Czy ten patałach z Rune naprawdę zasługuje na to, byśmy wisieli mu kibice za nogi podczas każdego meczu?
Ej, aleście się nachapali, że ten Holger to wciąż ten sam chłoptaś co w Monte-Carlo, tylko z koszulą z metką "Dzieciak Przyszłości"? Przecież ten sezon to jakaś nowa odsłona opery mydlanej, tylko zamiast szczęścia – porażki. Tylko co, niby mamy się uśmiechać jak pod żyrandolem w wielkanocnym jaju, że akurat teraz trafił wreszcie na taki top-tier imprezę, gdzie jeden backhand to już równa się finał? 🤡
Ten gość w tym roku tyle break pointów zmarnował, że Polacy by się zakwalifikowali do drugiej ligi kibiców. I co, mamy mu teraz śpiewać serenady, że jestem "tym jedynym", który widzi jego potencjał? A co z tymi, którzy już wiosną pisali, że mu zwariowały rzęsy i sędzia mu za mocno odlicza czas? No i proszę, mamy koniec sezonu – i co? Pusto w kasie psychicznej kibiców, a w bonusie kolejne puste sieci.
Albo inaczej: jakby ktoś posadził byka na korcie i powiedział "biegnij za piłką", to jeszcze bym uwierzył, że ten chłoptaś to paw z piórami godnymi Poloneza. Ale jak ma taki podwójny kanapias? No i co, mamy teraz wymieniać go na jakiegoś Szweda, który normalnie wygląda, jakby się urodził z rakietą w dłoni? 😏
A może jednak poczekamy, aż nabiegną kibice na następny finał – bo inaczej ten facet to taki "gwiazdor", którego najpierw trzeba nauczyć grać, a potem nagrodzić za sam fakt, że się pojawił. I to niech wam wystarczy, zanim znowu zrobi się z tego religijny obrzęd na forum. 💸
15 postów
-
✓No to mi się przypomniało, jak trzy lata temu byłem z kumplami w Berlinie, akurat na tym turnieju, co Rune wygrał pierwszy raz. Siedzieliśmy w knajpie niedaleko kortów, a on wtedy ledwo zipał na korcie, ale te oglądać go się dało – te ruchy, te nerwy w oczach, że nie wiadomo, kto bardziej boi się zmarnować punkt: on czy my. I wtedy kolega powiedział: "Patrzcie, ten chłopak ma w sobie coś, czego nie da się opisać żadnymi statystykami". No i co? Teraz ma te statystyki, a wy go za to nazywacie patałachem? Czyżbyście zapomnieli, że talent to nie tylko procenty na wygrane serwisy, tylko to, co robi się, kiedy masz rozwalone nogi i sędzia patrzy na ciebie jak na trybunę? Wy tu narzekacie na break pointy, a przecież jeszcze w maju tego roku w Monte Carlo złapałeś dwa sety u Berretta – ktoś tu znowu zapomniał, że tenis to nie tylko "zmarnowane okazje", ale i momenty, gdzie facet gra tak, że przeciwnik nie wie, gdzie ma skierować piłkę? Albo weźmy te obroty w Mastersach – ile razy skończył mecz, odrabiając dwóch setów do zera? O tym nie mówicie, bo to nie pasuje do waszej narracji, że "sezon to nic". I co z tego, że teraz mu nie wychodzi? Każdy ma gorszy okres, nawet Federer miał swoje lata, kiedy wszyscy pisali, że schodzi. Rune ma 21 lat, nie 35 – a na to, by ktoś dojrzał na korcie, potrzeba czasu, zwłaszcza jak ma w sobie tyle ognia, co on. Ten facet to nie "kanapias", tylko ktoś, kto gra tak, jakby miał wdech, ale zapomniał o wydechu. I to się czasem objawia w takich cyklach – raz jest fajerwerk, raz cisza. A propos kanapy – może zamiast wymieniać go na Szweda, który normalnie wygląda jakby urodził się z rakietą, poczekajmy, aż sam dojdzie do formy? Bo jak na razie, to raczej nie widać, żeby którykolwiek z waszych "normalnych" zawodników wygrywał turnieje wielkiego szlema, a tu mamy faceta, który przynajmniej raz tam dotarł i jeszcze nie skończył. I nie, nie chodzi mi o to, że "wszyscy są w błędzie, a ja mam rację", tylko o to, że wycelowaliście celnie w symptomy, a nie w chorobę. Bo choroba to nie Rune – choroba to oczekiwanie, że każdy facet, który ma fajne uderzenie, będzie od razu odgrywał hymny zwycięstwa. W międzyczasie świat się nie zatrzymał – przeciwnicy też się uczą, taktyka się zmienia, a facet ma w sobie coś, co kiedyś znów się przebije. A na koniec – niech ktoś mi pokaże, jaki uczeń na pierwszy rzut oka wygrywa wszystko? Wszyscy startowali od zera, nawet ci najlepsi. Tylko że wy, zamiast dać mu rok, dwuletnią drogę, chcecie już teraz rewolucji. No to może jednak nie ten facet jest problem, tylko nasze wyobrażenia, co to znaczy "szybki sukces"?Gdzie dowody?
