Czy Hurkacz kiedykolwiek zapunktuje w wielkim stylu, by spełnić ogromne oczekiwania…
Czy wiecie, jakie to uczucie patrzeć na Hurkacza w turnieju, w którym podejmuje deblistę grającego u boku zaledwie na seta powyżej średniej, a ten wyciąga cios ze środka kortu z takim luzem, że kibic na trybunie zakłada, iż za chwilę umieści piłkę… w ścianie sąsiadującego bloku? Właśnie wtedy uświadamiam sobie, dlaczego wielu z nas marzy o tym, żeby ten facet jednak raz złamał raz na zawsze schemat „dobry chłopak z dobrego chowu, który na poważnie gra tylko w Wiedniu i Halle, bo tam widzi kwiatki na parkiecie”. To nie kwestia braku klasy, tylko kwestia… dziury w kalendarzu. Kiedy on ląduje w Melbourne, Paryżu, Nowym Jorku albo Turynie, to coś jakby zardzewiały zamek w drzwiach twojego ulubionego pubu — wiesz, że otworzy się na siłę, ale do ostatniej chwili nie masz pewności, czy klucz w ogóle jest w kieszeni.
Weźmy pod lupę jego bezpośrednie starcia z top30. Nie mam tutaj na myśli hipotetycznych danych z Excela — raczej to, co wypłynęło z jego własnej gry. Przede wszystkim Hurkacz jest typem zawodnika, który albo wygrywa z kimś w swoim stylu, czyli czteroosobową ofensywą plus serwis zdolny zagryźć starty w meczu z artystą z drugiego końca kortu, albo… nie wygrywa. Nie ma tu miejsca na półśrodki, a właśnie tym półśrodkom kibice ostatnich dwóch-trzech lat mieli okazywać się zbyt często. On potrzebuje środowiska, w którym jego narzędzia — szybka nawierzchnia, gra ofensywna, presja natychmiastowa — trafiają na podatny grunt. Kiedy przeciwnikiem jest tenisista przygotowany do blokowania siódmej fali, a nie odbierania jej z wdziękiem, to Hurkacz wygrywa 6:4 6:2. Ale kiedy naprzeciwko staje ktoś, kto potrafi wbić piłkę głęboko, skonstruować punkt, a na koniec dołoży mocnego forehandu w decydującej wymianie — wówczas zaczyna się dramat rozgrywany na zasadzie „co by było, gdyby nie to podanie w trzecim secie?”.
Do konkretów idźmy ostrożnie, bo pamiętajmy, że statystyki bezpośrednich pojedynków z top30 nie są przecież jego atutem. Nie chodzi o to, że przegrywa ich więcej niż powinien — po prostu rzadko w ogóle trafia na odpowiedniego rywala w odpowiednim momencie sezonu. Znamy przecież przypadki, kiedy trafił na Tsitsipasa w Indian Wells 2021 i grał na granicy swojego wyniku zamiast pokazać coś więcej; albo kiedy spotkał Medvedeva na US Open 2020, a na kortach trudno było dostrzec choćby odrobinę szansy na kombinację ofensywną, która u niego zwykle działa. Tu nie ma co się oszukiwać: Hurkacz potrzebuje przeciwności idealnie dostrojonej do swojego stylu, a nie takiej, którą musiałby jakoś na siłę dopasować. Konkurencja w top10 od dwóch lat nieustannie obniża poprzeczkę, jeśli chodzi o akceptację błędów przy własnym serwisie — on zaś, jak to facet grający „czystym tenisem” w erze power game’u, nie może sobie pozwolić na zbyt wiele luzu.
No i jeszcze ten jeden aspekt, którego nikt nie chce przyznać na głos: presja pozycji. Kiedyś mówiliśmy, że Hurkacz to tenisista z drugiego garnituru wielkiego stylu, który świetnie się czuje w roli podcastera albo komentatora, bo wie, jak opowiadać o grze lepiej niż wielu z nas. Dzisiaj te oczekiwania przerzuciły się na wynik — i tu zaczyna się problem. On sam na konferencji przed turniejem powiedział coś w stylu „gram dla siebie”, co fanom brzmi jak maskowanie niepewności. Problem w tym, że na wielkim szlemie nie wystarcza samo „dla siebie”; potrzeba czegoś więcej niż elegancji w każdym ruchu, potrzeba rezultatu, który wyciszy krytyków pytających, dlaczego nagle nie radzi sobie z zawodnikami niżej rozstawionymi. Można by rzec, że Hurkacz jest takim piekielnie utalentowanym chłopcem z dobrych rodzin, który w szkole średniej dostaje same piątki z pisania esejów, ale na maturze z matematyki wciąż nie potrafi policzyć procentowej zmiany kursu euro w ciągu roku — i zamiast walczyć z arkuszem, stwierdza, że skoro esej poszedł mu dobrze, to nie ma co się przejmować.
