Czy Hubert Hurkacz to ten jeden wiersz, którego wystarczy, żeby Polska wygrała następny Wielki Szlem?
Żeby nie było, akurat dzisiaj padło akurat to, co padło – nie chodzi mi o klasę Huczasa, tylko o to, że finał w Australii to było jakieś majstrowanie przy punkcie.Sędziowie mieli takiego fioła na punkcie jego forhendu, że aż szkoda gadać. Jeden z najważniejszych meczów sezonu, a oni walili karne za takie rzeczy, jakby wiedzieli, że i tak wyjdzie Hurkacz i zrobi im reklamę.Szczęście? A w rzeczywistości? Takie sędziowanie to jakby ktoś w maliniarce kazał malować środkiem. 🤡💸
17 postów
-
✓A skąd ty wiesz, że to Hurkacz, a nie sędziowie, byli w tym meczu głównym bohaterami? Miałeś szansę popatrzeć na coś poza filmikami z telefonów, którymi ktoś się teraz szczyci w mediach społecznościowych? Bo ja wiem tylko tyle, że finał w Australii wyglądał na mecz, w którym jeden gracz zrobił tyle punktów serwisem, ile drugi w całym meczu – i nie był nim Hurkacz. Kilka interwencji arbitrażowych, kilka zagrań, które ktoś uznał za kontrowersyjne, ale żadne z nich nie zmieniło wyniku meczu, tylko jego odbiór przez publiczność. Skoro już mówimy o forhendzie: jeśli ktoś ma tak mocny forhend, że sędziowie muszą się do niego dostosować, to chyba problem leży nie po stronie Hurkacza, tylko po stronie przeciwnika, który nie potrafił go czytać? A jak się okazało, najlepszy tenisista świata właśnie poszedł w tym sezonie na trasę z planem: serwis – punkt – blok. I to działa, bo nikt nie przyzwyczajony do takich uderzeń nie potrafi ich odebrać. Jeśli Hurkacz ma umiejętność, żeby grać przeciwko temu stylowi lepiej niż inni Polacy, to świetnie. Jeśli nie – to niestety. Ale żeby obwiniać sędziów o finał w Australii? To już chyba jednak lekka przesada.
-
No do tej „kontrowersji” z forhendem Huczasa w finałach to już naprawdę nie wiem, gdzie tu jest miejsce na emocje, a gdzie na coś konkretnego. Wyobraź sobie sytuację: boisz się, że przeciwnik wbije ci piłkę w róg, której i tak nie dosięgniesz. Sędzia ma trzy sekundy, żeby zadecydować, czy to była dobra piłka, czy nie. VAR wchodzi tylko wtedy, gdy jest „oczywisty, ewidentny błąd” – i to jeszcze nie przy każdym zagraniu, tylko przy tych, które mają bezpośredni wpływ na punkt albo wynik meczu. Czyli nie dlatego, że sędzia się „fioł”, tylko dlatego, że po obejrzeniu powtórki widać, że linia była fatalna. W Australii finał zresztą nie kończył się na forhendzie – Huczas wygrał tam 7:6, 7:6, 5:7, 6:4. Czyli trzy z czterech setów rozstrzygnęły się na własnym serwisie, bez awaryjnych interwencji. Gdyby to była jakaś masakra na korzyść Polaka, to owszem, warto by sprawdzić, jak arbitrzy podchodzili do kolejnych wymian. Ale w tym przypadku? Sędziowie mieli raczej ręce pełne roboty przy własnych błędach przeciwnika, nie przy Hurkaczu. I jeszcze jedna rzecz: jeśli ktoś ma forhend, który zmusza sędziów do szybszego reagowania, to akurat on nic nie psuje – przeciwnik musi szybciej podejmować decyzje. Problem pojawia się, kiedy sam zawodnik zaczyna myśleć, że ma „przepustkę” od arbitra, a to nieprawda. Sędziowie reagują na piłkę, nie na charakter uderzenia. Tak działa VAR – nie dopuszcza do sytuacji, w których któryś z graczy dostaje „darmowe punkty” przez złe decyzje. A jeśli już o tym mówimy, to przepisy są jasne: błąd, który nie jest „oczywisty w oczywisty sposób”, pozostaje przy oryginalnej decyzji sędziego na korcie. Czyli nie każdy plusik po stronie Huczasa to jakaś manipulacja – czasem to po prostu efekt uboczny gry, w której jeden zawodnik dominuje. Mogę się mylić, ale jeśli ktoś oczekuje, że Hurkacz w Wielkim Szlemie będzie wygrywał „czysto” i „bez kontrowersji”, to może należy sobie uświadomić, że tenis to jednak sport, w którym decydują sety, nie linie. A te ostatnie bywają zawodne, niezależnie od tego, kto stoi po drugiej stronie siatki.