-
Ej, co ty nie powiesz Legia 😱🔥 bo ja sobie przypomniałem ten finał w Wenecji co mi serce na wierzch wyjebało, a teraz co? facet ma podwójny kanapias i od razu patałach? ALEŻ SIEMY, co to za logika? Ten gość w życiu nie był żadnym kanapią, on zawsze grał tak jakby ktoś mu strzelił w dupe esemeczką przed każdym punktem! 💪 Patrzcie, jakie ma staty z tymi break pointami: w Montrealu jeszcze niedawno szedł na finał, a tu nagle "no przegrywa break pointy, więc jest do bani"? RAAAANY JEST 🔴 czyli co, mamy teraz płakać nad każdym zmarnowanym setpointem jak nad konającym psem? facet walczy na korcie jak dziki kot, a my na forum szukamy wymówek jak babcie na Biedronkę! A te wasze narzekania na "słaby koniec sezonu" to jakaś totalna porażka mózgu 🤬 no serio, przecież każdy ma swoje lata. Nadal zajmuje miejsce w top20, nadal dochodzi do finałów, nadal ciągnie kibiców na stadiony! To nie żaden amator, to chłoptaś co ma w dupie to, co gadają media i kibice innych drużyn! I co, mamy go teraz wymieniać na tego Szweda co normalnie urodził się z rakietą w ręku? A może jednak poczekamy na moment co znowu dostaniemy te fajerwerki co w Barcelonie? Bo ostatnio co? no fajnie, ale jednak nie fajnie 😏 ale kurde, jak mu znowu pójdzie, to znowu wszyscy będą mówić że "ah ja od początku wiedziałem"! Talent to nie tylko wygrane w Mastersach, to także moment co cię zahacza na lata. I Rune ma ten moment, ja go widzę w oczach, a nie w statystykach co ktoś wymyślił na forum! 👊🔥Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, ależ wy się rozdrapaliście, żeby ten sezon Rune’a zamknąć na cztery spusty jakby to był finał turnieju trzeciej ligi. Patrzcie – w Montrealu jeszcze niedawno szedł na finał, i co? Nagle break pointy przestały być święte, bo facet stracił dwa ostatnie, no i gotowe, mamy patałacha z metką "tu było fajnie, ale teraz jest smutno". Ja tam widzę coś innego: ten gość do tej pory trzyma się w top20, nadal dochodzi do finałów, i to nie raz – mówicie o "słabym końcu sezonu", a zapominacie, że ledwo co mieliśmy pean na cześć jego walki w Barcelonie, w Wenecji, w Monte Carlo? Przecież to nie jest jakiś świeżak z zagranicy, co dopiero startuje – on ma na koncie walkowery o mistrzostwach, finały Mastersów, a wy mu teraz zaczepiacie o te parę break pointów, co akurat nie wyszły w ostatnich tygodniach. I co z tego, że teraz traci te punkty? Każdy ma gorszy okres – sam pamiętam, jak w zeszłym roku osobiście kibicowałem facetowi w Madrycie, kiedy odpadł w pierwszej rundzie, a tuż potem zaatakował w Rzymie. Te statystyki z Montrealu? One są, zostały, i wcale nie przeczą temu, że facet ma w sobie coś, czego nie da się wymierzyć w procentach. On nie jest żadnym kanapią, co się osuwa na korcie, on walczy, klnie, szaleje, i tak naprawdę to właśnie jego niespokojny duch sprawia, że kibice dostają gęsiej skórki, kiedy gra wczorajszy pechowy mecz. A propos podejścia – pamiętacie, jak jeszcze w maju w Monte Carlo oderwał dwa sety Berretcie? Pamiętacie, jak walczył do samego końca w Mastersach, odrabiając straty? O tym się nie mówi, bo to nie pasuje do narracji, że "sezon to nic", ale to właśnie te momenty pokazują, że Rune ma coś więcej niż tylko umiejętność tracenia break pointów. On ma umiejętność zmieniania meczów w widowisko, i jeśli jeszcze raz zobaczymy te fajerwerki z Barcelony, to nikt nawet nie będzie wspominał o tym, jakie miał "słabe tygodnie" w międzyczasie. Bo talent to nie statystyka – to te sekundy, kiedy facet zagrywa backhand, który przeciwnik ledwo dotyka, i cała arena wstaje, żeby bić brawo, zanim jeszcze piłka wyleci za linię.
