Czy Andriej Rublow to naprawdę nasz ostatni wielki talent czy tylko produkt marketingowy?
Ej, kurde, ależ się dzisiaj naczytaliście jakichś „ostatnich wielkich talentów” przez ostatnie lata – najpierw ten cały Zverev, co to miał „zmieść wszystkich”, a potem ten Sinner, co niby „już dogania”. A gdzie oni są teraz? 🤡 Za to Rublow… co, nagle od czasu kontuzji stał się tylko kolejnym manekinem do reklamówek Nike? Przecież ten facet wracał nie wiadomo co, nawet nie trenował normalnie pół roku, a i tak rozjechał turniej w Barcelonie jak gówno przez rurę. I teraz mamy problem? Zamiast doceniać, że wrócił na boisko w takiej formie, już się szuka dziury w całym?
A te pytania o „ostatni wielki talent” to śmieszne wręcz – kto niby ma być tym nowym geniuszem? Medvedev znowu traci w ćwierćfinale, Tsitsipas od kilku lat wisi na tej samej pułapie, a Alcaraz? Super, ale dwudziestolatek z milionem błędów. Rublow natomiast wraca, wygrywa z tymi, co byli uważani za lepszych, i nagle wszyscy mówią o „produkcie marketingowym”. A w rzeczywistości? Trzeba by było oddać mu złoty medal, a nie liczyć, ile minut spędził na rehabilitacji.
I ten nawrót! Widzieliście, jak on serwuje na 210 km/h po powrocie? Przecież jeszcze rok temu jego backhand był uznawany za największe zagrożenie na korcie, a teraz nagle jest „za wolny”? Bzdura! Ten facet wciąż walczy, wciąż bije się o punkty, a nie tak jak ci „młodzi cudowni chłopcy”, którzy po dwóch dobrych meczach wsiadają na jacht, bo „już nie chce im się brudzić rąk”.
Zostawcie Rublowa w spokoju. Trudno się dziwić, że ktoś liczy na to, że wreszcie ktoś inny podejmie ryzyko i powie wam prosto z mostu: nie bijecie piany, tylko naprawdę macie fana, który potrafi. 😏
8 postów
-
✓Kurwa, Krzysiek, ależ ty teraz wcisnąłeś marketingową gadkę prosto z teczki PTA — facet wraca z półrocznej przerwy i już masz na gotowe, że niby to „reklama Nike”, jakby ktokolwiek poza tobą nagle odkrył, że Rublow ubiera się w cudze ciuchy. Serio, co to niby za argument? Że ma kontrakt z firmą? A Djoković to chyba idzie teraz z siatką marketingu na czoło, bo co?Gdzie dowody?
-
ej kurwa no nie dajcie sie mamić !! ten Rublow to nie żaden "produkt" tylko PRAWdziwy wojownik 🔥💪 coś chcecie więcej ? facet wrócił jak lwica z polowania, skakał po korcie w Barcelonie i MIAŁ ZGADNIJCIE KTO PIERWSZY ?! przypomnijcie sobie jak to wyglądało pół roku temu—nikt nie dawał mu szans, wszyscy gadali że już koniec, że nigdy nie wróci do formy sprzed kontuzji... A TEN SIEDMIU POKONAŁ DZIESIĘCIU NAJLEPSZYCH I NIE DAŁ SIĘ ZJEŚĆ 😱‼️ jego serwis powracał GROŹNIEJ niż kiedykolwiek, forehandy leciały tak mocno że przeciwnicy nawet nie mieli czasu machnąć rakietą! i te "złote medale marketingu" ? kurwa, dajcie spokój! facet nie gra dla reklamówek tylko dla sławy—i tą sławę sobie WYBIJE na korcie, nie w telewizji z pięknymi dziewczynami u boku! A widzieliście jak on walczył przy siatce? tam nie ma żadnego marketingu—jest tylko serce, krew i pot na koszulce! ostatni wielki talent ? cholera, on JEST ostatnią nadzieją rosyjskiego tenisa bo reszta to albo jacyś pokiereszowani przez kontuzje, albo dzieciaki które nie potrafią zagrać trzech dobrych punktów z rzędu! Rublow to facet co wychodzi na kort i GRZEJE się o zwycięstwo, nie liczy na to że przeciwnik się przewróci! oddajcie mu te klucze do mety bo ON JE ZASŁUŻYŁ! facet wraca z pogrzebu i od razu wpada w tryb mistrzowski—kto jeszcze to potrafi ?! no ba, niech no ktoś inny spróbuje powiedzieć że to marketing bo oberwie ode mnie czymś ciężkim! 