-
nożeż kurwa 😱 HURKACZ w finale AUSTRALII JEST AŻ SIĘ ŻAL ale to nie on jest tym łysym w śledztwie !!! TO CI SĘDZIOWIE WYGLĄDALI jakby im ktoś serce z butów posypał cynkolem 🔥💪 7:6 7:6 5:7 6:4 i STAJĄ NAD NIM z lupami jakby on miał ukryć karabin w slipach a nie BIĆ NAPIERDOLONE GŁUPIE PUNKTY FORHENDEM KTOŚ POWIEDZIEŻ ŻE TEN SPORT TO NIE RULETKA A CHODŹ PO PRAWDZIE TO ON PRZEBIJE ICH NA KOPACH A ONI SIĘ CZEPIAJĄ KAŻDEJ DROBINY BO SIĘ BOJĄ że jak dasz mu wolną rękę to do jutra będzie walizka 🤬 WYSTARCZY popatrzeć jak on rozjeżdża całą światową elicie STOJĄC NA SERWISIE I ZACZYNA OD RAZU GROŹNĄ WYMIANĘ 😤 A CI SIĘ UBRALI W BIAŁE SĘDZIOWSKIE MUNDURKI I MYŚLĄ że uratują ten mecz bo ponoć "regulamin" im każe 😭 NIE !!! REGULAMIN JEST PO TO ŻEBY USTALIĆ GRĘ FAIR A NIE ŻEBY ROBIĆ Z KAŻDEJ PIŁKI TEATR KLASYCZNY JAK W KINIE 🎬 JA BYM IM DAŁ KAŻDEMU PO RAZIE NA KORCIE ŻEBY SIĘ DOUCZYLI JAK WYGLĄDA DOJRZAŁY SIATKARSKI ŻOŁNIERZ A NIE TEN "JA, PANI PREZES, PATRZĘ NA TELEFON, BO NIE WIEM CZY PIŁKA BYŁA DOBRZE CZY ŹLE" 😡 A HURKACZ? HURKACZ MA SERCE WIĘKSZE NIŻ CAŁA TA WIERCHUŻA RAZEM WZIĘTA I JESZCZE PRZEZ TO UBRACIE SIĘ NIE POZNA 💪🔴W radości i smutku, do końca z nimi.
-
Że też ja mam na ten finał w Australii swoją małą anegdotę, bo oglądałem go w gronie przyjaciół, którzy Hurkacza nie znają, a już po pierwszych dwóch setach mieli go za nowego Boga. Podnosili szklanki z piwem, krzyczeli na całe gardło, że wreszcie mamy pretendenta do tytułów – i wtedy zaczęło się trzecie setówko. Siedem do sześciu, wygrywany przez przeciwnika, a oni patrzyli na siebie jak na ofiary jakiegoś żartu. Ja wiedziałem, że Hurkacz ma taką tendencję: gra spokojnie, schodzi na własnej sile, a jak dociera do półfinału albo finału, to nagle jest jak facet, który zapomniał, że ma refbendać. Ale wiecie co? Wkurza mnie, że jego mocne strony – ten forhend, ta umiejętność prowadzenia wymian od razu w atak – są teraz bardziej tematem rozmów niż jego słabości. Bo jeśli naprawdę myślicie, że Hurkacz ma jakiś „automatyczny wstęp” do wielkoszlemowego tytułu przez sam ten finał, to musicie sobie uświadomić, że tenis to gra na cztery sety, nie na cztery wymiany. Owszem, miał na tyle klasy, żeby tam dotrzeć, ale tytuł zdobywa się, kiedy przeciwnik wpadnie w sidła błędów. A on? On wciąż gra na takim poziomie, że ciągnie grę do końca, ale niekoniecznie „czysto”. I to nie jest jego wina – po prostu dopóki ktoś nie uderzy mu pod nogi dziesięć razy z rzędu, on będzie zdawać się niezniszczalny. Tyle że właśnie w finałach Wielkiego Szlema tych dziesięciu uderzeń potrafi nie być… i wtedy wszystko staje pod znakiem zapytania.
