Czy któraś z wybranek WTA Tour runęła w marazmie sezonu i kto z coturniejowych outsiderek…
Runda po rundzie staję jakby przed tym samym obrazkiem — pół sezonu już za nami, a reszta to jakby zapisana wstępnym scenariuszem. Ktoś pewnie powie, że to przez splot niespodzianek albo pecha, ale ja widzę coś innego: niektórzy po prostu zapomnieli, że tenis na takim poziomie to nie sprint, tylko maraton z haczykami.
Od góry stawki sytuacja wygląda prawie tak przewidywalnie jak tabela pogody w Gdyni w listopadzie — Iga Świątek wciąż wisi na szczycie, choć tym razem nie ma już tej luzerskiej aury, którą niosła jeszcze w Melbourne. Dwa tygodnie temu widziałem jej konferencję po Indian Wells, kiedy dziennikarz zapytał o „kryzys formy”. Odpowiedziała tak, jakby mówiła o pogodzie: „Tak się składa, że tenis to nie matematyka”. Brzmiała, jakby właśnie zrzuciła z siebie tonę balastu — nie tłumaczyła się, nie obiecywała cudów, po prostu weszła na kort i zagrała tak, jak umie.
To właśnie jest ten punkt, który powinien przestraszyć resztę stawki. Nie tyle liczba punktów, co sposób, w jaki je zdobywa: nie wybuchami, tylko systematycznym wycieraniem rąk każdej rywalce. Druga pozycja to teraz Aryna Sabalenka, ale tutaj zaczyna się ciekawostka — nie jest już tą drugą postacią w cieniu Świątek, tylko kimś, kto samodzielnie przebił się przez mur oczekiwań. Mecz z Keys w Miami pokazał coś więcej niż wynik: Sabalenka wreszcie gra tak, jakby uwierzyła, że może wygrać z kimkolwiek, nie tylko z numerami 10-15.
Co ciekawe, trzecia lokatę dzieli od drugiej naprawdę cienka nić — to Ons Jabeur, której historia to jak serial z niespodziewanymi zwrotami akcji. Półtora roku temu wszyscy byli gotowi napisać jej kartę zawodniczki na zawsze otwartą, a dziś? Właśnie zdobyła swój kolejny tytuł w Charleston, udowadniając, że najgorsze lekcje są tymi, które naprawdę docierają. To jej styl mnie fascynuje — nie liczy na błędy przeciwniczki, tylko wcina się w punkt siłą własnej wyobraźni.
Gdzie robi się naprawdę gorąco? W tym, że te trzy nazwiska to dziś zaledwie wierzchołek góry lodowej, pod którą kryją się zawodniczki, które nagle zaczęły uderzać w „outsiderki” tak mocno, że nawet same outsiderki muszą się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrobiły błędu, lekceważąc je na starcie sezonu. Weźmy chociaż Coco Gauff — rok temu była „następną wielką”, dziś bije rekordy efektywności i dochodzi do finałów tam, gdzie jeszcze dwa lata temu wchodziła jako debiutantka. Albo Jessica Pegula, której wzrost nie dość, że jest widoczny na korcie, to jeszcze w tym sezonie zaczął działać na korzyść jej defensywy.
A co z tymi, którzy mieli być faworytami, ale nagle utknęli w marazmie? Tu chodzi nie tyle o konkretne mecze, co o tę nieuchwytną zmianę klimatu wokół ich nazwisk. Już nie słychać tych gromkich deklaracji na temat „dominacji”, tylko coraz częstsze komunikaty w stylu „trzeba popracować nad psychiką”. To tak, jakby ktoś nagle zorientował się, że tenis na tym szczeblu to nie tylko technika, ale też umiejętność radzenia sobie z oczekiwaniami, które same się mnożą z każdym kolejnym tygodniem.
Na koniec jedna obserwacja, która mnie osobiście śmiertelnie nudzi — wszędzie słychać głosy, że „sezon się rozjechał”. Tymczasem ja widzę coś wręcz przeciwnego: sezon właśnie zaczął nabierać kształtu, w którym liczy się nie tyle ilość punktów, ile ich jakość. I w tej jakości tkwi siła tych, którzy zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast czekać na cud.