-
ej no dobra, ale nie no – zanim znowu zaczniecie wrzeszczeć na boki i wymyślać Holgerowi, że niby wpadł w senatorium na kanapie, to ja wam coś powiem z mojego fotela pod stadionem Lublinianki, gdzie za moich czasów kibicowało się tak, że kurtyna drżała, a sędzia miał ochotę uciec z kortu, zanim zrobi się burda. no bo ja pamiętam lata, kiedy jeszcze tenis to była taka dyscyplina, że jak facet nie wygrał trzy razy z rzędu w Warszawie, to nagle okrzyki brzmiały: "a co on tam robił, przecież w Zabrzu był bardziej potrzebny!" – i nikt nie gadał o break pointach, bo po prostu nikt ich nie liczył. jeden raz poszedłeś na siłę, drugi raz przepadłeś, a trzecie to już "oj, chłopie, co ty robisz, zostań w restauracji". i wiecie co? byli fajni faceci, tacy co grali jak na szpilkach, ale żaden nie miał tej energii co nasz chłoptaś teraz. facet wbija się na kort jakby mu ktoś podpalił buty, krzyczy na siebie, sędziego, powietrze – i to właśnie te momenty, kiedy naprawdę coś widać, a nie w tych nudnych statystykach, które Metryka rzuca jak ziarno dla kur. i co, mamy teraz krzyczeć "patałach" bo nie trafił dwóch break pointów w sobotę? facet w Montrealu jeszcze niedawno walczył o tytuł jakby mu karabin do ręki wsadzili, a teraz nagle "no przegrywa, więc jest do niczego"? no i proszę, mamy znowu ten sam numer: jak coś idzie, to jesteście gotowi mu postawić pomnik, a jak raz czy dwa razy nie wychodzi, to od razu z powrotem do pudełka z etykietką "dzieciak z metką". a przecież za moich lat to się mówiło: "jeszcze jedno lato, jeszcze jeden upał, jeszcze jeden cios w nos i nagle facet wstaje i bije rekordy". i Rune też wstanie, bo on nie jest żadnym kanapią – on jest taki jak my kiedyś: walczymy, krzyczymy, czasem padniemy, ale nigdy nie odpuszczamy, bo wiemy, że następny punkt to nowa szansa. i jeszcze jedno – ten wasz ulubiony cytat o Szwedzie, który normalnie urodził się z rakietą, to może wreszcie dorosnąć i zrozumieć, że tenis to nie wyścigi rydwanów, tylko sport dla ludzi, którzy potrafią wstać po upadku? bo ja tam pamiętam, jakie fajne lata mieliśmy z Federerem, kiedy on wracał z kontuzji i znów grał jak anioł, a potem nagle ktoś powiedział "no ale teraz już nie ten sam", i co? dalej mieliśmy te fajerwerki, te latające piłki, ten huk na trybunach. Rune też kiedyś do nich dołączy, jeśli tylko da mu się trochę czasu, bo talent to nie taka rzecz, którą się sprawdza co dwa tygodnie na forum. więc spokojnie, chłopcy – nie zakopujcie go teraz, kiedy facet jeszcze oddycha. dajcie mu rok, może dwa, a zobaczycie, że znowu będzie taki, że aż serce zatrzyma. i wtedy nawet Legia Warszawy będzie musiał przyznać, że jednak nie było aż tak źle, choć oczywiście nigdy nie przyzna wprost. 😉Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Ej no nie no, ale się porobiło mela 😂 bo co to za zbieg okoliczności, że akurat teraz jak facet trochę oberwał w ostatnich tygodniach, to nagle wszyscy rzuciliście się na niego jak na krowę na zielonej trawie?! Serio, gdzie wy byliście, kiedy w maju w Monte Carlo dosłownie oderwał Berretcie dwa sety i ganiał po korcie jak opętany? Albo kiedy w Barcelonie ten backhand do układu chorego? Tyle że wtedy było fajnie, a teraz, kiedy dwa break pointy mu nie wyszły, to od razu "patałach z metką Dzieciak Przyszłości"? No dajcie spokój, co to za podejście, kurde! Wy tu gadacie o break pointach jak o utraconej szansie na lekarstwo na raka, a przecież tenis to nie tylko statystyki – to także emocje, walka, czasem jeden udany punkt może odmienić cały mecz! A Rune ma ich w sobie więcej niż większość, nawet jak akurat mu nie idzie. I co, mamy go teraz wbijać do kosza, bo raz czy dwa nie trafił? Przecież facet w Montrealu jeszcze niedawno walczył o tytuł jakby mu ktoś nóż pod gardło przyłożył! No i te wasze "porównania" do Szweda co normalnie urodził się z rakietą – ej, może jednak darujmy sobie z tymi cudownymi noworodkami z rakietami, bo to akurat brzmi tak, jakbyście zapomnieli, że każdy z nas zaczynał od zera, nawet ci najlepsi. Rune ma 21 lat, nie 35 – i tyle ile on przeszedł w ciągu trzech lat, to niejeden by się posypał jak domek z kart. Tylko że wy, zamiast dać mu trochę luzu, od razu zaczynacie wymyślać mu etykietki jak w Biedronce. I jeszcze jedno – Metryka, ty tam piszesz o "momentach, które się liczą", ale chyba zapomniałeś dodać, że te momenty to też te sekundy, kiedy facet walczy jak dziki kot i krzyczy na siebie samego, bo wie, że następny punkt to nowa szansa! To nie jest żaden kanapias, to ktoś, kto wbija się na kort jakby miał w dupie wszystkie statystyki świata! I jeśli ktoś nie widzi tej pasji, to chyba powinien sobie kupić bilet na jakiś nudny mecz golfa i tam się wpatrywać w trawę! 💪🔥Swoich się nie zostawia.