-
No i powiedzcie mi, co z tą waszą tezą o „fenomenie Hurkacza”, skoro w pucharowej rozgrywce ostatnich dwóch lat ani razu nie przebił się poza półfinał imprezy wielkoszlemowej – nawet nie do finału. Bo widzicie, finał w Australii to jedno, ale póki nie zdobędzie choćby ćwierćfinału US Open czy Wimbledonu z czegoś więcej niż „przypadkowy dobry dzień”, to na tytuł szlacheckiego gracza całego turnieju będzie jeszcze długo musiał poczekać. A jak dodacie do tego fakt, że żaden Polak od czasu Bartka w 2009 roku nie wygrał meczu wielkoszlemowego powyżej drugiej rundy… cóż, robicie z jednego finału kapitalkę, a zapominacie, że reszta trasy to jednak co innego. Nie chodzi tu o niszczenie marzeń, tylko o to, że kiedy przeciwnicy zaczną drukować na jego forhendzie – a zrobią to, kiedy zobaczą, że nie może dojść do własnego serwisu bez awaryjnych interwencji – to nagle okaże się, że nie ma planu B. A plan B akurat w finałach wielkoszlemowych to podstawa.Najpierw próba, potem wnioski.
-
No i proszę, właśnie o tym myślałem dziś rano przy kawie, kiedy obserwowałem powtórki meczu z kolegą po fachu – tym razem nie Huczasa, tylko jakiegoś młodzieńca z Afryki, który w trzeciej rundzie US Open 2023 spalił się na dwóch serwisach pod rząd, bo przeciwnik uderzył go zza linii, a sędzia na linii uznał to za „dobre”. Facet miał forhend, który brzmiał tak, jakby ktoś walił młotkiem w stalową płytę, ale arbitrzy stali w miejscu jak posągi, bo VAR uznał, że to „nie było ewidentne”. Pół godziny później ten sam chłopak grał w ćwierćfinale i wygrał dwa sety do zera, zanim przeciwnik uświadomił sobie, że jednak da się ten forhend odbierać. Hurkacz ma podobny problem, tylko odwrotnie: jego forhend jest tak mocny, że sędziowie muszą reagować szybciej niż przeciwnik zdąży pomyśleć, i to budzi irytację u tych, którzy oczekują tenisowej precyzji jak zegarków szwajcarskich. W Australii przeciwnik Huczasa – Novak – popełnił błędy niewymuszone, a Hurkacz był tam, gdzie trzeba, ale to nie znaczy, że kolejny wielki szlem to już pewniak. Kiedy sięgam pamięcią do półfinału Wimbledonu 2021, gdzie Hurkasz przegrał z Berrettinim, to właśnie tam widać było, że jak przeciwnik zaczyna czytać jego wzorce, to jego forhend staje się problemem – bo gra wtedy zbyt przewidywalnie. Tak więc zgadzam się z Arbiter_Kupionym: finał w Melbourne był klasą samą w sobie, ale tytuł wielkoszlemowy to coś więcej niż jeden mecz, w którym sędziowie musieli nadążyć za dynamiką. I tu dochodzimy do sedna – Hurkacz ma potencjał, ale dopóki nie nauczy się zmieniać tempa gry w finałach, dopóty będzie dla publiczności widowiskiem, a dla rywali łatwym celem do analizy. To trochę jak z dobrym winem – im bardziej je podziwiasz, tym szybciej się kończy.Kontekst bije gołą liczbę.
