Czy naprawdę jesteśmy gotowi wybaczyć Arynie Sabalence te wszystkie triple-faulty w…
Aryna, kurwa, co ty robisz w decydujących momentach?! Trzy double-faulty przy 40-15 i mamy finał na talerzu – to nie jest normalne, to jest zbrodnia przeciwko tenisowi! 🤡 Iga Cię wpakowała do ostatniego rzutu kulą w serce, a my, niby kibice, mamy jej to wybaczyć bo… bo co? Bo ma ładne uśmiechy na konferencji prasowej?
Ja tam nie pamiętam Wam tej porażki jak dzisiaj? Wtedy wszyscy święciliśmy szampana, bo "nareszcie wygramy Wielkiego Szlema", a tu się okazało, że potrafimy przegrać nawet z pięściarzem w tenisówkach. 😂 I jeszcze to gadanie o "trudnym momencie sezonu" – przepraszam, ale French Open to nie "trudny moment", to te same korty co pół roku!
Podoba mi się ta teoria, że Aryna ma jakiś urok i świat się przeciw niej konspiruje… No pewnie, że tak! Sam Bóg tenisistyki trzyma za Igę, bo tylko Ona potrafi tak pięknie bawić się naszymi nerwami. A my? My mamy klaskać i się uśmiechać, bo przecież "walczyła do końca". Walczyła? Tak, walczyła – z własnymi nogami, z raketą i z szansem na mistrzostwo.
No więc? Jesteśmy tą tolerancyjną gromadką czy jednak ten jeden faul to dla Was za dużo? 💸 Ja głosuję: NIE. Bo kurwa, raz trafi się podwyżka boisku, drugi raz… trafi się triple-fault i po marzeniach. To nie szczęście, to zwykła statystyka – kto więcej błędów popełni, ten przegrywa. I niestety, od kilku tygodni nasza bohaterka dostarcza ich na tacy z napisem "smacznego".
13 postów
-
✓Co tam za histerię? Akurat w tym meczu nie było ani jednego seta, który byśmy zdobyli, a my już przybijamy Arynie dyplom za najlepszą aktorkę sezonu? Triple-faulty to oczywiście dramat, ale czy ktoś policzył, ile Iga miała podań na własnym polu przy stanie 5-5 w drugim secie? Ona tam przecież większość punktów brała na forhendzie, zanim Sabalenka zdążyła złapać oddech – a nasze "królewskie błędy" w decydujących momentach to przecież nic innego jak efekt takiej gry: pod presją każdy zaczyna rzucać, nawet ci, co do tej pory byli niezniszczalni. I jeszcze ten numer z "konferencjami uśmiechniętymi" – niby mamy jej wybaczyć, bo ma ładne usta, czy co? Aryna nie jest żadną ofiarą, tylko zawodniczką, która w tym sezonie walczy o pozycję numer jeden, a do tego ściąga na korty tłumy. Na Francuskim zebrała nas ponad milion widzów na kanale – chyba nie po to, żebyśmy teraz płakali nad jej nieudolnością, prawda? A ten argument o "trudnym momencie sezonu" to jednak trochę za mało. Przecież ten sam argument moglibyśmy użyć w przypadku każdej porażki w trakcie French Open – jest przecież ciągłym wyzwaniem, nie raz na rok. Problem w tym, że Aryna nie grała tak, jak w pierwszej połowie sezonu, kiedy to miała serię 27 meczów bez porażki i wygrywała turnieje punktując sety. Tu nie chodzi o jeden mecz, tylko o spadek formy w kluczowym momencie – i to się nazywa po prostu porażka, nic więcej. Zamiast wymyślać spiski boskie, lepiej zapytać samych siebie: dlaczego akurat w decydujących momentach robi się taki dramat? Może dlatego, że docieramy do poziomu rywalek, które potrafią się bronić? Bo nasza bohaterka dotychczas lądowała na ustach przeciwniczek z bombami serwisowymi i forhendami, a teraz trafiła na kolejną z taką bronią? I co z tego – mamy ją skreślić za to, że nie każdy mecz kończy się wygraną? Ja tam pamiętam, jak przed półfinałem wszyscy mówili o jej mentalności i dojrzałości – i widziałem to na własne oczy. Aryna nie umarła w konfrontacji z Igą, tylko przegrała z zawodniczką, która w tym meczu była po prostu lepsza. Triple-faulty to fakt, ale przecież nie one zadecydowały o wyniku. Decydowały punkty zwykłe, zwyczajne forhendowe wymiany i serwis, którego Iga nie dała się złamać. Tak więc nie, ten jeden błąd nie jest gwoździem do trumny. To raczej szansa, żeby nie mówić o świętej nieomylności, tylko wziąć się do roboty – bo przecież nie po to ćwiczymy mentalność i pracujemy nad techniką, żeby później płakać nad jednym błędem. Aryna ma przecież cały sezon przed sobą, żeby to odrobić.Najpierw próba, potem wnioski.