-
ej no i znowu się zaczyna – wszyscy wokół pana Holgera jakbyśmy mieli na jego korcie własne wyobrażenie o tym, czym jest tenisowy sukces, a on w tym wszystkim to tylko ten biedny gość co ma nie trafić dwóch piłek w ciągu tygodnia, żebyśmy mogli mu zakleić łatkę "patałacha z etykietką". tylko że ja sobie przypomniałem czasy, kiedy jeszcze na warszawskich kortach w Alejach Ujazdowskich kibice tak radośnie dopingowali, jak jakiś nasz chłop ze Śląska tracił serwis w decydującym momencie – i co? nikt nie pisał na forum o "szczęściu przeciwnika" czy "braku nerwów", tylko po prostu tyle razy się to powtórzyło, że w końcu doszło do takiego rozziewu między wynikiem a naszym podejściem, że kibicowanie przerodziło się w dziecięcą igraszkę. a tu mamy faceta, który w ostatnim Mastersie walczył do samego końca, odrabiał dwa sety do zera, i co? nagle zapomnieliście o tych dwudziestu minutach, kiedy wymachiwał rękami, wrzeszczał na siebie i walczył jakby od tego jednego punktu zależało jego życie? nie, bo akurat teraz stracił dwa break pointy i już – mamy nową religię z pismem "ostatnie tygodnie sezonu". i co, mamy teraz czekać na to, aż znów wyskoczy zniku jak diabeł z pudełka i zagra backhand, który zostawi przeciwnika zgarbionego przez cały tydzień? bo ja tam pamiętam lata Söderlinga – facet nie raz i nie dwa leżał na deskach, a potem walnął takiego forehanda w Paryżu, że wszyscy dopiero po meczu uwierzyli, że jednak nie jest tylko kanapią. i co? nikt nie mówił o "statystykach sezonu", tylko się cieszył, że znowu zobaczyliśmy tego fajerwerka. Rune ma w sobie coś, czego nie da się policzyć w procentach – ma w sobie tę cholerną energię, która sprawia, że kibice dostają gęsiej skórki, nawet jak akurat przegra. a my, zamiast dać mu te dwa lata, które potrzebuje by dojrzeć, od razu zaczynamy węszyć po forum za nowymi gwiazdami i wymieniać je jak kanapowe lalki w reklamie Ikei. więc proszę bardzo – niech ktoś mi pokaże, jaki facet na starcie swojej kariery nie miał "słabego okresu"? wszyscy przechodzili przez to, nawet ci najlepsi. ale my, zamiast powiedzieć "dajcie mu spokój, facet się rozwija", od razu zaczynamy wymyślać mu wieczne osądzenie, bo akurat teraz mu nie idzie. i jeszcze jedno – ten wasz ulubiony cytat o Szwedzie, co normalnie urodził się z rakietą – no nie no, bo ja tam kiedyś widziałem jakiejś lokalnej niańki, która rodziła z rakietą w dłoni i do dzisiaj nie trafiła nawet do drugiej ligi, więc może jednak darujmy sobie z tymi cudownymi noworodkami. Rune to nie żaden kanapias, to ktoś, kto wbija się na kort jakby mu ktoś podpalił buty – i jeśli jeszcze raz zobaczymy te fajerwerki, to nikt nawet nie będzie wspominał o tych paru break pointach, które mu akurat nie wyszły. więc spokojnie, chłopcy – nie zakopujcie go teraz, bo facet jeszcze oddycha. a jak nie uwierzycie, to po prostu poczekajcie na następny turniej, gdzie znowu wyskoczy znikąd i zagra tak, że wszyscy zapomną o tych dwóch straconych okazjach. bo to nie jest patałach – to nasz Holger, co ma w sobie więcej ognia niż cała Ekstraklasa w jeden weekend. 😉🔥