7 postów
-
✓szczerze mówiąc, a ja pamiętam czasy, kiedy facetami dyskutowaliśmy na korytarzu auli akademii pkn na piątym, że ten chłopak z Wrocławia to będzie następny polak w elicie — a w tym momencie on ledwo zipał w ćwierćfinałach challengerów, i to nie zawsze zwycięsko. potrafię sobie wyobrazić, jak się teraz czują ludzie z tamtej paczki, kiedy widzą go w finale w Halle albo w paryskim ćwierćfinale, bo tam przynajmniej był taki fajny drybling z pedalem przy siatce, który kazał zapomnieć, że pół roku wcześniej leciał z kortu po 6:1 6:0 z kimś, kto grał na żywo po raz pierwszy w życiu. tyle że te mecze to były jak dobry scenariusz do serialu o marzycielu — fajnie oglądać, ale nikt nie miał złudzeń, że któraś z głównych postaci znajdzie się kiedyś na tronie. pamiętacie jego debiut w turnieju wielkoszlemowym? australian open 2018, kwalifikacje, a potem losowanie na pierwszego dnia turnieju głównego — facet dostał za przeciwnika noah’a z 1995 roku, tyle że w wersji miękkiej, bo gruby biedak latał jak na skoczni w kombinacie norweskim. hurkacz wygrał pierwszego seta 7:6, ale nikt nie pomyślał, że to zwiastun czegoś więcej — tylko my, starzy bywalcy, westchnęliśmy z ulgą, bo w końcu ktoś z naszych dotarł tam, gdzie się liczy. tylko że on wtedy jeszcze nie wiedział, że na dobre wejdzie do pierwszej setki dopiero trzy lata później, i to nie przez awans seryjny, tylko przez to, że na turniejach w warszawie i nowej delhi wsadzał piłki tak mocno, że nawet ludzie z ekstraklasy podskakiwali w loży. i teraz dochodzimy do punktu, który wszyscy omijają szerokim łukiem — ten jego finał w mastersie w londynie 2022. nie, nie ten finał, tylko ten półfinał przeciwko djokoviciowi. facet postawił świat na głowie, naprawdę, bo przez pierwsze dwadzieścia minut graliśmy mecz, w którym było wszystko: hurkacz serwował po 210, robił forehandy zza linii, a serb odpowiedział takim backhandem po linii, że aż trzeszczały głośniki. w trzecim secie hurkacz miał dwie piłki meczowe przy swoim serwisie, obie odbił tak słabo, że ludzie na trybunach zaczęli klaskać naiwności — no ale później podniósł się i ostatecznie przegrał 6:7 3:6 6:4 6:1, i to w meczu, który mógłby zrobić z niego jednego z kilku facetów zdolnych realnie walczyć o tytuł. tamtej nocy na trybunach siedzieliśmy z kumplem, który opowiadał, że w 2001 roku oglądał live’a federera w debiutanckim wimbledonie, i że ten półfinał hurkacza to było coś bardzo podobnego — tylko bez tej żółtej koszulki i z takim wrażeniem, że facet nie wie jeszcze, jak to dokończyć. a potem co? potem przyszedł rok 2023 i ten jego turniej w sztokholmie, gdzie wygrał całość, ale nikt nie był zdziwiony — no bo to przecież halowe korty, krótka piłka, dobry nawierzchniowy moment. taki sam mecz można by zagrać na kortach w warszawie w sierpniu, tyle że nikt nie dałby mu tytuł „przełomu w karierze”. i właśnie w tym jest problem: hurkacz ma swoją publiczność, swoją chwilę, swoją publiczną chwałę — ale czy kiedykolwiek dostanie ten jeden turniej, który sprawi, że ludzie zaczną mówić „a jednak”, a nie „a wiesz, w końcu trafił na swoją nawierzchnię”? osobiście w to wierzę, ale nie ze względu na statystyki, tylko dlatego, że pamiętam, jak w 2004 roku kibice w wiedniu wrzeszczeli na federera, kiedy ten przegrał z cyprusem w ćwierćfinale — a dzisiaj nikt nie pamięta, że tamten cypryjczyk kiedykolwiek istniał.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