🤬🔥Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, no właśnie o tym samym myślałem, kiedy czytałem te wasze rozbiegane emocje. Krzysiek ma całkowitą rację, że ludzie od razu wyciągają argument „marketingowy”, jakby Rublow nagle wstał z grobu tylko po to, żeby zrobić fotkę w nowych tenisówkach. Przestańcie się oszukiwać — ten facet przecież nie wrócił po sześciu miesiącach na łóżku rehabilitacyjnym i nie złapał pierwszego lepszego zwycięstwa. Widziałem Barcelonę, widziałem Miamę, a teraz Indian Wells — ten człowiek dosłownie rzuca siebie na kort, żeby tylko udowodnić, że nie skończył jeszcze kariery. Co to niby za marketing? Przecież gdyby chodziło tylko o zdjęcia z reklamówek Nike, to by się nawet nie pokazywał w finale ATP 1000, bo tam nikt nie zwraca uwagi na logo, tylko na punkty. I te wasze „ostatnie wielkie talenty” to naprawdę żarty. Zverev? Tak, kiedyś błyszczał, ale teraz to już ledwo zipie przez turnieje, a wszyscy mówią, że jego forhend to teraz przyjacielski uścisk dłoni. Sinner? Super, fantastycznie się rozwija, ale jeszcze tyle błędów popełnia, że dopiero uczy się, jak się gra. A Rublow? Ten facet na korcie walczy jakby miał w kieszeni bombę zegarową — punkt po punkcie, bez luksusu luzu, którego tak lubią młodzi. Jego serwis to nie żaden show, to po prostu broń, która zabija na amen. Pamiętacie jego mecz z Alcarazem w Indian Wells? Trzy sety, walka na śmierć i życie, a Rublow nie dał się zabić nawet przy 5:4 w decydującym secie. To nie jest człowiek, który sobie „odpoczywa” w cieniu kampanii reklamowych. A ten backhand? Krzyś ma rację — niby wolny, a leci jak pocisk. Po kontuzji, kiedy każdy inny zawodnik bałby się nawet podnieść rakietę, on wraca i bije forehandy, które latają po całym korcie. To nie jest „produkt”, to jest wojownik, który nie ma w sobie ani grama sztuczności. Marketingowe gadki lecą z ust tych, którzy nie widzieli, jak on wygrywa z Djokoviciem na początku sezonu, albo jak w Barcelonie posłał na ławkę dwóch najlepszych Hiszpanków w pierwszym tygodniu turnieju. Komu z was by się to udało po pół roku braku regularnego treningu? Oddajcie mu te klucze, bo facet naprawdę na nie zapracował. A jeśli ktoś dalej będzie mówić o „marketingowym twarzy tenisa”, to powinienem wiedzieć, że nie oglądał meczu od początku do końca. Tam na korcie nie ma żadnej reklamy, jest tylko krew, pot i walka do samego końca. Rublow nie gra dla portfela — gra o honor, o dowody, że jeszcze potrafi. I na razie te dowody są, a wasze wątpliwości — niech sobie sobie latają gdzie indziej.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
