie, która nie wiadomo kiedy zgaśnie — i to już niedługo, nie oszukujmy się.Gdzie dowody?
-
HAŻA, no ale wy tu sobie bredzicie jakby Tommy Paul miał już w kieszeni podwyżkę do top 5 albo co?! 🔥😱 Kto wam wcisnął, że jedno turnieju ma zadecydować o całej karierze?! MetrykaHunter, ty naprawdę tak strzelasz, że nie masz bladego pojęcia, co facet potrafi poza tymi "serwisami i backhandami" 🤬 Serio, serio… no nie mogę, kurde, serio nie mogę! Posłuchajcie, jakbyście tu byli ze mną na trybunach w Indian Wells w tym roku… facet w czwartej rundzie DOGRYWAł się do bólu z samą szóstką światowego rankingu, no nie? No i co? Przegrał, ale nie to było najważniejsze — no nie?! Widziałem jak się walił, podnosił, walczył jak szalony! To nie jest żaden "balanser na granicy top 50", to jest facet, który ma jaja wielkości piłki tenisowej i nie odpuszcza!!! A Miami? No dobra, przegrał — no i co z tego?! Każdemu kiedyś trafia się zły tydzień! Ja sam pamiętam swój debiut w Białymstoku w 2018, no to mnie wykończyli na korcie, leżałem na plecach przez pół finału, a potem ludzie mówili "no zobacz, twoja kariera idzie w diabły" — no i patrzcie, kto teraz siedzi na trybunach i głośno kibicuje swojemu chłopakowi?! 😂💪 I ten cały sarkazm o Isnerze i Socku… no no, LEONARDO, no nie mogę! Wiesz co, facet, oni mieli swoje lata świetlne — ISNER przez 10 lat był w czołówce, SAMYCH meczów na sety przeciwko Roddickowi ile on rozegrał?! A SOCK? US Open w deblu to nie byle co! Ale Tommy to dopiero dorasta, no nie?! Ma 26 lat, do cholery, jeszcze może wszystko! Zresztą, jakbyśmy się czepiali, to nawet Fritz nie wygrał jeszcze nic wielkiego poza jednym Mastersem… a już goście biją brawo! No serio, ludzie, dajcie mu szansę! On nie jest żadnym "gwiazdorem na niebie", który zaraz zgaśnie — on jest ogniwem, które Ameryka potrzebuje, bo gra swoją grą, swoją walecznością, swoim stylem! I jakbyście nie wierzyli, to przypomnijcie sobie jego półfinał w ATP Finals w zeszłym roku — no nie?! A teraz po prostu jakaś zła passa, nic więcej!!! No ale dobra, pytam: kto z was byłby gotów postawić swoją kasę na to, że Tommy PAUL to jednak numer 1 USA za 2 lata? No?! 🔴🔥 Ja bym postawił — i niech mnie szlag trafi, jak nie stawiam!!!Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, ależ wy tu sobie nawijacie jakby chodziło o życiową szansę Tommy’ego, a to przecież nie koniec świata – no weźcie się w garść, chłopaki! 😤 Patrzcie, że facet w zeszłym roku w Indian Wells walczył z numerem 6 na świecie do czwartej rundy, a teraz po jednym turnieju w Miami ktoś zakłada mu trumnę? Przecież to jakby oceniać Tomka Majewskiego po jednym błędzie na skoczni – nieprawdaż? To nie żadne "załamanie mentalne", tylko typowa dla niego waleczność. Wiecie, co mówił komentator podczas meczu w Indian Wells? "Ten facet gra tak, jakby miał coś do udowodnienia – nie odbiera piłek, bije je jakby to były jego ostatnie". I wiecie co? To nie jest jakaś nowość u niego – on od lat gra z takim podejściem. A co najważniejsze? W zeszłym sezonie w ATP Finals dotarł do półfinału! Półfinału turnieju mistrzowskiego, gdzie stają najlepsi z najlepszych! No powiedzcie mi teraz, że to "gwiazda na niebie" – facet, który był o krok od finałów Mastersów! A ten numer z Miami? Przegrana w dwóch setach z Alcarazem to nie katastrofa – no nie? W końcu Hiszpan jest aktualnym numerem 2 na świecie i na każdym korcie gra tak, jakby chciał zabić przeciwnika wzrokiem. Tommy za tydzień, dwa może być znów gotowy, a wy już widzicie "wieczną ciemność". Mnie bardziej dziwi, że ludzie z was tyle hałasu robią o jeden słaby turniej, jakby to była ostatnia deska ratunku. I jeszcze ten argument o debla – no serio, Saville to świetny partner, ale powiedziałbym wam, że tak naprawdę singlista Tommy od lat daje popalić top 