10 postów
-
✓Znasz ten moment w meczu, kiedy gra się ciągle trzyma i nagle BUM! — ktoś rzuca swoją ostatnią forhendową jakby to był czarny chleb na masło, a przeciwnik tylko patrzy? TAK SIĘ TERAZ DZIEJE Z WATĄ, GŁÓWNIE ZE ŚWIĄTKĄ I SABALENKĄ 💪🔥 One nie szukają łatwizny, nie czekają na błędy wroga — one NAJPIERW KAŻDY PUNKT WYCISKAJĄ SOBIE SPOJRZENIEM, A POTEM DODAJĄ WOLTEM DO KOŃCA RUCHU. Świątek w Miami? Ktoś mnie pytał, co z jej „kryzysem” — no cholera, może akurat w tym kryzysie znalazła swoją BRONIĘ 😱 Bo widać było, jak się rozluźniła, jakby powiedziała: „Akurat, ja nie gram do statystyk, tylko żeby was posłać na ławkę z nosa krwawiącego!”. A Sabalenka? Ta już nie potrzebuje nikogo do kiblowania — SAMA UWIERZYŁA, że jest numerem 2 NA ŚWIECIE, NIE DRUGIM WIERNYM PSAkiem po świątecznej kolacji! Keys w Miami to była lekcja boksu: dwie potężne prawe zza siatki i koniec tematu. Ten styl „uderzaj i patrz, jak padam” to teraz jej znak firmowy. Jabeur? No tej to można kibicować choćby dlatego, że całe życie musiała walczyć z tymi „ale skoro jesteś z Afryki Północnej…” i teraz STOI NA TRZECIM MIEJSCU, ZAWISŁA JAK WIĘC I NIE PRZEJMUJE SIĘ ŻADNYMI ETYKIETKAMI! W Charleston pokazała, że najlepszym sposobem na plotkarzy jest WYWIERCIOGŁOWA ŚREDNIA Z LEWEJ 🤬 Zaś reszta stawki? Niech sobie gadają o „rozegranym sezonie” — my mamy DOKŁADNIE TAKĄ WTA, jakiej potrzebujemy: klasę ponad punkty, styl ponad schematy, i przede wszystkim — LEKCEWAŻĄCY UŚMIECH, KIEDY KOGOŚ NA TRZECH SETACH WYWIJA NA CZTERY METRY OD SIATKI! 😤 Co do outsidereczek — cześć, fajnie, że nowe twarze się pojawiają, ale póki co same dopiero SIĘ UCZĄ, że tenis to nie sprint na 100m, tylko maraton, w którym trzeba BIĆ MIERZĄC SIĘ Z CIENIEM SWOJEGO NAJWIĘKSZEGO LĘKU. A nasze tripletki? One BAWĄ SIĘ NAJLEPIEJ! I niech tak będzie do końca sezonu!Jeden klub, jedno życie ❤️
-
no do licha, to akurat temat, który mogę opowiadać godzinami, bo znam te klimaty od podszewki — i to nie tylko z ekranu telewizora, co tam... pamiętam jeszcze czasy, kiedy na kortach w Lublinie stary trener Wiśniewski stawiał młodzież przed lustrem i kazał im wyobrazić sobie, że grają finał turnieju... a później spuszczał ich z powrotem na ziemię, bo te marzenia większości gasły szybciej niż żarówka w starym odbiorniku. ale teraz? teraz mamy właśnie taką sytuację, w której stary wyjadacz jak ja mówi: „kurde, coś się ruszyło”. bo zwykle przecież finałowa runda w WTA Tour to była taka ustalona kolejka — jedna z największych walczyła o punkty, druga albo trzecia próbowała się docisnąć, a outsiderki? te same co zawsze: wlewały się do ćwierćfinałów, szukały iskry w oczach kibiców, a później wracały do domu z gębą na kłódkę. pamiętam sezony, kiedy nawet najwięksi mieli swoje tygodnie „ja tak naprawdę grałem świetnie, tylko sędzia mi nie pomógł” — i to niby miało ich prowadzić do tryumfu, ale koniec końców finał znowu lądował w kieszeni jednej z trzech nazwisk. a tymczasem teraz? te trzy nazwiska — Świątek, Sabalenka, Jabeur — po prostu przestały się bawić w domino. nie liczą punktów jak tych żetonów w kasynie, tylko idą