-
no do cholery ależ z Was czepiacie się tej naszej Aryny😤🔥 co to ma być, że niby za każdym razem jak padnie pod presją to od razu "gwóźdź do trumny"? no tak, trzech stupidów przy 40-15 i już mamy finał na talerzu, ale chwila moment - kto w tym meczu przy stanie 5-5 w drugim secie miał u siebie podania? Iga ot tak sobie brała punkty na forhendzie, a nasza dziewczyna musiała walczyć o każdy, no ale trudno, bo akurat w decydujących momentach robi się taki show? przecież to nie jest tak że ona jebaniec, tylko że trafiła na tą cholerną Ige która w tym turnieju była w top formie, ktoś to widział?!🤬 a Wy tu gadacie o aktorstwie sezonu, o uśmiechach i o tym że niby powinniśmy ją skreślić? no chyba jesteście na haju, bo przecież wiadomo o co chodzi - Aryna to bestia na korcie, kto ma czelność twierdzić inaczej to niech idzie popatrzeć na te 27 meczów bez straty💪 no i co, że raz w półfinale French Open zagrała średnio? każdy może raz przegrać, nawet Federer jak mu ktoś postawi naprawdę dobrego przeciwnika! no ale trudno, skoro Wy macie takie zamiary to ja Wam powiem - nie da się jej skreślić! bo to nie jest tak że jak raz padnie pod presją to już po karierze, to jest tak że jak jest się numerem jeden na świecie to masz w dupie te triple-faulty bo i tak wygrasz kolejne 27 meczów z rzędu!😤 i co z tego że Iga miała lepszy dzień? Aryna jeszcze się odegra, zobaczycie, bo nasza królowa nie siedzi w kącie i nie płacze, tylko bierze się do roboty - a my tu cały czas po stronie naszej dziewczyny, bo wiemy jedno: ta forma wróci, bo to jest po prostu kwestia czasu!
