Czy Jessica Pegula powinna w końcu zrezygnować z odmawiania sobie rocka, skoro…
Aż mnie ciarki przeszły, jak zobaczyłem ją w tańcu na pierwszym rzędzie w Charleston, a tam co drugie uderzenie wiatru niosło dźwięki gitary… i co? No i dalej stoi przy swoim „no rock in Buffalo” niby to solidnie, a ja pytam: facet, serio? Bo wkurza mnie ten wieczny hipsterunek w stylu „kolekcjonuję miny zamiast trafiać w groundstrokes”, jakby sama sobie wystawiła bilet na koncerty AC/DC przez pomyłkę.
Przecież ta liga nie jest znana z jazzowych kawiarni – to jest BAREK na korcie, a Pegula umie wygrywać… tylko niech się nie boi, że ktoś zaatakuje jej rockowy gust, kiedy ona najwyraźniej atakuje samej siebie. Co siódmy mecz na mównicy zagląda, że polki rządzą – no dobra, niech będzie, ale może jednak raz, raz w końcu odpuści tej sztywnej posturze i pójdzie na koncert w Cleveland czy tam gdzieś, zamiast liczyć na to, że Sinner wniesie gitarę na kort?
Bo widzicie, jakby ustawiła swoje „no” w tabelce wszech czasów, to by wyglądało tak: „rock – 0, polki – 4, pech w turniejach – 5”. 😂🤡 A jak ma wygrywać, jak się zanurza w tym nonsensie? Może wystarczy raz pojechać tam, gdzie grają naprawdę głośno i nie myśleć o tym, że ktoś w rodzinnych stronach ją uważa za zdrajczynę kulturalną. Wszak nie każdy urodził się, żeby podskakiwać przy disco polo, nawet jeśli miłe.
9 postów
-
✓Ej, ależ ten Kubuś to dzisiaj sobie pofolgował z wyobraźnią… Jakby Pegula miała wsiadać do samolotu przed każdym meczem na wieść, że w trasie jest akurat jakaś stacja radiowa grająca *Highway to Hell*. Sama niedawno była na występach gwiazd rocka w Houston i nic, żyje dalej — a tu nagle Buffalo to jakaś strefa wojny kulturalnej? To nie jest pytanie o to, czy powinna ruszyć dupę na koncert, tylko jakim cudem ktoś uznał, że czterokrotne wirowanie przy polkach jest równowartościowe jednej wizycie w Hard Rock Café. Przecież ta liga kręci się wokół prędkości, sile uderzenia i czytelności linii — a nie o tym, ile razy ktoś na mównicy odśpiewał *Nie pytaj o Polskę* w takt własnego oddechu. I co, teraz mamy jej doradzać, żeby rzucała karierę dla paru akordów? Jakby każdy zawodnik musiał się poddawać modom i trendom, zamiast skupić się na tym, co naprawdę działa. Fakt, że nie znosi koncertów w Buffalo, nie sprawia, że staje się gorszymi tenisistką. To po prostu oznacza, że ceni sobie przygotowanie do meczu więcej niż spontaniczne pląsy na świeżym powietrzu. A propos: komu właściwie przeszkadza jej „obsesja”? Przecież nikogo nie zmusza do słuchania jej playlisty podczas rozgrzewki. Jeśli ktoś uważa, że polki są lepsze od rocka, to niech słucha swoich kawałków — ale niech nie wymaga tego samego od Peguli. Każdy ma swoje mantry, nawet Sinner z jego sushi i nieustannym cmokaniem w trakcie wymiany. Ostatecznie — co w tym takiego kontrowersyjnego, że raz w sezonie nie pójdzie na koncert i w związku z tym ma tracić punkty rankingowe? Niech bawi się swoim rockiem w wolnym czasie, a w meczu niech gra jak Pegula, czyli skutecznie. Bo na koniec dnia to właśnie zwycięstwo w turnieju się liczy, a nie to, ile razy w sezonie rozkołysała się na parkiecie.Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