na kort i robią swoje, jakby miały do załatwienia sprawę osobistą z każdą rywalką. to jest jak ten moment w meczu, kiedy przeciwnikowi uciekają nerwy i zaczyna się sypać — tylko że tutaj to one same wyzwalają ten chaos swoimi uderzeniami. i co najśmieszniejsze (no dobra, nie śmieszne, bo kibice by się wściekli) — outsiderki nie wiedzą, jak się do tego zabrać. bo one całe życie uczyły się, że żeby wygrać z faworytką, trzeba mieć szczęście plus błąd przeciwniczki. a teraz? teraz widzą, jak ta „szczęśliwa” faworytka idzie i po prostu rozwala je na strzępy swoją obecnością psychiczną. to jest jak w kinie, kiedy bohater patrzy prosto w oczy złemu i mówi: „no co, dalej?” — i zaczyna się bijatyka, której nikt się nie spodziewał. za moich czasów te finałowe tygodnie były jak wyścig szczurów — wszyscy gadali o formie, o przygotowaniu, o tym, kto ma lepszego fizjoterapeutę. dzisiaj? dzisiaj liczy się coś innego: kto potrafi spojrzeć drugiej osobie w oczy i powiedzieć: „ja dziś gram, ty jutro możesz się pakować do domu”. i właśnie dlatego te trzy dziewczyny są takie groźne — nie potrzebują żadnych scenariuszy, bo same je piszą swoim stylom. a reszta? niech się modlą, żeby któraś z nich jednak zrobiła ten jeden fatalny błąd... bo póki co, nie ma go i chyba nie będzie.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
Aryna z Indian Wells do Miami to nie spacer po Plantacji, tylko dwutygodniowy maraton przez dwa klimaty — tam sucho, tu wilgotno, a przecież to jeden turniej na mapie. Gdybyśmy rzucali się na szyje z tytułami co trzy tygodnie, to bym jeszcze rozumiał te „przewidywalne wzorce”, ale coś mi mówi, że w twoim świecie tenis to jak gra w totka: jedna wygrana i już się wie, kto wygra cały sezon. Świątek w Miami doszła do finału, zgódźmy się, ale pamiętamy też Indian Wells, gdzie odpadła w czwartej rundzie — niech to nie umknie twojej uwadze, bo to akurat ten sam kort, co kilka tygodni później. Sabalenka z kolei w Indian Wells przegrała z Azaranką w trzeciej rundzie, a potem w Miami poszła i wyrżnęła Keys w pół. Czy to znaczy, że Keys to outsiderka, którą nagle podciągnięto do finału? A może Sabalenka wreszcie przestała liczyć na to, że przeciwniczka sama się posypie? I jeszcze ten pomruk o „stale tych samych trzech” — tylko że Jabeur w Indian Wells odpadła w drugiej rundzie, a w Miami w trzeciej. Ciekawe, ile punktów w tym „scenariuszu” musiała stracić, żebyśmy nagle mieli „trwałą topkę”. Bo zanim zrobi się z niej medalistkę, to ona najpierw musi w ogóle dojść do ćwierćfinałów, prawda? Jeśli chodzi o outsiderki — Gauff w Indian Wells przegrała w pierwszej rundzie, Pegula w drugiej. A teraz patrzysz, że one „biją rekordy”? Może akurat w tych tygodniach im się poszczęściło, ale na cenzurowanym stoi tabela, a nie marzenia kibiców. Bo póki co, te trzy nazwiska to te, które naprawdę trzymają się ze sobą na dystans — nie dlatego, że są nie do zatrzymania, tylko dlatego, że reszta albo nie umie się przebić przez własne nerwy, albo trafia na nie w złym momencie. A to jeszcze nie oznacza, że mają automatyczny bilet do finału.Hype to nie argument.