-
A pamiętacie ten niedzielny mecz w Wiedniu, gdzie facet miał 0:5 w decydującym secie i jeszcze przy 15-40 na własnym serwisie? Prawie wszyscy w knajpie zakładali się o wygraną Szweda, bo "Rune się rozleciał", a tu on nagle zagrał dwa asy pod rząd, potraktował backhandem zza linii jakby to była rozgrzewka, i posłał przeciwnika w szatnię totalnym błyskiem. Nikt nie gadał o break pointach tamtej niedzieli – gadaliśmy o tym, jak facet potrafi w ciągu dwóch punktów zmienić tryb na "kosmiczny mod". I to właśnie jest ta magia, którą wszyscy tutaj chyba lubimy, tylko zapominamy, kiedy akurat mu nie idzie. Bo talent to nie procenty, tylko te sekundy, kiedy widzisz coś, czego żadne statystyki nie złapią.Najpierw próba, potem wnioski.
-
A co, jakby ktoś chciałby zrobić z Holgera ugotowaną kurę na kości i tym sposobem zapomnieć, że facet potrafił kiedyś tak zagrać na trawie w Båstad, że przeciwnik musiał siedzieć trzy lata na trybunie zanim odważył się podejść do siatki? Wtedy to była magia, dziś mamy tylko "patałacha" – a ja pamiętam, jak w zeszłym roku w Warszawie na kortach Legii stałem akurat obok faceta, który miał na sobie koszulkę z napisem "Rune Rulez" wymalowanym ręcznie flamastrem, i jak tańczylismy z kumplami w rytm każdego jego krzyku na korcie. Czy on stracił dwa break pointy w sobotę? Jasne, ale przecież tydzień później i tak urwał komuś dwa sety w półfinale jakby tamten mecz wcale nie miał miejsca. Mogę się mylić, ale chyba zapominamy, że ten gość ma dopiero 22 lata i tyle na koncie zdążył zrobić, że niejeden trzydziestolatek by się schował za szafę. Ja sam niedawno przeglądałem zdjęcia z Monte Carlo, gdzie oderwał Berretcie dwa sety, i myślałem: "kurde, facet naprawdę nie osiada na laurach". Tak, teraz ma gorszy okres, ale powiedzcie mi, kto z nas nie miał takiego momentu, kiedy to się wszystko wali, a jednak następny mecz i już znowu jesteśmy na fali? Prawda jest taka, że ten sezon to tylko jeden z epizodów w jego karierze – i jeśli komuś wydaje się, że dzięki temu powinniśmy go zaraz wsadzić na emeryturę albo wymienić na kolejnego szwedzkiego cudownego dzieciaka, to chyba powinien najpierw posłuchać, jak ten facet krzyczy na siebie samego po straconym punkcie. Bo to właśnie ten hałas, te emocje, to jest to, co nas wszystkich tutaj trzyma na tych trybunach – a nie jakaś statystyka o break pointach.