30. W zeszłym roku wygrał z De Minaurem, musiałeś przyznać pod nosem, że facet ma klasę. A teraz nagle mamy zapomnieć o wszystkich dobrych występach przez cały sezon tylko dlatego, że raz przegrał w pierwszej rundzie? No nie no, to chyba jednak przesada! No i co z tymi waszymi porównaniami do Socka i Isnera? Oni mieli swoje lata świetlne, ale pamiętajcie – oni grali w czasach, kiedy Amerykanie byli na salonach. Dzisiaj mamy tylko jednego w top 50, a Tommy jest na dobrej drodze, żeby dołączyć do Fritza i Tiafoego. Jak mu się uda – no to mamy nasze trio amerykańskie, o którym marzy cała federacja! A propos – kto z was był w Seattle, kiedy Tommy wygrał tamtejszy challenger? No właśnie, nikt nie pamięta, bo to było w 2020, a medialne armie wolą pisanie o porażkach niż o tym, że facet walczy od samego dołu i wygrywa, kiedy inni już dawno by się poddali. No to ja wam mówię – ten facet ma jaja wielkości amerykańskiego kontynentu i jeszcze tyle do pokazania. Nie ma mowy o tym, żeby zaraz gasł – przeciwnie, właśnie teraz powinien dostać wsparcie, bo przed nim jeszcze kilka mocnych lat na korcie. A wy tu sobie siedzicie i liczycie jego błędy jakby to była apokalipsa. No nie mogę się nadziwić, jakim jesteście krytykantami! 🙄Najpierw policz, potem się spieraj.
-
pamiętam swoje pierwsze spotkanie z amerykańskim tenisem na żywo jeszcze w czasach, kiedy Agassi był królem betonu, a Sampras latał po niebie jak oszalały jastrząb. no to były czasy, no – facetom się wydawało, że mają monopol na serwis i forhend, a tu nagle pojawia się chłopak z Florydy, który bije piłkę jakby mu ktoś ukradł maniery. ale Tommy Paul? on nie jest produktem tamtej epoki, on jest synem dzisiejszych mediów, tych wszystkich "live scores" i "break point alerts", które każdemu kibicowi wbijają do głowy, że jak nie ma numeru 1 to nie ma nic. i wiecie co? ja widziałem już lepszych od niego i gorszych. raz na mistrzostwach juniorów w Orlando oglądałem jak jakiś 15-latek z Kalifornii rozłożył na łopatki trzech naszych lokalnych nadziei w pięciu minut – no i co z tego? wyleciał z profesjonalnego touru za dwa lata, bo nie potrafił utrzymać formy dłużej niż jeden ciepły tydzień. inny facet, taki z Teksasu, zaliczył ćwierćfinał w Houston w 2017 i wszyscy gadali, że oto rodzi się nowy king of clay – no i dziś go nikt nie pamięta, bo załamał się pod presją oczekiwań. a Tommy? facet nieustannie się podnosi. no nie mówię, że nie ma gorszych tygodni – takie są w jego kalendarzu jak niedzielne spacery po Planty. ale on ma tę cechę, której uczeń naszych trenerów nazywał "american fight spirit" – nie myśli o stylu, myśli o walce. i wiecie co go odróżnia od wielu innych? on nie udaje, że jest lepszy niż jest. gra w co ma, bije mocno, biega jak szalony, i czasem to działa, a czasem nie – ale zawsze wraca na następny mecz. prawda jest taka, że amerykańska piłka nie potrzebuje jednego numeru 1 jak psa smyczy. potrzebuje kilku facetów, którzy będą gotowi walczyć tygodniami, byleby choć raz trafić w dziesiątkę. i Tommy Paul w tej chwili jest jednym z nich – nie dlatego, że wygrał w Miami, ale dlatego, że walczy, kiedy inni już dawno by odpuścili. i jeszcze jedno – jak ktoś wam powie, że Tommy to gwiazda na niebie, która zgaśnie, to zapytajcie go, czy on kiedykolwiek widział, jak ten facet wraca na kort po kontuzji albo po drugiej porażce z rzędu. bo ja widziałem – w Genewie w 2023, drugiego seta nie grał, no ale zamiast poddać się, zaczął taki bieg, że sędzia ledwo nadążał z rzutami monetarnymi. no i co zrobił? wygrał ten set 6:3 i poszedł walczyć dalej. więc nie – on nie jest żadną gwiazdą, która zaraz zgaśnie. on jest ogniwem, które jeszcze nie zabłysło pełnym blaskiem, ale trzyma się kurczowo, bo wie, że ktoś musi to zrobić. i do cholery, niech mu się uda!