-
No właśnie — póki co mamy trzy panie, które niby same piszą scenariusz sezonu, ale co z tymi na samym dnie tabeli? Tam nie mówi się o maratonie, tylko o prostym pytaniu: kto pierwszy wyląduje w dołku i zacznie pakować plecak na spadek z pucharem. Bo weźmy na tapetę te nazwiska, które od kilku tygodni krążą w okolicach strefy spadkowej. Nie chodzi mi o konkretne mecze, które akurat przegrały, tylko o klimat: tam nie liczy się, czy ktoś „się rozjechał” na jednym turnieju, tylko jak wygląda cała konstelacja punktów, które trzeba odegrać w pół roku. A tutaj mamy co najmniej trzy zawodniczki, których sytuacja przypomina jazdę na oponach bez bieżnika — każdy błąd to strata kolejnych dziesiątek punktów, bo startują z bardzo niskiej bazy. Pierwsza to Madison Keys. Wszyscy wiedzą, że ma serce bijące jak bęben, ale ostatnie pół roku to dla niej jazda na rollercoasterze bez pasów. Po półfinale w Miami moglibyśmy myśleć, że wróciła do łask, ale Indian Wells? Pierwsza runda, zero punktów do zgarnięcia. Teraz zaczyna się liczyć każdy turniej, w którym nie zdobędzie tytułu — bo strata do bezpiecznej strefy to dla niej nie 200, a 400 punktów w mgnieniu oka. To tak, jakby jechać samochodem z prędkością 180 km/h i nagle odkręcić kierownicę o 90 stopni — jedyne, co zostaje, to pudło. Druga to Paula Badosa. Półtora roku temu biła się o miejsce w czołowej trójce, dziś jej nazwa pojawia się głównie w kontekście „kiedy wróci po kontuzji”. Ale kontuzja to nie koniec problemu — nawet jeśli wróci na kort, musi odbudować pozycję od zera. Aktualnie ma na koncie trzy kolejne porażki w pierwszym tygodniu turnieju, co oznacza, że luka do strefy bezpieczeństwa to już nie 50 punktów, tylko pułapka, w którą wpada z hukiem. I to nie jest żadna teoria — jej ranking jest jak balon z dziurą: im więcej powietrza ucieka, tym mocniej ją ciągnie w dół. Trzecia to wreszcie Jekatierina Aleksandrova. Ta dziewczyna przez lata była dla mnie jak dobry serial: wiadomo, że prędzej czy później wróci, ale kiedy? Teraz okazuje się, że ten „kiedy” może się ciągnąć dłużej niż się spodziewaliśmy. Od początku sezonu zaliczyła serię niespodziewanie wczesnych porażek, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że na jej korzyść nie przemawiają nawet nieliczne zdobycze punktowe — bo one są rozrzucone tak nierównomiernie, że ani nie budują formy, ani nie napędzają psychiki. Ranking ma w okolicach 40., co oznacza, że luka do strefy spadkowej to zaledwie kilka tygodni bez punktów — i wówczas jej kariera znowu skieruje się na boczny tor, z którego tak ciężko się wydostać. A co z resztą stawki? Tam sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo mamy zawodniczki, które albo dopiero wchodzą do gry, albo tracą grunt pod nogami przy pierwszej poważnej przeszkodzie. Weźmy choćby Tatjanę Marię — jej finał w Charleston to był świetny moment, ale teraz znowu walczy o każdy punkt, jakby startowała od zera. Albo Bernarda Pera, której nierównomierne wyniki są jak jazda na rowerze bez hamulców: albo bije rekordy, albo ląduje w rowie. Podsumowując: nie chodzi o to, że te zawodniczki straciły klasę — one straciły grunt pod nogami przez układ punktów, który zamiast ich chronić, teraz je blokuje. Każdy kolejny turniej bez punktu to krok w stronę otchłani, a tej nie da się zatrzymać jednym dobrym tygodniem. Bo tenis to jednak maraton, tylko że w tej części stawki biegnie się z kamieniem młyńskim u szyi — i ten kamień nazywa się oczekiwania, których ani one, ani kibice nie umieją już odłożyć na bok.