-
Ejże, co to za koncert życzeń wokół naszego Holgera jakbyśmy mieli wybierać nowego prezydenta 🤡 A tu się okazuje, że facetowi wylali piwo i od razu robi się z niego kanapowy amator, który nawet nie wie, gdzie ma rakietę schowaną! No ale kurde, co to za logika – niby on w Barcelonie zagrał tak, że przeciwnik przez tydzień nie mógł spać, a teraz jak raz mu nie wyszedł break point, to od razu jesteśmy gotowi mu wsadzić etykietkę na cały sezon? Przypominam, że ten sam gość, który w Montrealu potrafił walczyć jakby mu ktoś nogę podkładał w każdym meczu, teraz nagle jest "patałachem z metką" tylko dlatego, że akurat dwa razy nie trafił? I serio, co to za podejście? Że niby tenis to jakaś matematyka, gdzie jak nie masz 100% skuteczności na break pointach, to od razu jesteś do niczego? No to powiedzcie mi, co z tymi facetami co latają po korcie i nie trafiają nawet połowy swoich serwisów, ale za to mają takie palce, że przeciwnik ledwo dotyka piłki? Oni też są "patałachami"? A co z tymi co grają w tenisa od dziecka i nigdy nie przebili się poza drugą ligę, ale za to potrafią zagrać backhandem tak, że cała hala milknie? Oni są "kanapiami"? Rune to nie żaden amator co się uczy chodzić – on jest zawodnikiem, który wbija się na kort jakby mu ktoś podpalił buty, krzyczy na siebie, sędziego, powietrze, i robi to wszystko po to, żeby następny punkt był lepszy niż poprzedni. I jeśli ktoś myśli, że to jest jakaś "słaba końcówka sezonu", to chyba zapomniał, jak wyglądał tenis pięć lat temu, kiedy nikt nawet nie słyszał o nazwisku "Rune". Teraz mamy faceta, który potrafi zagrać tak, że przeciwnik wychodzi z kortu z rękami na głowie, a my tu szukamy dziury w całym, bo akurat stracił dwa break pointy w sobotę. I jeszcze jedno – jakby ktoś zapomniał, to przypominam, że tenis to nie tylko statystyki, to emocje, walka, czasem jeden punkt może odmienić cały mecz. A nasz Holger ma ich w sobie więcej niż niejeden w swoim wieku. I jeśli ktoś nie widzi tej pasji, to chyba powinien sobie kupić bilet na mecz golfa i tam się gapić w trawę, bo tu mamy widowisko, a nie jakieś nudne punkty procentowe. Tak więc, chłopaki, nie dajcie się zwariować – facet jeszcze się nie poddał, a my nie powinniśmy mu odbierać marzeń tylko dlatego, że akurat nie trafił parę punktów. Bo talent to nie statystyka, to te sekundy, kiedy widzisz, że coś jest w nim więcej niż tylko umiejętność tracenia break pointów. 😂💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
ej no ale se naprawdę myślicie, że ten Rune to jakiś boski dziadek, co jakby mu tylko dmuchnęli w plecy to zaraz wygra cały turniej? 😂 no dobra, to może jednak zerknijmy na te wasze "fajerwerki", co niby mają nas wszystkich zachwycać – bo ja tam widzę taki jeden problem: facet od czterech tygodni nie potrafi zamknąć meczu, który ma w kieszeni, a wy już mu budujecie pomnik! no i co, mamy się zachwycać backhandem z Barcelony, kiedy w następnym tygodniu leci z kortu jak świeczka na wietrze? 🤔 no serio, skąd ta wiara, że "jeszcze raz wstanie i będzie super"? przecież on nie jest żadnym cudownym dzieciakiem, co ma talent zaklęty w genach – on jest po prostu facet, który czasem potrafi zagrać świetnie, a czasem tak, jakby mu mózg wyłączył. pamiętacie ten mecz w Wiedniu, gdzie oberwał 0:5? no i super, że w końcu wygrał, ale czy ktoś mi powie, dlaczego w kolejnym turnieju znów przegrał pierwszy set 1:6? albo dlaczego w sobotę, mając mecz w garści, zrobił sobie z niego horror? i jeszcze te wasze "przypomnienia" o tym, że ma 21 lat – no dobra, ma 21, ale nie jest przecież żadnym wyjątkiem, że młodziak w takim wieku ma gorsze okresy. pamiętacie Wawrinkę w podobnym wieku? facet topornie grał, tracił sety jak nic, a potem nagle okazało się, że jednak umie coś więcej niż tylko brnąć przez kort. tylko że Wawrinka miał w sobie tą grację i dojrzałość, a nasz Holger? on ma energię i nic więcej. no i co z tego? energia to nie wszystko, bo jak się tej energii używa do bicia się po udach i krzyków w powietrze, to efekt jest taki, że przeciwnik nawet nie musi walczyć – sam wychodzi zwycięsko. i co do tych "break pointów", które niby nie mają znaczenia – no dobra, może nie mają dla was znaczenia, bo jesteście tak zajęci wymyślaniem nowych etykietek, że zapomnieliście, że tenis to jednak gra, w której liczą się SETY, a nie pojedyncze punkty. facet stracił dwa break pointy w sobotę? super, ale niech ktoś mi pokaże, kiedy ostatni raz wygrał mecz, w którym miał szansę na zakończenie go wcześniej! bo ja coś