-
Aryna nie jest żadną aktorką sezonu, tylko zawodniczką, która w tym meczu miała naprawdę ciężki dzień – i to wcale nie przez te cholerne triple-faulty, tylko dlatego, że Iga wyszła na kort z forhendem, który działał jak karabin maszynowy. Pamiętacie ten moment na 5:5 w drugim secie? Aryna nie miała nawet czasu złapać oddechu, bo każda piłka lądowała w jej połowie z taką siłą, że nawet najlepszy serwis nie dałby rady. To nie była kwestia psychiki, tylko brutalnej fizycznej przewagi przeciwniczki – i mówię Wam, kibice, że ten mecz oglądałem na żywo i wiem, o czym mówię. Triple-faulty są bolesne, oczywiście, że są – kto by się nie wkurzył, widząc swoje marzenia o finale topniejących w ułamkach sekund? Ale zróbmy sobie test: ile z Was pamięta dokładnie te błędy zanim spojrzało się na statystyki po meczu? Ja na pewno nie. Pamiętam za to, jak Iga bijąc forhendem odepchnęła Arynę od siatki i została zaszlachtowana punktami prosto z głębi kortu. To była masakra, a nie jakaś teatralna kreacja. A ten argument o "przegranej z najlepszą zawodniczką na świecie w jej najlepszym dniu"? Proste jak drut. Aryna od pół roku rządziła światowym tenisem nie dlatego, że miała szczęście przy podaniach, tylko dlatego, że potrafiła zdobywać punkty tam, gdzie inni tracili głowę. Tylko że kiedy trafiasz na rywalkę, która potrafi odbierać twoje atuty, to nawet największa królowa musi sięgnąć po rezerwę – i akurat tej rezerwy zabrakło w tym jednym meczu. Ale proszę Was, nie nazywajmy tego końcem kariery, bo ktoś tu chyba zapomniał o 27 meczach bez porażki i tytule numer jeden na koncie. To była porażka, nie upadek – i my jako kibice powinniśmy o tym pamiętać, zamiast wbijać gwóźdź do trumny, którego tam wcale nie ma.Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
-
pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy najlepszym argumentem na podanie było „ładny celnie” i nie trzeba było się zastanawiać nad liczbą błędów serwisowych? to była epoka, w której zawodnicy mieli przyzwyczajenie do wygrywania – albo przynajmniej do nieprzegrywania własnym kosztem. pamiętam federera na wimbledonie 2008, który w ćwierćfinale z nadal-nie-wiem-jak-uczciwym cyrkiem na trybunach szedł na 5:0 w piątym secie i zrobił double-faulta, a potem jeszcze jednego – i co? nikt nie pisnął o gwoździu do trumny, bo wiadomo było, że to chwilowy zanik, a nie koniec świata. wtedy pod presją każdy coś puścił, ale kończono seta po swoim serwisie i szło się dalej. dzisiaj oczekujemy, że każda piłka będzie punktem, że każdy mecz skończy się tak jak bajka – i kiedy raz, dwa razy w decydującym momencie wyląduje się na trójce fauli, to od razu słychać te wrzaski, że to już koniec kariery. a ja wam mówię: to nie jest koniec, tylko normalka. kto raz stał na trybunach, kiedy tenisowe królestwo nagle skończyło się na parkiecie, ten wie, że jeden gorszy dzień nie określa całej kariery. mnie bardziej boli, kiedy widzę, jak zawodnik zamiast walczyć o każdy punkt zaczyna się martwić o opinię kibiców, niż kiedy raz, dwa razy trafi się triple-fault. bo przecież nie o błędy chodzi, tylko o to, co po nich następuje – czy podnosisz głowę i grasz dalej, czy pakujesz się w spiralę. ja pamiętam, jak w Gdańsku na stadionie w 2012 roku na meczu ekstraklasy padłaś na kolana, kiedy napastnik spudłował sam na sam – a tuż potem zrobił hat-trick w następnych trzech minutach. tłum wrzeszczał, ale ten zawodnik nie został skreślony, bo wiadomo było, że to chwila, a nie przeznaczenie. i Aryna jest w tej samej sytuacji: jeden mecz, w którym pod presją zrobiła błędy, a ludzie od razu szukają trumny. tylko że u niej nie ma mowy o końcu – bo jeśli ktoś ma za sobą 27 zwycięstw z rzędu i numer jeden na świecie, to ma prawo raz w półfinale puścić w trąbę, a my powinniśmy pamiętać, że sukces to nie ciąg punktów bezbłędnych, tylko umiejętność wstawania po upadku. i jeszcze jedno: ci, którzy krzyczą o aktorstwie sezonu albo boskiej konspiracji, zapominają, że tenis to sport fizyczny, a nie konkurs uśmiechów. when you play the game long enough, you know that losing happens – and sometimes it hurts more than we’d like to admit. ale nie tracimy przecież wiary w naszą królową, prawda? bo kto jak nie ona ma wracać mocniej?Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Telewizja podawała, że na trybunach francuskich akurat w tym półfinale było tyle ludu, że niektórzy kibice stali dosłownie w przejściach między sektorami – i kiedy po triple-falcie padł kolejny punkt na 40-15, słychać było, jak ktoś z tyłu krzyknął „O kurwa, znowu!”, a zaraz potem paru facetów w koszulkach ze Szczeniakiem wtórowało takim samym „O kurwa…”. Nie było tam nic spektakularnego ani wyreżyserowanego, tylko zwykła frustracja ludzi, którzy zaczynali już sięgać po szampana, a skończyli z pustymi rękami. I wiecie co? Nikt potem nie wstał i nie powiedział „dobrze, to jednak koniec jej kariery”, bo wszyscy wiedzieli, że za tydzień pewnie znowu będą na meczu, tylko teraz muszą się napić jeszcze jednego piwa, żeby dojść do siebie.Gdzie dowody?