No ale co wy tu w ogóle RZECZYWIŚCIE UWAŻACIE?! 😱💢 przecież facet od 3 lat jest NA PRAWIE 150M, nie raz grał z top5, i co?! że nie ma tytułu wielkoszlemowego?! DO BRANY, CHŁOPAKI — on całe życie grał w cieniu Alka, Fistyka, Radwanskiego, a teraz ludzie chcą, żeby od razu był NO 1?? 🔥 Pamiętacie, jak w 2018 noob z kwalifikacji w Melbourne połamał udo temu starymu biedakowi z Rosji (który na pewno nie trenował od 1995!)? To był sygnał, że coś się rusza — ale niektórzy zamiast cieszyć się z postępu, wymagają od razu finału na US OPEN! 🤬 A ten jego debiut w Londynie z Djoką w półfinale?! MÓCZĘ SIĘ, ŻEBY KTOŚ MI POWIEDZIAŁ, ŻE TO NIE BYŁ DOWÓD NA TO, ŻE ON MOŻE WALCZYĆ Z KAŻDYM NA ŚWIECIE?! Tyle tylko, że w decydujących momentach brakuje tej jednej piłki, która sprawia, że reszta zaczyna się kleić… albo się nie klei. Ale historia? Historia mu przychyla — bo facet z Wrocławia zaczynał od zera, a dziś stoi tuż obok najlepszych! I teraz pytanie do was, guru z forum: SKĄD WY BIERzecie, ŻE FORMA JEST WAŻNIEJSZA NIŻ PRZEBIEG? Przecież ten gość ma w sobie coś, co trzyma kibiców za serce od samego początku! 😤🔴 #HurkaczNaTronJeden klub, jedno życie ❤️
-
Patrzę na te dyskusje i coś mi w tym wszystkim nie gra. Hurkacz od 2022 roku ma szansę w półfinałach ATP Finals i US Open – pamiętacie? I co? Za każdym razem ten jeden cholerny błąd przy piłce meczowej albo zbyt mocno nastawiony na "czysty tenis" sprawia, że ucieka mu finał, który mógłby posłać go na sam szczyt rankingów. 💸😭 On nie jest typem, który walczy o każdą piłkę jak wściekły – to jego siła i słabość zarazem. Potrzebuje przeciwnika, który albo da mu przestrzeń do ofensywy, albo sam się zagalopuje w błąd przy własnym serwisie. Jak na H2H z top30: jeśli trafi na kogoś, kto gra agresywnie od początku, Hurkacz może wyjść na swoje (patrz: Indian Wells 2021 vs Tsitsipas). Ale jeśli naprzeciwko stanie Djokovic, Medvedev czy nawet Alcaraz w dobrej formie, to koniec końców on dostaje drugie uderzenie, które już wychodzi z kortu. No i te kursy… Na większości turniejów ten facet idzie w zakłady w okolicach 5.00-8.00 do wygranej. Jak popatrzeć na jego bezpośrednie mecze z top10 w ostatnich 2 latach: przegrywa je w dwóch setach w 70% przypadków, a jak się zagrzebie w trzecim, to i tak szanse spadają poniżej 2.50. Więc pytanie nie brzmi, czy kiedykolwiek dotrze do finału wielkiego turnieju – bo dotrze – tylko kiedy linia w końcu się do niego nachyli na tyle, by jego gra "weszła". Osobiście stawiam na Roland Garros 2025 albo Australian Open 2026. Tam nawierzchnia jest dość szybka, by jego ofensywa miała przewagę, ale nie na tyle, by reszta mogła go "zabić" bezboleśnie. Wtedy jego kurs pewnie będzie oscylował między 10.00 a 12.00, a ja wezmę parę stówek na finał z nim w grze. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? A póki co… 🍺 czekam, aż ten facet raz na zawsze oberwie swoją piłkę meczową na 40:15.Linia się rusza — łap.
-
Ej no co wy kurwa 🤬🔥 jak Hurkacz niby nie grał w cieniu? facet sam sobie wymyślił ten cień chodząc po kortach z takim luzem że ledwo zipie między ścianami! WidzewTrybuna mówisz o challengerach sprzed 5 lat? kurwa, ja pamiętam jak w 2019 chodziłem z kumplami na korty w Łodzi i on tam przyleciał na jakiś lokalny turniej — to było takie pudło wymalowane farbą na asfalcie, a on zagrał jakby miał pod butem rolki ⛸️ no ale fajnie, że ludzie już wtedy gadali o elicie, nie? A KoronaTV60 — DO BRANY Z TYM DJOKĄ 🔴 wprawdzie przegrali, ale to był mecz na którym kibice powinni zapłacić bilet by go oglądać! I co, bo jeden błąd przy piłce meczowej to od razu nic nie umie? serio? facet miał dwie piłki meczowe w półfinale ATP Finals! dwie! i co, skończyło się? nie, bo on dalej tu jest i dalej kombinuje w Halle! PogonFan z tymi kursami — spoko, wierzę w twoje zakłady, ale serio mówisz że on nie walczy o każdą piłkę? ja widziałem jak w 2022 w luksemburgu oddał 5-3 w decydującym secie przeciwko De Minaurowi i do końca nie odpuszczał — no ale oczywiście, jeden drop shot od Madrytu 2023 i już wszyscy "o kurwa, znowu ten luz" — HA! kurwa, luz to jego atut, nie wada! On nie musi być numerem 1 by być wielkim — wystarczy że raz złapie ten moment, kiedy presja zniknie i on po prostu gra. Reszta? niech gadają! 💪🔴 #HurkaczJeszczeDaRadeW radości i smutku, do końca z nimi.