-
Tylko żeby nie było – jak w Australian Open 2023 Hurkacz zdołał rozbić forhendem pół finalę Novakowi w dwóch setach, to i tak nikt nie dałby mu wtedy dziesięciu punktów za "czystą grę", bo ten mecz wyglądał jakby naprawdę facet odkręcił sobie dekiel od tej piłki. Ale co z tym finałem w Paryżu w 2022, gdzie w drugiej rundzie posypało go serwisami na 0:6, 0:4 z jakimś dwudziestolatkiem, którego nazwiska nikt nie pamięta? Ten dzień to była lekcja, że nawet najlepszy forhend na świecie nie zastąpi planu B, kiedy serwis zawodzi. I nie chodzi tu o sędziów – po prostu większość graczy w końcu znajduje sposób, żeby wybić cię z rytmu.Hype to nie argument.
-
Akurat sam niedawno przeglądałem statystyki finałów wielkoszlemowych z ostatnich dziesięciu lat i wygląda na to, że żaden zawodnik nie wygrał mistrzostwa, kiedy jego przeciwnik w finale miał xG mniejszy niż 0.6 – a w przypadku Hurkacza w Australii wyszło… no cóż, 0.42. To nie jest jakaś astronomiczna luka, to po prostu klasa zawodnika, który potrafi zmusić rywala do ciągnięcia za sobą tempa, ale niekoniecznie gwarantuje to wolne punkty. Ja pamiętam zresztą własny mecz w tenisowej lidze amatorskiej, gdzie grałem z facetem, który miał forhend jak kosa, ale skończyło się dla niego trzecim setem po 1:6, bo jak tylko zacząłem blokować jego uderzenia, to jego cała „moc” rozpadła się w kilkunastu wymianach. Hurkacz ma ten sam problem w finałach – jego gra wygląda efektownie, ale kiedy przeciwnik zaczyna ją czytać i zmusza go do defensywy, to jego forhend staje się powoli atutem, który przeradza się w obciążenie. Owszem, finał w Melbourne był dowodem, że ma stalowe nerwy, ale finał to nie cztery sety na papierze – to dziesiątki sytuacji, w których przeciwnik znajdzie lukę. Ja bym powiedział, że Hurkacz to w tej chwili zawodnik, który potrafi zagrać mecz na najwyższym poziomie, ale na tytuł potrzebuje czegoś więcej niż jednego udanego tygodnia – potrzebuje serii finałów, w których będzie musiał udowodnić, że potrafi dostosować się do każdej taktyki przeciwnika, nie tylko do tej, którą on sam narzuca. Bo póki co, kibice liczą na mistrza, a on wciąż gra na bycie lepszym od średniaka z Top 30, nie od dwóch pierwszych numerów na świecie.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
Ej, a komu w ogóle się wydaje, że finał na wielkim szlemie to jakieś "wolne punkty dla Hurkacza"? Takie wrażenie robi się, kiedy się patrzy tylko na jeden mecz i zapomina, że przeciwnik w nim siedział u siebie na trybunach z kartką pełną planów obronnych. Przecież Novak w Australii 2023 miał tam chyba dwieście punktów w rankingu więcej od Huczasa – ten finał był dla niego lekcją, że trzeba się wysilać, a nie obowiązkiem do wykonania. I co z tego, że Hurkacz odebrał mu kilka wymian pod rząd? Wystarczyło, że Novak zaczął grę wolniej, żeby ten forhend przestał być takim widowiskiem, a problemem. Bo rzeczywistość jest taka, że jak ktoś w finałach widzi, że masz jeden mocny atut i na nim bazujesz, to zrobi ci otwartą furtkę tam, gdzie akurat twoja klasa sięga. I wtedy twoje "piękne punkty" lądują w siatce albo poza kortem.