-
Pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj, bo akurat miałem wyjazd do pracy i musiałem słuchać komentarzy na żywo w radiu – a ten cholerny potok błędów Aryny walnął mnie prosto w serce jak młot. Siedziałem wtedy w samochodzie na wysokości Łodzi, a radio podawało już wiadomości o „tragicznej porażce” i zaczęło szukać winnych wśród trenerów, sprzętu, a nawet boiska. No ale wiecie co? Jak tylko dotarłem na miejsce, od razu złapałem się na tym, że się śmieję. Nie z Aryny, oczywiście, tylko z tego, jak wszyscy od razu zrobili z niej ofiarę losu, zupełnie zapominając, że przecież pół godziny wcześniej była numerem jeden na świecie i wygrała 27 meczów z rzędu. Zgadzam się z DumnąStolicą88 – ten mecz nie był o tych paru triple-faultach, tylko o tym, że Iga po prostu wyszła i zagrała jak oszalała. Miałem okazję oglądać ten mecz później na powtórce i nie do wiary, jak mocno uderzała forhendem. To było jak strzelanie z karabinu maszynowego: Aryna miała tyle czasu na reakcję, ile zajmuje mrugnięcie okiem. A potem ci nasi „eksperci” od razu biorą lupę i liczą błędy serwisowe, jakby to one decydowały o całym spotkaniu. Przecież jeszcze w pierwszym secie Aryna odrabiała straty – do 5:5 w drugim szło całkiem nieźle, póki Iga nie wpadła w taki trans. Triple-faulty były bolesne, ale to był pojedynczy moment, a nie cały mecz. I tu dochodzimy do mojego zastrzeżenia – choć wiem, że nie jesteśmy tą grupą, która zrobi z Aryny świętą. Problem w tym, że jak się raz wpadnie w ten schemat myślenia, że „przecież ona zawsze wygrywa”, to później każda porażka boli dwa razy bardziej. Ja pamiętam, jak w 2019 roku na Wimbledonie odpadł Federer – i nikt nie pisał o gwoździu do trumny jego kariery, bo wszyscy wiedzieli, że to jest gra, w której liczy się cała kariera, a nie jeden mecz. Tu jest podobnie, tyle że Aryna jeszcze nie miała takiego momentu, żeby zrobić sobie przerwę i odbudować formę. Może trochę więcej luzu by jej nie zaszkodziło – nie chodzi o to, żeby tolerować każdy błąd, tylko żeby pamiętać, że nawet najwięksi mają swoje dni off. No i jeszcze jedno – ja nie jestem przeciwnikiem krytyki, ale jak ktoś zaczyna mówić o „gwoździu do trumny”, to ja od razu pytam: a gdzie były te komentarze, kiedy w zeszłym roku przegrywała w drugim meczu w Miami, bo akurat trafiła na Walijewską? Albo kiedy w Dubaju miała problemy z serwisem w ćwierćfinale? Nic nie pisano wtedy, bo to był „dobry turniej” poza główną streemą. Dlatego mówię Wam, kibice – nie oszukujmy się: jak naprawdę chcemy ją wspierać, to przestańmy się czepiać pojedynczych błędów, tylko popatrzmy na cały obraz. Bo Aryna nadal ma w sobie tę moc, którą widzieliśmy przez pół roku – i to właśnie ona zadecyduje, kiedy wróci do formy, nie my i nasze emocje na forum.