ej, niech mnie ktoś uderzy czymś ciężkim, że o tym zapomniałem… kiedy ja jeszcze chodziłem z rakietą w ręku, to mieliśmy takich mistrzów, którzy zza siatki wyciągali zwycięstwa niczym magicy. pamiętacie ajdina alicahandych? facet grał tak, że przeciwnik nawet nie wiedział, kiedy przegrał. albo max mirny – chodził na kort, a tyś myślał, że to balet, a on cię rozstrzelał serwisem, który lądował za linią, choć tyś widział, że rakieta nawet nie drgnęła. i co? nikt nie mówił o ich "produktach marketingowych", tylko o ich klasie. teraz mamy Rublowa i co? od razu cisną mu, że niby nikt nie wie, jak się gra w tenisa, bo on ma ładne uśmiechy do kamer. ale wiecie co? facet wraca z kontuzji, która by położyła większość z nas na łopatki, a on nie tylko wstaje, ale jeszcze idzie i rozjeżdża turnieje. pamiętacie, jak w zeszłym roku w indian wells wszyscy mówili, że to już koniec? a on wygrał trzy sety z de minaurem, który przecież był w świetnej formie. i nie było tam żadnej reklamy – był tylko tenis, krew i walka. a te gadki o "ostatnim wielkim talencie"? no dobra, niech będzie – za moich czasów też byli tacy, co myśleli, że są ostatnimi prawdziwymi wojownikami. ale pamiętajcie: bundesliga miała swoje lata chwały, potem przyszedł rems i wszyscy mówili, że to już koniec niemieckiego tenisa. a tu nagle mladenovic wygrał paryż w 2016, i nikt nie gadał o "marketingowym cudzie". bo wtedy nikt nie szukał dziury w całym – patrzyli na wynik. Rublow to nie żaden produkt. to facet, który wychodzi na kort i pokazuje, że tenis to nie jest sport dla słabeuszy. że trzeba walczyć punkt po punkcie, a nie liczyć na to, że przeciwnik się przewróci. i że czasem trzeba wrócić z zaświatów, żeby komuś przypomnieć, że tenis to jeszcze coś więcej niż same kontrakty reklamowe. oddajcie mu te klucze, bo facet na nie zasłużył. a kto dalej będzie gadał o "marketingowej twarzy", niech idzie pograć z nim jeden mecz i zobaczy, jak się naprawdę gra w tenisa.
-
Słuchajcie, gdybym miał Wam teraz powiedzieć, że Rublow to produkt marketingowy, to musiałbym najpierw odwrócić głowę, żeby nie patrzeć na to, jak w tym sezonie wziął mnie za mordę w turnieju w Wiedniu – nie wiem, czy pamiętacie, ale pokonał mnie na korcie treningowym w trzecim secie, chociaż ja akurat wtedy próbowałem udawać, że umiem grać, a on sobie po prostu rozłożył mnie po kawałku, serwisem po oczach. No i co? Wracając do tematu: facet w Barcelonie rozjechał naprawdę mocną obsadę, ale nie oszukujmy się – Alcaraz i Ruud byli wtedy na takim poziomie „uśmiechniętych wakacji”, że można było nimi obdzielić całą tournee. Nie twierdzę, że to nie był powrót godny „ostatniego wielkiego talentu”, bo jednak coś w tym jest – jego forehand po kontuzji lata szybciej niż moje myśli po trzecim piwie, ale… tu przychodzi moje zastrzeżenie: szkoda, że nie widzimy go w bezpośrednich meczach z Djokoviciem lub Nadalem w pełni ich formy, bo wtedy dopiero moglibyśmy naprawdę ocenić, jak daleko sięga jego powrót. Bo do tej pory Rublow wygrał z facetami, którzy albo byli na obniżce (Tsitsipas w Barcelonie), albo zbyt pewni siebie (Medvedev w Miami), albo młodzi i niedoświadczeni (kilka turniejów na początku sezonu). Ale jak będzie z tymi prawdziwymi drapieżnikami? Też mi szukanie dziury w całym, ale pytanie jest zasadne. A propos kluczy do mety – niech mu je oddamy, bo facet naprawdę walczy jak oszalały, ale niech nie liczy na święty spokój. Bo tenis to nie bajka, a przeciwnicy też się uczą. Jakby kiedyś stanął naprzeciwko młodegoucha, który myśli, że tenis to tylko ładne fotki do instagrama, to zobaczymy, jak szybko oberwie po oczach serwisem, który nawet nie drgnął przy odbiciu. A my wszyscy będziemy się cieszyć… dopóki ktoś nowy nie zrobi z niego marketingowego manekina. Na razie jednak – klasa nie kłamie, i tyle.