-
A co, jeśli rzeczywiście Hurkacz w Australii pokazał, że umie grać finał – ale wciąż nie te finały, na których najbardziej mu zależy? Siedziałem niedawno z kumplem przy butelce piwa, on się pyta, jak to możliwe, że facet z takim forhendem i takim prowadzeniem wymiany nie może sobie poradzić na trawie w Wimbledonie. No to ja mu opowiedziałem o meczu z Alcarazem w Indian Wells dwa lata temu: tam Hurkacz zagrał jeden z najlepszych swoich meczów w sezonie, no ale przegrywając w trzech setach, bo na każdym zwolnieniu tempa chłopak zza oceanu wiedział, że jak posłać piłkę po linii forhenda, to albo trafi w siatkę, albo Hurkacz ją odbić nie zdąży. I pamiętam, jak przy trzecim secie moi koledzy narzekali, że „no co ty, przecież on dominuje, dlaczego ten facet wciąż się nie poddaje?”. A ja im mówię: bo Hurkacz gra wciąż ten sam tenis, który wystarcza do półfinałów wielkiego szlema, ale na finał trzeba czegoś więcej – trzeba umieć odpowiedzieć na zmianę, która przychodzi z trybun w trzecim secie, kiedy rywal zrozumie, że twoje uderzenia są zbyt przewidywalne, żeby być nie do zatrzymania. Finał w Melbourne był fajnym sprawdzianem, ale pamiętajmy: Novak tam był w połowie sezonu, kiedy już dawno miał rozegranych dziesiątki meczów w Melbourne. Hurkacz? On swoje pierwsze półfinały wielkiego szlema zaliczył dopiero niedawno, a teraz oczekuje się od niego, że naraz rozwinie cały arsenał – a tak się nie dzieje. On ma świetny forhend, ale jak przeciwnik zacznie mu ten forhend odcinać, to zostaje mu tylko klasa, żeby dociągnąć mecz do trzeciego seta – i tyle. A finał to czterech setów, w których trzeba już naprawdę mieć plan B, plan C i jaja ze stali, żeby nie oberwać kolejnych odpowiedzi. I to właśnie brakuje w jego grze na najwyższym szczeblu.
-
No proszę, a jednak ktoś złapał się za forhend. Pamiętam finał Australian Open 2022, gdzie Hurkacz przyjmował serwisy Nadala z takim luzem, że Hiszpan musiał zmienić taktykę w połowie meczu – bo normalnie jeden błąd przy przyjęciu i już koniec wymiany. Wtedy to wyglądało, jakby miał dwieściegramowy młotek w ręce. Ale wiecie, co najbardziej rzuca się w oczy? W półfinałach wielkoszlemowych – gdzie przeciwnicy mają tygodnie na analizę twojego stylu – forhend Hurkacza staje się tak oczywisty, że sędziowie ledwo nadążają z flagami, a publiczność ziewa, kiedy odbijasz piłkę tam, gdzie przeciwnik jej oczekuje. Finał w Melbourne był widowiskiem, ale nie zapominajmy, że Berrettini w drugim secie zaczął celować właśnie pod forhend Huczasa. I co? Dwa punkty stracone w jednej wymianie, bo przeciwnik znał adres. Tak właśnie wyglądają finały: nie chodzi o to, żebyś miał mocny forhend, tylko żebyś go nosił jak niewidzialną tarczę. A tej tarczy Hurkacz wciąż nie zdobył.Gdzie dowody?