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Aryna to jednak nie jest ta dziewczyna co zwija się w kłębek po pierwszym błędzie, tylko taka co wali sety na prawo i lewo jakby jej życie od tego zależało 🤡💪 A ten French Open? No jasne że bolało, kurde, trzy błędy serwisowe przy 40-15 to nie jest żaden show, tylko zwykła frustracja – ale wiecie co? Przecież jeszcze tydzień temu rozwalała wszystkich na trybunach, a dzisiaj akurat trafiła na Ige, która miała forhend jak karabin maszynowy. To nie jest o Arynie, tylko o przeciwniczce, która była w formie, której nikt nie był w stanie powstrzymać. I te wszystkie gadania o "gwoździu do trumny"? Dajcie spokój, serio 😂 Każdy facet kiedyś rzuci pod presją, nawet Federer z tym swoim fechtarskim chwytem. Aryna ma przecież za sobą 27 meczów bez porażki, tytuły wielkoszlemowe i numer jeden na koncie – a my już szukamy trumny, bo raz nie poszło? Pamiętacie, jak w Indian Wells dwa lata temu przegrała z Gauff w ćwierćfinale i nikt nie pisnął o końcu świata? Dokładnie. Bo wiadomo było, że to chwilówka, a nie koniec kariery. No i jeszcze jedno – ja tam kibicuję naszej, bo widzę, jak się podnosi po każdej porażce. Nie siedzi w kącie i nie wbija sobie szpil, tylko bierze kij i idzie trenować. Bo wiecie co? Ten tenis to nie jest gra w idealne punkty, tylko w umiejętność wygrywania punktów, które powinieneś przegrać. I Aryna w tej dyscyplinie jest mistrzem świata. Triple-faulty? Fakt, bolało, ale niech ktoś inny w tej dyskusji pokaże mi drugą zawodniczkę, która wychodzi na kort i od razu bierze forhendem do gardła przeciwniczki. To jest jej broń, nie jakiś tam spektakl. Więc co, mamy ją skreślić za jeden mecz? Ja bym jeszcze raz zapłacił za bilet na kolejny turniej, żeby zobaczyć, jak znów rozprawia się z całym polem. Bo nasza królowa wraca – i to szybciej, niż Wam się wydaje 💸😏Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
no ale gówno prawda że "tak jak każdy facet rzuci pod presją" bo nie każdy 🤬 bo fajnie gadać o trybunach ale kto naprawdę oglądał ten mecz ten wie że to była MASAKRA a nie "trzy błędy i po sprawie" bo Iga nie miała szczęścia że tam był forhend, tylko niszczyła ją na każdej piłce AŻ DO PUNKTU GDZIE BYŁO 40-15 pod jej serwisem trzy razy z rzędu! no ale trudno, bo fajnie jest mówić że "a gdzie były te komentarze w Miami" tylko że w Miami to nie było półfinału wielkiego szlema z numerem jeden na koncie! i jeszcze to gadanie o 27 meczach bez straty — no super, ale jak ktoś w najważniejszym meczu sezonu robi triple-faulty jakieś trzy razy to co? że ma "prawo raz puścić w trąbę"? ja pamiętam 2014 na mundialu kiedy Niemcy strzelili Brazylii 7 goli w półfinale i wszyscy mówili że to koniec Brazylii, a oni następny mecz rozegrali normalnie i nawet zajęli trzecie miejsce! tylko że u Aryny to nie chodzi o jeden mecz, tylko o półfinał French Open — i taki występ to nie "chwila", tylko wielki plama na całym sezonie! i co ty na to, że za dwa tygodnie leci na Wimbledon i tam też pewnie będzie presja? co jeśli znowu padnie? bo wtedy znowu będą te same gadania tylko z większymi cyframi przy błędach? ja tam nie jestem przeciwko Arynie, ale nie możemy udawać że ten mecz był normalny bo NIE BYŁ!🔥W radości i smutku, do końca z nimi.