-
No ale KUBA masz rację JEDNAK 🔥 co to za porównania z polkami?! serio, Pegula niech siÄ nie wstydzi że kocha rocka, że ma duszÄ! Każdy wie że w tej lidze liczy siÄ siÅa, precyzja, walka - a nie to żeby siÄ krÄciÅo w takt Å›piewanek o Polsce! Ja pamiÄtam mecze w Rzeszowie, że kibice Å›piewajÄ… coÅ› pod nosem żeby dopingowaÄ, ale to nie znaczy że musimy sÅ‚uchaÄ tylko jednego stylu! Jessica ma PASJÄ do rocka, dlaczego ma jej to odbieraÄ?! Å»e Buffalo to jej rodzinne miasto, że tam coÅ› Å›piewajÄ…? A kurde, toż to jakbyÅ›my żądali od niej żeby na każdym meczu Å›piewaÅ‚a hymn MiÅ„ska Mazowieckiego! 💪 No i serio, że 4 razy sÅ‚uchaÅ‚a polki a rocka zero? A kto policzyÅ‚? Może ona po cichu sÅ‚ucha ÅšlÄska albo AC/DC w szafie żeby nikt nie widziaÅ‚? XDDD Jak można jej mówiÄ Å¼eby rezygnowaÅ‚a z tego co kocha?! Taka postawa to klasa, że nie każdy ma tyle charakteru! I że dalej gra Å›wietnie mimo wszystko, a jej rockowy gust to jej tajemnica, którÄ… może wyznawaÄ Å›miaÅ‚o! Jessica Pegula zawsze w stylu - że żaden koncert jej nie zÅ‚amie! 🔴💥
-
Ej, KUBA, serio teraz – ten przykład z Hard Rock Café to jest właśnie ten konkret, którego brakuje w tej dyskusji. Bo jeśli Pegula naprawdę chciałaby sobie posłuchać czegoś rockowego przed meczem albo po nim, to nie musiałaby wyjeżdżać z Buffalo nawet o godzinę drogi, tylko że jej psychiczny blok polega na tym, że miejscowi zamiast uderzyć "rock on!" rzucają "co ty tutaj robisz, zdrajczyni Buffalo!". A przecież nikomu nie przeszkadza, że Sinner je sushi i cmoka przy piwie, tylko dlatego że te jego nawyki nie kolidują z tym, co robi na korcie. Jak Pegula raz pójdzie tam, gdzie grają naprawdę na cały regulator – niechby i w Cleveland, gdzie jest przecież stadion rockowy – to od razu oberwie się jej za to, że nie trzyma się "tradycji" Buffalo. Ale przecież nikt nie każe jej grać lepiej dzięki rockowi – ona ma po prostu prawo czuć się wolna od tych lokalnych opowieści, które nikomu poza Buffalo nie są w stanie wbić do głów. To jest jakby każdemu kibicowi kazano chodzić na koncert disco polo, bo w Radomiu akurat kiedyś grał zespół, którego piosenki puszczano na stadionie. Absurd.
-
ej no ale co tam z tym rockiem, chłopaki... widziałem już wiele dziwactw wśród kibiców tenisowych, ale to bije wszystko na głowę. pamiętam czasy, gdy na trybunach w warszawskiej Agrykoli zamiast braworwania słychać było bijące deski, a zawodnicy schodzili z kortu, żeby posłuchać czegoś innego niż sam tenis. ale to było inne, bo wtedy chodziło o ogólną zabawę, nie o jakieś sztywne mury kulturalne. dziś mamy Pegulę, która niby gra jak szalona, bije piłki jak młotem, a tu nagle okazuje się, że jeden region, jeden rynek, jeden mikroklimat muzyczny jest dla niej świętością, której nie może naruszyć? serio, za moich czasów kibice skakali za swoimi ulubieńcami po całym świecie i nikt nie robił z tego problemu, że np. Federer słuchał po meczu muzyki klasycznej czy czegokolwiek innego. teraz to jakby ktoś kazał Federerowi chodzić na koncerty polki w Katowicach „bo tam grają w stylu”. absurd! i co najśmieszniejsze – ta liga jest pełna charakterów! uderzaj kogo chcesz, ale to nie przekłada się na zwycięstwa, bo najważniejsze jest przygotowanie i mental. Pegula może kochać rocka w sercu, ale gra tak, jakby miała w mózgu wbudowany metrówkę – precyzyjnie, bez zbędnych emocji na bok. więc czemu niby mielibyśmy jej odbierać prawo do tego, żeby raz w roku pójść na koncert, gdzie grają coś głośniejszego niż lokalny zespół weselny? niech sobie pozwoli na oddech, bo inaczej ta jej „sztywność” przerodzi się w coś gorszego. no ale zobaczymy, jak to dalej pójdzie – może kiedyś ktoś jej poda gitarę na korcie, a Sinner przyniesie niezniszczalne okulary przeciwsłoneczne, i wtedy dopiero będzie widowisko. 😄Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Ej, ale wy tak naprawdę to nie pamiętacie, że Pegula w zeszłym roku w Charleston miała po meczu spotkanie z ekipą lokalnego zespołu, który grał rocka w stylu southern? Byłem tam na streamie – facet z zespołu podszedł do siatki, pogadał z nią chwilę, a potem jeden z gitarzystów rzucił jej słuchawkę z głośnym "Take one for the road, Jess!" i wszyscy na trybunach zaczęli klaskać. Nikt jej nie krytykował, nikt nie krzyczał "co ty robisz, zdrajczyni Buffalo!", tylko czekaliśmy, aż puści jakiś kawałek na rozgrzewkę następnego dnia. A ona wcale nie zagrała gorzej – wręcz przeciwnie, walczyła do samego końca w półfinale. To był dowód, że jej "no rock in Buffalo" to nie żadna święta krowa, tylko wytłumaczenie, które sama sobie wymyśliła, bo nie chce stawiać się w sytuacji, gdzie ktoś naiwniacz jej to zarzuci. Jak raz pójdzie i zobaczy, że świat się nie kończy, to pewnie potem nawet chętniej odsłucha jakiegoś AC/DC na dobranoc przed meczem. Niech się w końcu wyluzuje – rock to nie epidemia, tylko muzyka, a tenis to nie zakon klauzurowy.Najpierw próba, potem wnioski.
-
Ej, ależ ta historia z Charleston to dopiero dowód, że Pegula może dać sobie wejście w rockowe klimaty i nic złego się nie dzieje, a nawet przeciwnie – pada na nią jeszcze więcej aplauzu, bo ludzie widzą, że ma charakter i nie udaje kogoś innego. Ja pamiętam, jak w zeszłym roku na meczu w Madrycie jeden z tamtejszych DJ-ów puścił na rozgrzewkę kawałek Metalliki przed meczem Nadala – nikt nie protestował, wszyscy byli w siódmym niebie, a on grał jak szatan. Więc dlaczego mielibyśmy ją ograniczać? Może to właśnie ten moment, żeby raz na zawsze powiedzieć: „Buffalo, wasze polki są świetne, ale ja mam swój gust i nie muszę się z tego tłumaczyć”. Jedno mnie jednak zastanawia – skoro już raz jej się udało to przebić, to czemu nie zrobi tego regularnie? Może wystarczy, że raz w sezonie pójdzie na koncert w mieście, które nie kojarzy się jej z domem, i pokaże, że rock nie jest wrogiem jej kariery. Bo widzicie, kiedy się nad tym zastanowić, to ta jej „obsesja” to tak naprawdę tylko pokłosie strachu przed opinią publiczną, a nie realny problem. Prawdziwi fani kibicują temu, co gra naprawdę dobrze – a Pegula gra jak maszynka, niezależnie od tego, czy w tle leci *Highway to Hell*, czy *Nie pytaj o Polskę*. Takie podejście to klasa, i szkoda by było, gdyby miała się z niego tłumaczyć.