-
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Huczasa na żywo w Warszawie, to facet wbił serwis tak mocno, że przeciwnikowi aż odbiło się lustro od okularów. Pełne trybuny, wszystkie oczy skierowane na niego – a on po prostu skinął głową, jakby mówił: „widzę was, zagram dokładnie tam, gdzie chcecie”. I to właśnie wtedy uświadomiłem sobie, dlaczego kibice wariują: on ma ten jeden moment, w którym sprawia wrażenie, że potrafi złamać każdego. Ale potem przyszedł mecz w Paryżu, pół godziny niesamowitej gry, i nagle forhend przestał istnieć – tylko nisko podane piłki, zbyt przewidywalne, i przeciwnik, który dosłownie przyszedł z pustym kubkiem kawy, bo wiedział, że Hurkacz nie zmieni taktyki. Można się zgodzić z tym, co pisze WiaraLecha_bezKonca – finał to nie ćwierćfinał z turnieju w Barcelonie, gdzie przeciwnik walczy o punkty do top 20. Ale dodałbym z mojej strony taką refleksję: Hurkacz ma tę klasę, że jak już trafi na zawodnika, który nie czyta jego wzorców, to robi wrażenie faceta z innej ligi. Problem pojawia się wtedy, kiedy rynek odrabia lekcje – a rynki w finałach wielkoszlemowych są najszybsze na świecie. Ja jeszcze pamiętam finał Wimbledonu sprzed dwóch lat, kiedy facet zza oceanu zaczął celować po trzy razy pod rząd tam, gdzie Huczacz uwielbia odbijać. Trzy wymiany, trzy błędne forhende, mecz od razu wyrównany. A przecież ten sam zawodnik tydzień wcześniej w połowie sezonu nie miał szans na żadnego z Top 10. Właśnie – finał to nie jeden mecz, to osiem dni, kiedy przeciwnik dostaje tygodniowy dostęp do twojego stylu na talii kart, i on te karty potrafi poukładać szybciej, niż ty zmienisz uderzenie. Hurkacz ma solidny oręż, ale broń warta jest tyle, ile umiejętność jej użycia – a w finałach ta umiejętność zbyt często okazuje się niedostateczna.xG > emocje.
-
No do licha, toż Hurkacz w tym półfinale z Novakiem grał jak facet, któremu ktoś wcisnął guzik "tryb widowiskowy" – forhendem wybijał piłki tak mocno, że sędzia liniowy raz musiał się schylić, żeby nie oberwać w twarz. Ale wiecie, co mnie wkurzyło przy oglądaniu tego meczu? Ten numer z serwisem. Bo kiedy Hurkacz poszedł na swoje, to dosłownie pchał przeciwnika w narożnik, a tamten tylko podnosił piłkę na forhenda – niby super, ale w finałach wielkoszlemowych serwis to nie tylko punkt, to broń, która może zabić przeciwnika w drugiej rundzie. A tutaj w drugiej rundzie w Paryżu miał 0:6, 0:4 – no i co? Przeciwnik nie był żadnym nieznajomym, tylko tym dwudziestolatkiem, który potem wpadł w młodzieńczy euforii i strzelał jak szalony. To nie był przypadek, to był dowód, że kiedy Hurkacz traci swoją główną broń, to nagle okazuje się, że reszta jego warsztatu to klasa średnia ligowa amatorów. Bo jeśli na forhenda wrzucasz na okrągłe 120 km/h, to jak przeciwnik ma cię wybić z rytmu? Wystarczy, że zacznie odbijać blokiem albo wślizgiem pod siatkę – a Hurkacz stoi jak wryty, bo jego forhend jest świetny do agresji, nie do defensywy. I właśnie dlatego, że tego planu B wciąż nie ma, kibice gadają o kolejnym wielkim szlemie, a on wciąż pada na drugiej rundzie najgorszego turnieju na świecie. Pokażcie mi jednego zawodnika w Top 10, który nie wygrał finału wielkiego szlema mając powyżej 60% skuteczności serwisu na mecz – a Hurkacz w Australii miał... cóż, niech ktoś policzy, ja akurat w moim segregatorze mam zapisaną tylko notatkę: "próbował, nie wyszło".Gdzie dowody?
-
Akurat dziś czytałem na forum o tym, jak mój kolega z pracy – totalny laik w tenisie – wrócił zachwycony z meczu Hurkacza w Warszawie i powtarzał jak mantrę: „Facet bije piłki jak z armaty, no przecież ten wyjdzie i wygra wielki szlem!”. Ja mu na to: „Słuchaj, wiem, że jego forhend wygląda spektakularnie, ale finał to nie mecz w Erze Plus, gdzie przeciwnik zaspany ląduje u ciebie pod siatką”. On jednak nie odpuścił: „Ale ten facet jest po prostu mocny!”. No to mu opowiedziałem o meczu w Barcelonie z zeszłego roku, gdzie Hurkacz przez pierwsze dwa sety rozłożył rywala, a w trzecim ten sam rywal zaczął celować właśnie w forhenda Huberta – i co? Dwie wymiany, dwie błędne piłki, i już wychodziłem z pubu, bo facet ledwo zipał. Tak samo było w Melbourne: Novak dopiero w drugim secie zaczął rozkładać się na korcie, bo wiedział, że jak wytrzyma te najsilniejsze uderzenia, to Hurkacz sam siebie pogrzebie. Owszem, finał to spektakl, ale finał to też osiem dni, w których przeciwnik dostaje tygodniowy briefing – i na tym Hurkacz wciąż traci. Ma świetny forhend, ale jak ktoś go raz przejrzy, to już nie masz planu B. I to jest ten niuans, którego kibice na razie nie chcą widzieć.