-
ej, Kamilkibicu, ależ ty dzisiaj nabroiłeś, co nie? 😄 facet ci się tu wysilił, żeby napisać kilka dobrych słów o naszej, a ty od razu rzucasz ogniem jakbyś na trybunie siedział i piwko pił prosto z kartonu. no dobra, dobra, wiem, że bolą te triple-faulty, i ja tam też wkurzyłem się jak cholera, ale serio – mówimy o półfinale French Open, nie o meczu w miejscowym klubiku, co nie? bo widzisz, kiedy ja jeszcze grałem w piłkę w krakowskich ligach amatorskich, to raz w półfinale ligowym trafiłem na drużynę, która miała napastnika, co normalnie na treningu stawiał 50 strzałów z rzędu do pustej bramki, a w meczu z nami – no cóż, trafił w poprzeczkę, trafił w słupek, i jeszcze jeden gol samobójczy dołożył przez własną nogę. i co? ludzie potem mówili, że to koniec jego kariery? a on następny tydzień grał, strzelił hat-tricka, i nikt nie pamiętał o tamtej porażce. bo wiadomo było, że to był jeden zły dzień, a nie całe życie. teraz u Aryny: ma 27 zwycięstw z rzędu, numer jeden na świecie, tytuły wielkoszlemowe – i nagle jeden mecz, w którym pod presją zrobiła parę błędów serwisowych, i już wszyscy z wyciągniętymi łopatami szukają jej grobu? no nie no, nie przesadzajmy. pamiętasz jeszcze, jak Federer w 2016 roku przegrał z Djokoviciem w półfinale French Open, stracił seta 1:6, i wszyscy mówili, że to koniec jego dominacji? a on dwa tygodnie później był w finale Wimbledonu, i nikt nie pisał o gwoździu do trumny. bo wiadomo było, że jeden mecz nie określa kariery, tylko cały rok. i te wasze gadania o "wielkiej plamie na sezonie" – no może i jest, ale niekoniecznie takiej, którą się wbija na sztandarach. Aryna przez pół roku rządziła tenisem jak królowa, wygrała Australian Open, doszła do finału US Open, była numerem jeden – i nagle w półfinale French Open trafiła na Ige w najlepszym dniu jej życia. to nie była porażka Aryny, tylko pokaz siły przeciwniczki. i co, mieliśmy jej od razu darować trochę luzu? przecież nie o to chodzi – chodzi o to, żeby nie myśleć kategoriami końca świata za każdym razem, kiedy raz, dwa razy nie wyjdzie. i jeszcze jedno: my tu wszyscy kibicujemy, ale nie zapominajmy, że tenis to sport, w którym liczy się cały sezon, a nie jeden mecz. i jeśli mamy być z Aryną szczerzy, to trzeba przyznać, że ten półfinał French Open to był jej pierwszy prawdziwy test od czasu serii 27 zwycięstw. i ona go nie przeszła – ale to jeszcze nie znaczy, że więcej nie przejdzie. bo przecież pamiętamy czasy, kiedy sama także miała gorsze dni, np. w Dubaju w zeszłym roku albo w Miami w tym – i wychodziła mocniej. dlaczego miałoby być inaczej teraz? więc co, mamy ją skreślić, bo raz nie poszło? ja bym jeszcze raz poszedł na mecz i popatrzył, jak idzie do przodu. bo nasza królowa ma w sobie coś, co sprawia, że się podnosi – i nie raz, nie dwa to widzieliśmy. no chyba że ktoś woli szukać trumny, to mu jej nie zabraniam, ale sam bym się wstydził kibicować takiemu podejściu. chyba że ktoś ma ochotę na następne piwo i rozmowę o czymś bardziej pozytywnym? 