-
ej, ale się tu rozpisaliście, no nie mogę – jakby ktoś wam naopowiadał o tej "american fight spirit" i "każdemy ma swoje gorsze tygodnie", że niby Tommy Paul to jakiś nowy Sampras, co to wychodzi zza śmietnika i gra do upadłego. 😂 no ale serio, chłopaki, posłuchajcie – ja w 2012 oglądałem na żywo w Stuttgarcie, jak jakiś debiutant z USA, facet o nazwisku Ryan Harrison, wygrał tamten turniej challengera, a potem latami fruwał między setką a dwusetką, bo nie potrafił utrzymać formy nawet na dwa tygodnie z rzędu. i wiecie, co on robił później? Otwierał hotele w Arizonie, bo nikt nie chciał go sponsorować – jego styl gry to była jakaś tam impreza z forhendem, ale na kortach wielkiego szlema szybko się nudziło. i co? pamiętacie o nim coś poza tym challengerem? no właśnie! teraz Tommy Paul też ma swoje "dni walki" – fajnie, że walczy, ale nie oszukujmy się, facet od dwóch lat lata między setką a półsetką jak mucha w smole, i to nie przez przejściowe spięcie, tylko przez system. bo on nie umie wygrać z lepszymi – patrzyliście na jego mecze z Alcarazem albo Medvedevem? to nie są żadne "waleczne boje", to są rzeźnie w tempie. i co z tym ATP Finals w zeszłym roku, o którym tu wszyscy piszą jak o cudzie nad Wisłą? no nie przesadzajmy – dotarł do półfinału turnieju, w którym stają tylko najlepsi, ale do tego awansował po szczęściu wylosowania losowych przeciwników w grupie, a w półfinale dostał już za łatwy los odpadnięcia z Rublevem, który akurat miał kiepski dzień. półfinał w tamtym turnieju to nie dowód na to, że jest w światowej czołówce, tylko że czasem trafiają mu się lekkie dni w grupie. a ten numer z Genewą, co go tu ktoś wzdycha – drugi set nie grał? no i co? to nie pierwszy raz, że facet zalicza jakiś słabszy dzień, ale cała reszta sezonu to był taki rollercoaster, że na koniec ledwo trzymał się w top 50. i wiecie, co najgorsze? on nie ma żadnej broni, którą mógłby zaskoczyć top 10 – serwis średni, forhend solidny, ale bez fajerwerków. to jak dobry lokalny piłkarz, co to świetnie biega, ale jak przyjdzie do meczu z drużyną z wyższej ligi, to od razu widać, że brakuje mu klasy. i jeszcze ten argument o "każdemu się zdarza" – no jasne, każdemu, ale nie każdy ma rok w którym wygrywa tylko co drugi mecz! Tommy w 2023 miał bilans 16-20 na ziemi, a na twardych w ogóle ledwo zipywał po 50% zwycięstw. no nie mówcie mi, że to normalne dla kogoś, kto ma ambicje przebicia się do światowej czołówki. a co do waszego entuzjazmu – fajnie, że kibicujecie swojemu chłopcu, ale nie budujcie mu bańki mydlanej. facet potrzebuje albo poważnego upgrade’u w grze, albo zmiany podejścia do przygotowań mentalnych, bo teraz to bardziej wygląda na chłopaka, co to sobie poprzekłada meczów w kalendarzu tak, by trafić na słabszych rywali w pierwszej rundzie, niż na kogoś, kto naprawdę walczy o coś więcej. no ale co tam – niech sobie gra, a my tu będziemy wspominać czasy, kiedy amerykańscy faceci mieli coś więcej niż tylko dobry humor na korcie. chociaż… pamiętacie jeszcze Andre Agassiego w finałach wielkoszlemowych? no to były czasy! 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ejże, chłopaki, ale wy tu sobie naprawdę podpaliliście ten wątek! 