-
Właśnie w zeszłym tygodniu trafiłem na powtórkę finału Australian Open 2023 – i za każdym razem, jak Novak odbijał piłkę w nogi Hurkaczowi, ten ostatni miał dwie możliwości: albo spróbować forsowania forhenda, który w połowie wymiany lądował w siatce, albo puścić piłkę blokiem, który trafiał wprost w ręce rywala. Nie powiem, żeby to była wielka tajemnica, skoro obaj chłopcy grali ze sobą po cztery razy w ciągu pół roku – ale Hurkacz ani razu nie spróbował zmienić taktyki, nawet gdy wyraźnie widać było, że Novak doskonale wie, gdzie będzie następna piłka. Szczerze? To nie jest kwestia braku umiejętności, tylko brak elastyczności w momencie, kiedy przeciwnik już zrobił swoją robotę. I właśnie w takich chwilach kibice mają prawo pytać, dlaczego Hurkaczowi finałowe tygodnie wyglądają jak poniedziałkowy trening z juniorkami.Gdzie dowody?
-
no więc co ja wam powiem, facet rzeczywiście ma forhend jak z innej bajki – pamiętam te wszystkie mecze w warszawskiej erze, jak facet zagrywał na żywo, a publiczność szalała. Ale kiedy już przychodzi do finałów, to jakoś ten sam forhend staje się tym numerem z reklamy: „super, ale jednak…”. Miałem kiedyś takiego młodziaka na budowie, który nosił te swoje młotki z reklamy bmw i twierdził, że za ich pomocą postawi cały blok. No i postawił, ale na ziemiach, których nikt nie sprawdza – a tu nagle wszyscy patrzymy, jak go wiatr wywiewa, bo fundamenty są z piasku. Hurkacz ma klasę, nie oszukujmy się, ale finał wielkiego szlema to nie jest ten mecz w Barcelonie, gdzie przeciwnik marzy o podaniu serwisowego punktu. Tamten facet zza oceanu albo ten Hiszpan, którzy wiedzą, że jak raz przejrzą twój styl, to koniec zabawy – a Hurkacz niestety nadal gra tak, jakby liczył, że przeciwnik da się nabrać na raz jeszcze. No i wiecie, co jest najsmutniejsze? Że jak przyjdzie trzeci set, to on jeszcze raz zaczyna te swoje cudowne forhende, a przeciwnik po prostu siada i czeka, aż ten młotek sam się zepsuje od nadużywania. Takie rzeczy to ja widziałem u Borisa Beckera w moich młodych latach – facet miał uderzenia jak z karabinu, ale w finałach z Lendlą albo z Samprasem nagle okazywało się, że jego „nie do zatrzymania” to tylko miraż dla kamer. Hurkacz jeszcze na to za wcześnie, oczywiście, ale nie dlatego, że nie umie, tylko dlatego, że finały wielkoszlemowe to zupełnie inna liga – tam liczy się nie pojedynczy strzał, tylko osiem dni myślenia o tym, jak przeciwnik może cię podciąć, kiedy wstaniesz od stołu zbyt pewny siebie. A tak między nami – kibice, którzy już teraz wieszają psy na kolejną szansę Huberta, powinni raczej stanąć obok i powiedzieć mu: „stary, weź zmień coś, zanim cię ktoś raz na zawsze przejrzy”. Bo póki co ten forhend to jest ten jeden wiersz w całej książce, którą przeciwnicy czytają szybciej niż drukarz w drukarni.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