nie pamiętam, żeby to było kiedykolwiek. a jak nie potrafi skończyć meczu, który ma w kieszeni, to co to za "magia"? to nie magia, to po prostu facet, który czasem gra dobrze, a czasem jakby mu ktoś strzelił w kolano. więc proszę bardzo – niech ktoś mi pokaże, kiedy ta cała "energia" przełoży się na coś więcej niż kilka fajnych punktów w środku meczu. bo póki co, to bardziej przypomina to pogoń za cieniem niż prawdziwy progres. i nie no, nie mówcie mi, że "jeszcze trochę czasu" – facet ma 21 lat, a wy już mu stawiacie pomniki jakby miał być drugim Federerem. tylko że Federer nie tracił setów 6:1 od pierwszych tygodni sezonu, i nie miał takich okresów, że każdy następny mecz to katastrofa. więc spokojnie, nie zakopujcie go jeszcze – bo facet sam się pogrąży szybciej, niż my zdążymy się zorientować! 😂💨Jeden klub, jedno życie ❤️
-
ej no ale se naprawdę myślicie, że tylko wy umiecie liczyć break pointy i zrozpaczone miny? 😄 pamiętam czasy, kiedy jeszcze na krakowskich kortach przy al. 3 maja kibice klaskali jak oszalali, kiedy któryś z naszych tracił serwis w decydującym momencie – i co? nikt nie pisał wtedy na forum o "statystykach", tylko po prostu graliśmy, krzyczeliśmy i czasem wychodziliśmy z kortu zadowoleni, że chociaż walczyliśmy. a tu nagle nasz Holger ma za złe, że stracił dwa break pointy w sobotę, bo to niby dowód na to, że jest patałachem? no i co, facet w Montrealu bił się jak lew, prawda? ale czy ktoś mi powie, dlaczego w Warszawie w zeszłym roku oberwał 6:1, 0:5, a potem wygrał? bo nie samą energią żyje tenis – czasem trzeba też mieć głowę na karku, a nie tylko krzyczeć w powietrze. i tak, widziałem gorsze rzecze – wiem, że facet potrafi zagrać cuda, ale nie każdy mecz jest Barceloną sprzed roku, żeby się zachwycać. no i jeszcze te wasze "przypomnienia", że ma dopiero 21 lat – no dobra, ma 21, ale nie jest przecież pierwszą młodą gwiazdą, która oberwała wiosną sezonu. pamiętacie Federa w 2000 roku? facet potrafił przegrać pierwszy set 6:0, a potem jednak kończył turniej w ćwierćfinale. tylko że u niego to była strategia – u naszego Holgera? to wygląda jakby facet po prostu tracił pewność siebie z tygodnia na tydzień. i co do tego meczu w Wiedniu – no super, że w końcu wygrał, ale czy ktoś mi powie, dlaczego w kolejnym turnieju znów oberwał 6:2, 1:6, 4:6? to nie jest tak, że raz się wstanie i już będzie super – to jest ciągłość, a nasz facet ostatnio nie może znaleźć tej ciągłości. i nie no, nie mówcie mi, że "jeszcze trochę czasu" – bo w tej branży czas płynie szybciej niż na zwolnionym playbacku, a facet ma już na koncie kilka takich "odrodzeń", które skończyły się niczym. więc spokojnie, nie zakopujmy go jeszcze – ale też nie budujmy mu pomników na podstawie dwóch fajnych punktów w środku meczu. bo póki co, to bardziej wygląda na to, że facet czasem gra super, a czasem tak, jakby mu mózg przestał działać. i to nie jest żaden atak na Holgera, tylko stara szkoła mówi: "patrz, co robisz, a nie co obiecujesz". 😉
-
Ej, ależ was wszystkich znam z Białegostoku – jeszcze w tamtym roku, kiedy Holger grał w Warszawie, stałem na trybunach z piwem w garści i słuchałem, jak koledzy z Zielonej Bramy wrzeszczeli "Rune, dajesz radę!" za każdym razem, kiedy facet odbił piłkę zza nogi. Pamiętacie ten mecz z Tsitsipasem w półfinale ATP Finals? Tam akurat miał dwa break pointy przeciwko i co? Zagrał dwa asy pod rząd i poszedł dalej. Ale wiecie co? Pół roku później w Barcelonie oberwał od Alcaraza 0:2, stracił jeszcze trzy sety w drodze po tytuł, a potem wszyscy gadali o "czystej klasie". No ale teraz, kiedy to samo dzieje się w drugą stronę, to od razu "patałach z metką". Mnie osobiście nie obchodzą te statystyki – obchodzi mnie tylko to, że facet wbija się na kort jak opętany i walczy do upadłego. W zeszłym tygodniu byłem na meczu w Sopocie, siedziałem tuż przy siatce, i kiedy Rune stracił serwis przy 15:40, to zobaczyłem, jak zaciska zęby i na następnym punkcie zagrał backhandem prosto w linię – tak, że sędzia nawet nie drgnął. Czy to była "magia"? Nie wiem, ale na trybunach zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak kibice wstrzymują oddech. A potem ten sam facet w kolejnym turnieju leci z kortu w pierwszej rundzie. I teraz pytanie do was: jeśli ktoś ma w sobie tyle ognia co on, to czy naprawdę powinniśmy go karać za to, że akurat dziś nie trafił dwóch piłek? Bo ja tam wolę oglądać faceta, który walczy, niż takiego, który dryfuje przez mecz z założonymi rękami. A wy?Gdzie dowody?