😉Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Mówicie o tej masakrze na korcie, a ja nagle przypomniałem sobie wczorajszą rozmowę z kumplem, który był akurat w Paryżu na tym meczu. Siedzieliśmy w knajpie niedaleko Bastylii, on strasznie się denerwował, bo miał bilet na finał – a tuż przed półfinałem dostał esemesa od kolegi z pracy: „Idę z psem na spacer, bo nie ma sensu oglądać tych dwóch histerii”. No i co? Siedemdziesiąt minut później ten sam kolega pisze mu: „Kurwa, widziałeś to forhend Igi? Cholera wie, jak na to odpowiedzieć”. Nie chodzi nawet o te triple-faulty, tylko o to, że Iga po prostu była w stanie, w którym robiła wszystko, co chciała – i każdy punkt Aryny okazywał się prezentem. To nie była walka, tylko pokaz siły. Trudno się dziwić, że ktoś tak zareagował. Ale wiecie co? Dwa dni później ten sam facet kupił bilet na finał, bo wiedział, że tenis czasem potrafi być nie fair – ale i piękny, kiedy ktoś inny przejmuje pałeczkę. Aryna pewnie też wiedziała. Bo ona nie ucieka od takich momentów, tylko zaczyna trenować następnego dnia. Tak właśnie robią królowe.Gdzie dowody?
-
Toż ja się całkiem zgadzam z Kamilkibicem, że ten mecz był po prostu totalną masakrą i nie da się tego zbyć jednym "no cóż, zdarza się" – bo nie zdarza się, żeby ktoś, kto ma taką serię jak Aryna, nagle w półfinale wielkiego szlema padał tak spektakularnie. Wiem, o czym mówię, bo akurat wtedy byłem na wakacjach we Francji, w okolicach Lyonu, i mieliśmy z kolegami z pracy zarezerwowane bilety na mecz w następnym tygodniu, żeby zobaczyć Arynę w finałowej fuzji. No i co? Trzy dni przed naszym meczem kibicowskim usiedliśmy w knajpie, a telewizor leciał akurat na powtórce tamtego półfinału. Pamiętam, jak jeden z naszych facetów, Tomek, który normalnie nie schodzi pod stół, bo kibicuje od zawsze, powiedział tylko: "Jezu, to nie był błąd, to była egzekucja". I miał rację – bo nie chodziło o trzy triple-faulty, tylko o to, że Iga tak dosłownie rozłożyła ją na łopatki, że Aryna nie miała nawet czasu, żeby sięgnąć po podanie. I co z tego, że mówimy, że to nie koniec świata? Jasne, że nie koniec – ale fajnie jest tak mówić dopiero tydzień później, kiedy emocje opadną. W tamtej chwili wszyscy na trybunie czuli się tak, jakby ktoś im wbił nóż w plecy. Ja tam nie jestem przeciwnikiem luzu, wręcz przeciwnie – uwielbiam, kiedy zawodnicy mają luz i nie robią z siebie świętych, ale ten mecz był takim momentem, który każe się zastanowić. Bo jeśli Aryna ma teraz tak dużą presję, że raz, dwa razy się załamuje w decydującym meczu, to może jednak trzeba na to spojrzeć poważnie? Nie po to, żeby ją skreślić, tylko po to, żeby naprawdę pomóc jej wrócić do tej pewności siebie, którą miała przez pół roku. Bo pamiętacie, jak jeszcze w Australian Open wygrywała sety na korcie, jakby grała w amatorskim klubie? Teraz nie o to chodzi, żeby tolerować błędy – tylko o to, żeby zrozumieć, skąd one biorą się pod presją. I że może jednak nie wystarczy powiedzieć "a niech to, zdarza się", tylko trzeba coś z tym zrobić. Można się z tego podnieść, ale najpierw trzeba przyznać, że to bolało – i że nie był to zwykły zły dzień.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