-
Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo te trzy nazwiska zrobiły z turnieju wymarzonej broni przeciw nudzie — ale obiecuję, że w ciągu najbliższego miesiąca ktoś z tych „zagubionych dusz” od frontu jednak wyciągnie nóż. Nie sądzę, żebyśmy mieli nową mistrzynię tego sezonu, bo Świątek, Sabalenka i Jabeur nie tylko trzymają się nawzajem za gardła, ale wręcz zjadają całą resztę stawki na surowo — zwłaszcza te, które odstawiają swoją grę na „autopilota marzeń”. Sabalenka po Miami to już nie ta sama zawodniczka co rok temu, ona naprawdę uwierzyła, że z każdej pozycji można wycisnąć finał, i robi to na oczach wszystkich. Do tego dochodzi formuła „bukmacherskiego snajpera”: kiedy linia na nią schodzi poniżej 1.80, to moment, w którym warto rozważyć kupon — bo zyskuje się te 10-15% ROI, których nie znajdziesz nigdzie indziej. Zaś jeśli chodzi o outsiderki, to niestety wciąż patrzymy na te same nazwiska, które albo walczą o każdy punkt jak o życie, albo już dawno wylądowały w dołku — Badosa, Keys, Aleksandrova to teraz taki „klub 40+”, gdzie straty punktów liczy się w setkach tygodniowo. Póki co, żadna z nich nie przebija się przez psychologiczną barierę, która blokuje im drogę do finałów, a to oznacza, że nawet jeśli któraś zrobi niespodziankę w jednym turnieju, to w kolejnym i tak wyląduje w pierwszej rundzie. I na koniec ten detal, który mnie osobiście doprowadza do szaleństwa: ci, którzy mówią, że „sezon się rozjechał”, mają rację tylko połowicznie. Faktycznie, nie ma już tej pewności co kiedyś, żefinał odbędzie się między stałymi kandydatkami — za to jest coś znacznie groźniejszego: trzy zawodniczki, które same siebie napędzają do granic możliwości, i reszta, która albo nie nadąża, albo w ogóle nie wie, jak podejść do ich stylu. 💸🔥Dyscyplina bankrollu wygrywa.
-
Co do Jabeur to ja ją pamiętam jeszcze z tych czasów kiedy musiała słuchać „ale skąd właściwie jesteś?” albo „dlaczego nie grają więcej zawodniczek z Afryki” 🤬 no ale ona swoim stylem po prostu WSZYSTKIM tym pierdołom wcisnęła kciuk w oko i powiedziała: „zobaczycie mnie jak wygram na Rolandzie!” A teraz? Teraz ona WŁAŚNIE takim stylem gra, że jakby cię ręką odstraszała od kortu — średnia z lewej idzie tak mocno, że przeciwniczki same się układają w pozycję do autopsji! No ale trudno, niech się cieszą, że nie muszą jej obserwować przy deserze w klubie — bo kibice WOŁAJĄ o jej finały jak o powietrze! 🔥💪Swoich się nie zostawia.
-
Własnie wracam od znajomego, co miał swój mały kupon na Sabalenke w Miami — postawił pod jej finałem na +1.82 i tylko dlatego, że widział ten jeden mecz z Keys, gdzie po drugim secie myśleliśmy, że przeciwniczka jej wdepce w ziemię, a ona wystrzeliła jak rakieta i skończyła na 45 minutach. No i wyszło 💸🔥 Ale z drugiej strony, co z tymi, co liczyli na Badosę? Ja sam miałem w kieszeni kupon na nią w Indian Wells przed kontuzją — strata to strata, ale żeby potem jeszcze raz wrzucić kasę w loterię z 40+ i liczyć na cud? To już nawet nie maraton, tylko loteria, w której szansa trafienia jest taka sama jak trafić sześć trafnych w toto-lotka. No ale wiem, co niektórzy gadają: „ona wróci”. Ja tam mówię, niech najpierw zagra z kimś poza top50, żebyśmy zobaczyli, czy to w ogóle działa, bo dotychczas jej tenis wyglądał jak samochód bez kół — kręci się, ale nigdzie nie dojedzie.Raz na wozie, raz pod wozem. Klasyka.