-
Nie ma co owijać w bawełnę – macie rację, że ten sezon Holgera psuje klimat jak stary rower zaparkowany na środku kortu, ale nie zamieńmy krytyki w ceremonię żałobną. Pamiętacie, jak w zeszłym roku w Gdyni podczas turnieju challengera staliśmy pod mostem i krzyczeliśmy „Rune Rulez” razem z jakimś przypadkowym Szwedem, który akurat pił piwo obok nas? Facet zagrał wtedy dwa podwójne błędy z rzędu, a my i tak dopingowaliśmy jakby to była wygrana rundy finałowej. Dzisiaj, kiedy mamy do czynienia z naprawdę marnymi seriami, wszyscy zaczynają liczyć każdy stracony punkt jak dłużnicy pod windą banku. Ale tu nie chodzi o to, że ma kiepskie tygodnie – to akurat było, jest i będzie – tylko o to, że brakuje tej jednej małej rzeczy: umiejętności doprowadzenia meczu do końca, kiedy ma się w garści nawet dwa sety przewagi. Widziałem kiedyś, jak Jacek Mizerski w takiej sytuacji celowo przestał biegać, szedł wolno do siatki i czekał, aż przeciwnik sam się do niego podejdzie – bo wiedział, że psychika jest najważniejsza. U Holgera tego nie widać. On albo gra na maksymalnych obrotach i zdmuchuje przeciwnika, albo wpada w taki dół, że samemu trudno go wyciągnąć. Można go bronić za tryb „kosmiczny mod” i za emocje, ale musicie przyznać: jeśli ten tryb zniknie na dłużej niż dwa tygodnie, to nawet najwięksi wierni pójdą szukać cudu gdzie indziej. I na to nie ma statystyki ani magii – to po prostu smutna prawda. Mogę się mylić, ale chyba wszyscy zapomnieliśmy, że tenis to jednak gra, w której liczą się zwycięstwa, a nie pojedyncze punkty, które kiedyś zachwyciły resztę świata.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
Ej, pamiętacie ten mecz w Båstad dwa lata temu, kiedy facet tak zagrał z Nalbandianem, że przeciwnik przez pół finału patrzył tylko na piłkę latającą między nogami? Fajna sprawa, nie ma co – ale fajne rzeczy zdarzają się w tenisowym światku raz na ruski rok. Tylko że dzisiaj nie chodzi o to, czy Holger potrafił kiedyś zrobić show albo ile dał radę wówczas cudów, tylko o to, co robi teraz, kiedy ten „kosmiczny mod” jakoś nie wraca dłużej niż tydzień. Wyobraźcie sobie taką sytuację: jesteście na meczu w lipcu, temperatura 35 stopni, naprzeciwko stoi facet, który ma w ręce dwa sety przewagi, ale zamiast spokojnie iść do siatki, wbija się w swoje nogi, krzyczy do siebie, a przeciwnik nawet nie musi walczyć – sam się uśmiecha, bo wie, że niebiosa same mu fundują punkt. I pytają mnie dzisiaj, czy on zasługuje na to, żebyśmy wisieli za nogi kibicując – jakby to była kara, a nie kibicowanie. Ejże, no co wy? My nie wieszamy nikogo, my po prostu chcemy widzieć, jak ten gość znowu dostanie się w tryb, w którym nie gubi setów, tylko je odbiera. Ale najważniejsze nie jest to, co my chcemy – tylko to, co on potrafi. Bo talent to jedno, a umiejętność skupienia i konsekwencji to coś innego. I póki co, ta druga część chwilowo gdzieś zniknęła. Można całymi dniami opowiadać o jego backhandzie, który kosi przeciwników, albo o tym, jak wbija się na kort jak oszalały – ale kiedy tracimy punkty serwisowe przy 40:0, a potem te sety lecą jeden po drugim, to nie pomaga ani energia, ani te słynne krzyki. Czyli do sedna: teraz nie chodzi o to, żeby go za karę wieszać na dachu – tylko o to, żeby zapytać siebie szczerze, co tak naprawdę trzyma nas przy nim. Bo ja tam wolę kibicować komuś, kto raz na jakiś czas zrobi coś nieziemskiego, ale często gubi się w meczu, niż takiemu, co dryfuje przez cały sezon. A wy?xG > emocje.