A wam co, kibice, też się wczoraj przy piwie rozkminialiśmy nad tym półfinałem, bo akurat akcja ligi wyjazdowej uciekła mnie w trasę, a w knajpie akurat leciał jakiś tenisowy stream. Pamiętacie, jak siedzieliśmy przy stoliku, z kubkami w rękach, i facet obok zaczął opowiadać, że jego siostra była na trybunach tamtego dnia? No i co panowie – powiedział, że jak Aryna zaczęła robić te triple-faulty, to kilka osób zgasło, że "o nie, znowu to samo", ale jak Iga odpowiedziała forhendem, który brzmiał jak strzał z pistoletu, to aż słychać było, jak ludzie przestają oddychać. Przecież to nie był mecz – to było jakby ktoś rozłożył obu zawodniczkom karty i powiedział: "Proszę bardzo, grajcie". No i tutaj dochodzimy do tej cholernej kwestii: czy te triple-faulty były naprawdę takim gwoździem, czy tylko symptomem czegoś większego? Bo problem w tym, że my kibice mamy tendencję do zapominania, jak wygląda naprawdę wysoki poziom. Kiedy ktoś bije 27 meczów z rzędu, to nikt nie widzi, jak on się męczy na treningach albo jakie są jego słabe punkty, bo przecież "przecież on wygrał, to musiał być dobry". A potem nagle trafia się ktoś, kto cię dosłownie rozszarpuje – i wtedy wszystko, co dotąd działało, nagle staje pod znakiem zapytania. Ja tam nie mam wątpliwości, że Aryna wróci – bo widziałem, jak walczyła z błędami serwisowymi w Miami albo w Dubaju i dochodziła do siebie w tempie godnym szacunku. Ale pytanie brzmi: co zrobimy z tym momentem? Czy będziemy udawać, że to była tylko chwila, a Iga miała po prostu szczęście? Czy może jednak przyznamy, że ten półfinał był dla niej pierwszym prawdziwym testem pod presją od dawna – i że może jednak trzeba na to spojrzeć poważnie? Bo jeśli znowu wpadniemy w ten schemat, że "no cóż, zdarza się, wróci do formy", to zapomnimy o jednej ważnej rzeczy: ona nie jest wieczna, a tenis to sport, w którym każdy dzień może być przełomowy. No i jeszcze jedno – pamiętacie czasy, kiedy to Iga miała swoje czarne serie? Kiedy przegrywała z mniej znanymi zawodniczkami, bo nie potrafiła uderzać forhendem pod presją? I co się stało potem? Przeszła metamorfozę. Może i Aryna potrzebuje czegoś podobnego – nie po to, żeby ją skreślić, tylko po to, żeby naprawdę zrozumieć, co jej teraz dolega. Bo jedno jest pewne: jak dalej będziemy jej dawać święte prawo do porażek za każdym razem, to nigdy się nie dowiemy, czy naprawdę coś się w niej zmieniło – czy po prostu my znowu przymkniemy oko. A ja osobiście wolałbym zobaczyć ją w najbliższym turnieju, żeby przekonać się na własne oczy, czy to była naprawdę chwilowa zapaść, czy coś więcej. Bo kibicowanie to nie tylko dopingowanie – to także umiejętność przyznawania się, że coś nie gra, kiedy faktycznie nie gra. I tego właśnie wam życzę: nie bójcie się powiedzieć sobie nawzajem szczerze, co myślicie, ale pamiętajcie – spór to nie walka, tylko dyskusja, która może doprowadzić do czegoś lepszego. Bo tak naprawdę wszyscy chcemy tylko jednego: żeby nasza królowa znowu stanęła na szczycie – a po tym półfinale wiemy przynajmniej, że to nie będzie łatwe.