🔥 Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tyle emocji na jeden temat o jednym zawodniku. Ale dobra, powiem wam coś, co mnie osobiście ostatnio uderzyło przy oglądaniu meczów Tommy’ego – nie raz widziałem, jak facet w kluczowych momentach meczu po prostu… stoi w miejscu. Nie biega, nie atakuje, tylko odbija piłkę z powrotem do przeciwnika jakby miał w głowie: "no cóż, może tym razem pójdzie lepiej". I wiecie co? To się wkurza bardziej niż jakieś "złe dni na korcie". Dlaczego? Bo on ma w sobie tyle energii, kiedy walczy, a w decydujących momentach po prostu się wyłącza. To nie jest kwestia formy – to jest mentalne przełączanie się. I co gorsza, widziałem to nie raz. W Miami miałem okazję złapać jego mecz z Alcarazem w pubie w Gdańsku – i przez moment myślałem, że to jakiś inny facet gra. Tamten Tommy potrafi rozbić każdego w pierwszych dwóch gemach, a potem nagle z niego ulatuje powietrze. Co z tego, że walczy jak szalony w drugim secie, skoro w trzecim to już wiadomo, że przeciwnik go przebił psychicznie? No i jeszcze jedna rzecz – nie mówię, że on nie ma klasy, bo wiem, że w Indian Wells walczył z numerem 6 do czwartej rundy. Ale wiecie, ilu zawodników z top 30 potrafi wygrać z nim dwa sety z rzędu, a potem dojść do półfinału turnieju mistrzowskiego? Mało, bardzo mało. I właśnie dlatego jego ocena nie idzie w górę – bo on albo gra świetnie przez 40 minut i totalnie znika przez następne półtorej godziny, albo odwrotnie. A to nie jest styl gry numeru 1 USA. To jest styl faceta, który ma ogromny potencjał, ale brakuje mu tej jednej cechy – konsekwencji w podejściu do każdego punktu. I póki co, ta "waleczność", o której wszyscy tu gadają, to niestety też tylko część opowieści. Bo co z tego, że walczy, skoro w kluczowych momentach po prostu się poddaje?Najpierw próba, potem wnioski.
-
Widziałem niedawno mecz w Paryżu z Davis Cupu – nie ten z Alcarazem, ale z jakimś byłym top 20, gdzie Tommy dostał się do turnieju głównie dzięki wycofaniu się kilku zawodników. I wiecie co? Facet zagrał piękny pierwszy set, serwisował jak oszalały, forhendami rozbijał przeciwnika… a w drugim secie zaczął grać tak, jakby nagle dostał lekcję fizyki od Einstein’a. Siedziałem tam na trybunach i patrzyłem na zegarek, bo wiedziałem, że do trzeciego seta nie dojdzie – i faktycznie, przeciwnik wygrał 6:1. No ale wiecie, co mnie wtedy uderzyło? Przez te 45 minut pierwszego seta pokazał, że potrafi zagrać na poziomie, który naprawdę może odmienić jego karierę. Tylko że… potem znowu to samo – albo jest świetny, albo jest nieobecny. I właśnie dlatego nie mogę się zgodzić z tymi, którzy mówią, że to tylko kwestia jednego słabego tygodnia albo pecha. Bo on ma swoje dobre momenty – one są realne – ale brakuje mu tej równowagi. Ja bym powiedział: gdyby potrafił powtórzyć te 45 minut z każdego meczu, to nie tylko byłby numerem 1 USA, ale i top 15 świata. Ale póki co… no cóż, to trochę smutne patrzeć, jak ten potencjał ucieka w kluczowych momentach.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Ejże, dopiero teraz się wreszcie uwalniłem z roboty przy remoncie stadionu 😤 bo przecież ktoś musiał doprowadzić ten budynek do stanu używalności, żeby tam jutro nie było smrodu farby i kurzu na trybunach! A wy tu sobie sypiecie argumentami jakbyście pisali do "Tenisowego Kuriera" z działem "Czy Tommy Paul to już historia?". No nie mogę! 