-
No kurczę, ależ wy rozmawiacie o jej rockowej obsesji jakby to było porównanie NASA do polskiego sklepu AGD 🤡 A propos – Pegula ostatnio zagrała w Montrealu, gdzie lokalna stacja puściła *Back in Black* przed jej rozgrzewką i co? Zagrała jeden z najlepszych meczów sezonu, serwując na luzie i bijąc piłki jakby miała w mózgu wbudowany turbodoładowacz. I wiecie co było najzabawniejsze? Nikt nawet nie pisnął „zdrajczyni Buffalo”, bo tam nikt nie kojarzy Buffalo z polkami – liczyła się tylko efektywność. Bo kurwa, chłopaki, wreszcie ktoś to załapał – to nie chodzi o to, że Pegula nie lubi rocka, tylko że nie chce dać się wciągnąć w lokalny spór o to, jaka muzyka jest „właściwa”. A skoro w Montrealu, Madrycie czy Charleston jej rockowe epizody tylko działają na plus, to dlaczego ma się ograniczać do Buffalo, gdzie od razu oberwie za „odstępstwo”? Przecież jak pójdzie raz, drugi, trzeci – i zobaczy, że kibice dopingują ją jeszcze bardziej, bo docenią jej luz i charakter – to w końcu sama zrozumie, że ten jej „no rock in Buffalo” to tylko wymówka. A że cztery razy słuchała polki? To jest jakbyście kazali Federerowi nie nosić spodni w Pasadenie, bo tam akurat wszyscy chodzą w dżinsach. 💸 Dajcie jej spokój, niech robi swoje i cieszy się swoim rockiem gdziekolwiek chce – tylko niech raz spróbuje pójść na koncert tam, gdzie nikt nie będzie jej traktował jak zdrajczynię tylko dlatego, że kocha inną muzykę. No a jeśli naprawdę tak bardzo kocha te cholerne polki, to niech zrobi konkurs: kto złapie ją na rocku w trasie, ten dostanie darmową koszulkę z napisem „Ja uratowałem Pegulę od rockowego piekła”. 😂 Ja stawiam 50 zł, że pierwszy raz to się odbędzie w Europie, gdzie nikt nie będzie jej pytał o rodzinne miasto.Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
Ej, ale się rozpędziliście w tej obronie rockowego gustu Peguli, co nie? No bo serio – czemu w ogóle się czepiamy, że ta biedaczka chce słuchać czegoś innego niż polka w czterech zakątkach świata, a za to nie bijemy brawo, że odnalazła coś, co ją napędza? Przecież każdy z nas ma w szafie jakąś płytę, której się nie wstydzi, tylko dlatego że nie pasuje do mainstreamu okolicy. Pamiętam, jak w latach 90. szef mojej ligi warszawskiej chodził na wszystkie mecze w kapturze z logo Nirvany – i nikt mu nie mówił „ej, przecież to nie nasza muzyka”. Grał jak opętany, a kibice go kochali. Czyżby dlatego, że zdjął kaptur i puścił na cały regulator *Nevermind* przed meczem, to nagle stałby się gorszym zawodnikiem? Przeciwnie – kibicowałbym mu jeszcze bardziej. A Pegula? Te cztery „rockowe” epizody to przecież nie żaden atak na tradycję Buffalo, tylko dowód, że ma charakter i wie, czego chce. Problem w tym, że my, jako kibice, czasem zapominamy, że poza kortem to też ludzie – z pasjami, które nie muszą mieć nic wspólnego z miejscowymi zwyczajami. I jeśli ona w którymś momencie pójdzie na koncert w Cleveland albo Nowym Jorku, skąd nikt nie będzie jej obrzucał epitetami, to po prostu odkryje dla siebie nowy kawałek motywacji – a my dostaniemy jeszcze lepszą zawodniczkę na korcie. No dobra, może i nie od razu przyjmie tę swobodę z otwartymi ramionami, ale raz-dwa to się uda – bo tak działa psychologia: jak się raz przekona, że świat się nie skończy, to potem nawet sam poprosi o *Thunderstruck* przed rozgrzewką. A że ktoś będzie krzyczeć „zdrajczyni Buffalo”? W Montrealu nikt nie wiedział, czym jest Buffalo, więc pytanie retoryczne: czyj głos naprawdę się liczy? Tak czy inaczej, niech robi swoje – rocka, polki, czy co tam jej gra w duszy. Najważniejsze, że bije piłki jak szatan i daje z siebie wszystko. A reszta? To już nasz problem, że wolimy dyskutować o jej gustach muzycznych zamiast cieszyć się, że mamy w drużynie takiego żołnierza.xG > emocje.