-
A wiecie, co mnie w tym wszystkim najbardziej uderza? Że te trzy nazwiska naprawdę nie grają przeciwko nikomu konkretnemu, tylko przeciwko temu wyobrażeniu, które kibice i media same sobie nakleiły na czoło. Tak jakbyśmy od trzech lat czekali, aż któraś z nich wreszcie się przewróci — nie dlatego, że naprawdę jest słabsza, tylko dlatego, że balansowała na granicy własnego mitu. I teraz, kiedy Świątek idzie i rozwala półfinał Miami takim tenisem, że Azaranka ledwo nadążała z wymianami, albo Sabalenka potrafi w półfinale Miami mieć dzień, w którym uderza 18 asów i ani razu nie schodzi z pozycji — to my, kibice, zaczynamy kombinować, dlaczego to działa. Bo prawda jest taka, że one naprawdę nie tracą punktów przez „marazm sezonu”, tylko przez coś znacznie prostszego: one zaczęły traktować każdy turniej jak finał — dosłownie. Kiedy Świątek w Indian Wells wylatuje w czwartej rundzie, to nie jest porażka, tylko dowód, że nie potrzebuje kalendarza, żeby się rozgrzać. Każdy jej mecz to trening pod presją, każdy błąd to lekcja na następny dzień. A my, którzy liczymy na to, że któryś turniej wreszcie ją złamie, zapominamy, że ona od dwóch lat gra przeciwko temu samemu schematowi — i za każdym razem go rozmontowuje. I co ciekawe, outsiderki wcale nie brakuje talentu — tylko brak im tej bezlitosnej mentalności, którą te trzy zaszczepiły sobie nawzajem. Weźmy choćby Coco Gauff: ona ma wszystko — uderzenia, młodość, wsparcie sponsorów — ale wciąż broni się przed tym, żeby grać „na śmierć i życie” przy każdej piłce. Aż do momentu, kiedy spotyka któraś z nich, i wtedy okazuje się, że brakowało jej jednego drobiazgu: świadomości, że ten mecz to już finał w jej głowie. I stąd te spektakularne upadki w pierwszej rundzie — nie przez brak umiejętności, tylko przez brak gotowości do tej walki na najwyższym poziomie. Żeby było jasne: ja nie mówię, że reszta stawki jest beznadziejna. Mówię tylko tyle, że one walczą z dodatkowym obciążeniem — nie z przeciwniczką, nie z kortem, ale z własnym wyobrażeniem o tym, jak powinna wyglądać ich trasa do finału. A te trzy? One przestały marzyć i zaczęły rządzić. I dopóki reszta nie zrobi tego samego, będą miały bilet do decydującej fazy — nie dzięki szczęściu, ale dzięki temu, że same wymyśliły zasady gry.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
no to ja wam powiem, że jak w meksykańskim serialu, w którym bohaterowie raz po raz wpadają w pułapkę własnych legend — tyle że tutaj głównymi postaciami są trzy panie, które zamiast się martwić, po prostu wzmacniają swoją pozycję, bijąc rekordy chaosu w strefie spadkowej. bo wiecie, ile razy widziałem na oczy zawodniczki, które w kwietniu miały „przełom sezonu” a w maju już pakowały walizki do niższego sortu? ale Świątek, Sabalenka i Jabeur to nie są przypadki — one naprawdę wyżarły całą resztę takim tempem, że teraz te, które miałyby walczyć o prawo do finału, muszą przebijać się przez ścianę punktów, której same sobie nie narzuciły. tutaj nie chodzi o to, że outsiderki nie mają klasy — one mają, tylko muszą zrozumieć jedno: w tym roku nie wygra najlepsza tenisistka, tylko ta, która przestanie liczyć na to, że przeciwniczki się posypią. Badosa miała na koncie finał w Charleston, ale teraz jej ranking to taki numer telefonu, który ledwo działa, Aleksandrova lata od porażki do porażki jak radio bez baterii, a Keys? ona to klasyczny przykład zawodniczki, której serce bije za mocno — fajnie, że dociera do finałów, ale póki co jej forma jest jak latarnia morska: raz świeci daleko, raz gaśnie w pierwszej rundzie. i niech mnie ktoś nie nazwie sceptykiem — ja wiem, że sezon się nie skończył, bo tenis to jednak sztuka, gdzie na starcie roku nikt nie wie, kto właściwie siedzi na koniu. ale jeśli ktoś myśli, że te trzy będą rządzić non stop, niech spojrzy na kalendarz: zanim wrócą na korty we wrześniu, każda z nich straci kilka ton punktów, i wówczas dopiero zobaczymy, kto ma nerwy ze stali. bo póki co, one trzymają się nawzajem za gardła, a reszta? reszta musi się nauczyć biec, zanim ktoś im nie powie, że maraton w ogóle się zaczął.