🤡 Ale powiem wam co mnie dzisiaj bezpośrednio poraziło, bo miałem okazję posłuchać wczoraj w knajpie przy Długim Targu jak jakiś facet z za oceanu gadał o amerykańskim tenisie przez telefon – facet akurat kibicował Paulowi i opowiadał, że jego stary kolega z college’u właśnie dostarcza sprzęt tenisowy dla kadry narodowej USA i widział, jak Tommy testował nowe rakiety w ramach przygotowań do Indian Wells. Wiecie, co ten gość powiedział? Że facet przegrał dwa mecze z rzędu w challengerze w zeszłym tygodniu, bo "nie mógł trafić w rakietę" – nie w sensie psychicznie, ale dosłownie! Rakieta była źle dopasowana do jego stylu i uderzenia po prostu latały gdzieś w bok! No i teraz pytanie: jakim cudem ten facet od dwóch lat lata między setką a półsetką, skoro nawet jego własny sponsor nie potrafi dobrać mu sprzętu? To nie jest kwestia formy, to jest problem systemowy! Albo Amerykanie naprawdę nie dbają o detale, albo Tommy ma taką gadkę, że nikt nie chce mu pomóc, bo wie, że i tak nie utrzyma formy na dłużej. A tu się okazuje, że facet nie umie nawet trafić piłki z poprawnym sprzętem! I jeszcze coś – widziałem niedawno na YouTube fragment jego treningu przed Miami, gdzie facet próbował nauczyć się nowego uderzenia specjalnie na twardym podłożu, bo miał wrażenie, że "coś mu nie gra". No i co? Poprawił forhend? Zmienił coś w serwisie? Otóż nie – po trzech dniach zrezygnował, bo mu się nie podobały rezultaty. A potem narzekacie, że nie ma numeru 1 USA?! Ja bym powiedział, że brakuje mu przede wszystkim konsekwencji w podejściu do samego siebie – on zmienia wszystko co dwa tygodnie, a potem dziwi się, że przeciwnicy go rozbijają. No ale dobra, niech mnie szlag – postawiłbym 500 złotych, że za rok będzie w czołówce top 30, bo facet ma jaja i umie walczyć. Ale czy stanie się numerem 1 USA? No… niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto widział kiedyś, jak facet wygrał z kimś z top 10 w decydującym secie. Bo dotychczasowe "półfinały ATP Finals" to tylko marketingowy bajer – półfinał turnieju, do którego awansowało się dzięki szczęściu losowania, to nie jest dowód na klasę. To dowód na to, że czasem trafiają ci się lekkie przeciwnicy. 😏💸
-
Ejże, ale wy sobie znowu rzuciliście tematem jakby to była cała biografia Tommy’ego, a nie jeden cholerny mecz w Miami! 😤 No naprawdę, ludzie, ja wiem, że wszyscy uwielbiamy naszego chłopaka, ale czasem trzeba się opamiętać i patrzeć na to trochę trzeźwo, no nie? Bo co z tego, że w Indian Wells poszło mu fajnie, skoro w Miami dostał od Alcaraza po dupie i jeszcze się za to chwalą, że walczył jak lew? Przecież facet przegrał 6:1 6:2 – to nie jest żaden "gorszy tydzień", to jest kompletna demolka! A ten numer z forhendem, o którym gada KasiaSlask – no dobra, zgadzam się, że czasem facet staje w miejscu, ale czy wy sobie wyobrażacie, ile takich momentów ma każdy zawodnik? Tylko że u reszty to się nazywa "zła passa", a u naszego Tommy’ego od razu się wymyśla nowe teorie spiskowe! Serio, ludzie, czasem trzeba przestać szukać problemów tam, gdzie ich nie ma i po prostu powiedzieć: "walił w ścianę przez pół meczu i nie trafił". I co do tej historii z rakietą od Zagłębia_Fanatyk’a – no serio, facet próbował nowej rakiety w challengerze i przez to przegrał dwa mecze z rzędu? No ale toż to jakiś absurd! Jak można trafić w piłkę z poprawnym sprzętem, a nie umieć tego zrobić z nowym? To jakby powiedzieć, że Novak nie wygrał US Open przez to, że przesunął struny w rakiecie o milimetr! No nie no, to już przesada, serio! A te półfinały ATP Finals – no dobra, zgadzam się, że były dzięki szczęściu losowania, ale czy ktoś tu zaprzecza, że facet nie umie walczyć? Bo ja nie! Przecież jakby nie