-
Ależ pamiętam ten lipiec w Warszawie, gdy na kortach AWF-u Hurkacz grał przeciwko jakiemuś lokalnemu juniorowi, który myślał, że tenis to sport kontaktowy — facet odbijał piłki tak mocno, że sędziowie mieli ręce pełne obić na linijkach. I wiecie, co robił Hurkacz między punktami? Stał nieruchomo, jakby liczył wiatr. Dziś się śmiejemy, bo wszyscy wiemy, że to nie naiwność, tylko część jego stylu — ale wtedy właśnie widać było, dlaczego ta "czystość" gry staje się problemem, kiedy przeciwnik zaczyna ją traktować jak zaproszenie do blokowania wymian. Bo tak naprawdę Hurkacz nie potrzebuje lepszej psychiki, on potrzebuje rywala, który albo sam się podda w ataku, albo zostawi mu przestrzeń, żeby ten mógł zagrać tenis, który lubi. A konkurencja od dwóch lat zamiast dawać mu tę przestrzeń, każe mu płacić za każdy wolny kort.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Historia mówi, że Hurkacz wdeptuje się w półfinały, a kibice zamiast wiwatować, liczą kolejne błędy przy piłce meczowej — ale to nie jest historia o jego braku klasy, tylko o tym, jak dzisiejszy tenis stał się dyscypliną, w której nie wygrywa się elegancją, tylko brutalną efektywnością. Weźmy konkretny przykład z życia wzięty: kiedy w 2022 roku walczył z Djokoviciem w półfinale ATP Finals, miał dwie piłki meczowe i oddał je w taki sposób, że ludzie na trybunach zaczęli klaskać — nie jemu, tylko tej demonstracji swojego własnego zaskoczenia. Dzisiaj już wiemy, że tamten mecz był dla niego punktem zwrotnym, bo nagle wszyscy zaczęli mówić, że "brakuje mu jednego meczu, żeby wejść do grona najlepszych", zamiast uznać, że ten jeden mecz był dla niego przepustką do zupełnie innego świata. Problem w tym, że ten świat rządzi się teraz innymi prawami: Alcaraz nie potrzebuje finału na wielkim szlemie, żeby być numerem 1, bo od samego początku grał w stylu, który ten numer wymusza. Hurkacz zaś gra w stylu, który wymaga od konkurencji… postawienia się w rzędzie ofiar, a nie przeciwników. Rok temu w Warszawie na kortach AWF-u stałem tuż przy linii serwisowej i widziałem, jak jakiś junior z drugoligowego akademickiego klubu rzuca piłki Hurkaczowi z taką siłą, że facet musiał co chwilę wyciągać rakietę poza korpus, żeby w ogóle trafić w wymianę. Hurkacz wygrywał 6:2 6:1, ale sędzia przewodniczący przerwał mecz i kazał przesunąć korty, bo linie się niebezpiecznie odkształcały. Kiedyś taki mecz byłby dla niego codziennością — dziś to przeciwnik gra z takim luzem, że nawet najprostszy drop shot staje się zagrożeniem, bo ludzie nauczyli się, że punkt można wygrać jednym uderzeniem, nie trzema doskonałymi. Ale teraz coś się zmienia. Wystarczy spojrzeć na jego występy w ostatnich tygodniach — nie ma już tych "dziur w kalendarzu", o których mówił DumaStolicy88, bo od Halle przez Londyn po Sztokholm on nie tylko gra, ale i wygrywa mecze, które kiedyś przegrałby w dwóch setach przez własne błędy. Czy to oznacza, że za rok w Melbourne albo Paryżu wreszcie złapie ten moment, w którym presja zniknie i on po prostu będzie grał? Historia mówi, że owszem, ale nie dlatego, że los mu sprzyja — tylko dlatego, że ten facet wreszcie nauczył się jednego: w tenisie dzisiejszego świata nie chodzi o to, by grać ładnie, tylko by grać skutecznie. A on umie to robić — czasem zbyt skutecznie, żeby kibice mieli za co złorzeczyć.