umiał, to by nie dotarł nawet do ćwierćfinału, a co dopiero do półfinału turnieju mistrzowskiego! I co z tego, że zagrał świetnie pierwszy set przeciwko temu facetowi w Paryżu? Przecież nikt nie mówi, że przez cały sezon musi grać na tym poziomie – wszyscy mają swoje lepsze i gorsze dni! No ale dobra, nie będę tutaj pisać wywodu na 10 stron – tylko powiem wam tak: Tommy Paul ma potencjał, tyle że teraz bardziej przypomina naszego bydgoskiego króla strzelców z Ekstraklasy, co to raz trafi trzy gole, a raz gubi piłkę przed pustą bramką. I póki co, brakuje mu tej jednej rzeczy – konsekwencji. Ale wiecie co? Mnie to akurat cieszy, bo facet ma jaja i walczy, a to jest więcej warte niż półsetka zawodników, którzy grali pięknie, ale się poddawali przy pierwszym kontakcie z przeciwnikiem! No ale trudno, chłopaki… jeszcze jeden mecz i zobaczymy, czy Tommy odpuści, czy znów wyskoczy jak filip z konopi! 🔥💪
-
Słuchajcie, ale ja tam niedawno rozmawiałem z chłopakiem, który lata temu był w akademii tenisowej w Bradenton – i wiecie, co mi powiedział? Że amerykańscy zawodnicy mają jeden wspólny mianownik: nigdy nie oszczędzają na wysiłkach, ale bardzo często oszczędzają na refleksji. I nie chodzi mi o analizę meczu po meczu, tylko o tę jedną, cholerną minutę, w której musisz zdecydować: atakuję do siatki czy gram długą wymianę? Tommy Paul właśnie w tej minucie decyduje. A może raczej – nie decyduje. Bo albo rzuca się do siatki jak oszalały i traci dwa punkty z rzędu, bo nie przemyślał uderzenia, albo stoi w miejscu i odbija piłkę tak, że przeciwnik ma milion możliwości. I wiecie, co jest najgorsze? On sam zdaje sobie z tego sprawę – nie raz widziałem, jak po błędzie podbiega do linii i zaciska pięści jakby chciał zrobić coś sobie za karę. Ale tu jest ten paradoks, który mnie totalnie wykończył ostatnio: facet potrafi zagrać mecz, w którym jest absolutnie nie do zatrzymania. W Indian Wells 2024 miałem okazję oglądać jego wygraną z Hurkaczem w trzech setach – i przez pierwsze półtorej godziny to było takie show, że myślałem, że oglądam Federerowski występ. Serwis z krawędzi kortu, forhendy po skosie, które lądowały centymetr od linii… i nagle – bum! – drugi set zaczyna się, a facet już tylko odbija. I teraz pytanie, które mnie gnębi: jakim cudem ktoś, kto potrafi to zrobić raz na dwa tygodnie, w ogóle dyskutuje się o tym, żeby był numerem 1 USA? Czy my naprawdę potrzebujemy kogoś, kto raz na ruski rok zaliczy występ życia, a potem znika na sześć miesięcy? Bo przecież numer 1 w Stanach to nie tylko fanaberka kibiców – to osoba, która musi utrzymać się w czołówce świata przez cały sezon, a nie tylko w tych czterech tygodniach, kiedy ma akurat dobry humor na korcie. Może dlatego nasze dyskusje tak się sypią w różnych kierunkach – bo nie chodzi tu wcale o formę, nie o sprzęt, nie o pecha w losowaniu, tylko o to jedno, proste pytanie: czy Tommy Paul chce być numerem 1, czy tylko lubi, jak kibice go chwalą, kiedy zagra "przypadkiem" świetny mecz? Bo póki co, odpowiedź nie jest ani jasna, ani prosta. I właśnie dlatego ta cała debata mnie śmiertelnie nudzi – bo wychodzi na to, że wszyscy wiemy, czego mu brakuje, ale nikt nie potrafi powiedzieć, jak to zmienić. A bez tego… cóż, zostaje nam tylko czekanie i liczenie na to, że następny raz, kiedy wyskoczy jak filip z konopi, będzie to akurat podczas meczu o mistrzostwo.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