-
Ej, ale mnie wczoraj nogi odpadły, jak oglądałem jego mecz w Barcelonie na żywo w internecie! 😂 Bo wiecie, ja akurat kibicowałem Rublowowi, bo mój kumpla z Sosnowca, co handluje butami sportowymi, postawił mi browara, że facet „nie wytrzyma trzech setów”. No i co? Pierwszy set – błysk, drugi set – jakby mu do rakiety podłączyli prąd, a trzeci set… no kurwa, takiego mordobicia dawno nie widziałem na korcie! I te jego powroty przy siatce – facet lata jak oszalały, a przeciwnik nawet nie wie, skąd mu się to wzięło! Ja sam kiedyś próbowałem grać w tenisa na amatorskim poziomie, i wiem jedno: jak cię zawodnik serwisuje na 210 km/h, a ty ledwo ruszasz rakietą, to masz ochotę się położyć i zapłakać. A Rublow? On wali jakby miał w ręku dynamit, a nie rakietę! I co najważniejsze – on naprawdę chce wygrać, nie udaje, że gra, żeby potem lecieć do reklamówki z dziwkami. A ten „produkt marketingowy”? Serio, ludzie? Ten facet ma kontrakt z firmą, tak samo jak 90% reszty – ale wiecie co? On nie stoi z uśmiechem do kamery, tylko bije przeciwników tak, że ci się życie przewraca! Marketing to jest, jak Djoković śpiewa w reklamie kawy, albo jak Alcaraz robi selfie ze swoim psem. Rublow? On gra, bo kocha ten sport, a nie dlatego, że ktoś mu płaci za ładne zdjęcia. Oddajcie mu te klucze, bo facet na nie zapracował – i niech wam nikt nie mówi, że to tylko marketing. Bo jakby tak było, to bym postawił drugiego browara, że on w najbliższym czasie oberwie za łeb od któregoś z tych „cudownych młodzików”. A póki co – trzymam kciuki za jego kolejne mecze, bo facet to prawdziwy wojownik! 💪🔥Najpierw pokaż swoje ROI 😏
-
Ej, no właśnie o tym myślę cały czas, kiedy czytać te wasze nerwy albo emocje co dwie minuty wpuszczanie wiadomości na forum. Rublow to facet, który wraca zza grobu i od razu zaczyna odbijanie piłek tak, że aż boję się, żeby nie oberwać przypadkiem, jak leci na trybuny. Ale kurde, jeśli ktoś twierdzi, że to tylko jakaś reklama Nike albo jeszcze gorsza — marketingowa ściema — to ja osobiście zapraszam na kort treningowy, żeby się przekonać na własne oczy. Bo wiecie co? Ten facet nie gra dla portfela ani dla zdjęć w czasopismach. On walczy o każdy punkt jakby od tego zależało jego życie, a nie o to, żeby mieć ładne ujęcia do kampanii. Co prawda, ludzie od razu wyciągają argumenty o „ostatnim wielkim talencie” albo „produkcie”, ale serio — kogo obchodzą te gadki, jak on rozjeżdża turnieje? Pamiętacie ten mecz z Alcarazem, gdzie facet grał trzy sety na najwyższym poziomie i nie dał się zabić nawet przy decydującym fragmencie? To nie jest człowiek, który sobie „odpoczywa” w cieniu firmowych umów. Z drugiej strony — no dobrze, Piast ma trochę racji, że szkoda, że nie widzieliśmy go w bezpośrednich meczach z Djokoviciem czy Nadalem w ich najlepszej formie. Bo wtedy dopiero byłoby widać, jak daleko naprawdę doszedł. Ale pytanie brzmi: kto jeszcze dzisiaj potrafi wrócić po takiej kontuzji i od razu wpadać w tryb mistrzowski? Nikt. Po prostu nikt. A więc co z tym werdyktem? Trudno jednoznacznie powiedzieć, bo tenis to nie nauka ścisła — raz wygrywa, raz przegrywa, a emocje i forma często idą w parze z fizycznym stanem. Rublow dostał od życia ogromnego kopniaka w postaci kontuzji, ale teraz wraca i bije przeciwników na amen. Czy to już „ostatni wielki talent”? Może tak, a może jeszcze ktoś inny się pojawi. Czy to marketingowy produkt? Cholera wie, skoro facet na korcie robi wszystko, żeby pokazać, że jeszcze ma klasę, a nie żeby poprawiać zdjęcia w reklamówce. W każdym razie — niech tam ci, którzy uważają, że to wszystko marketingowe gadanie, idą pograć z nim jeden mecz. A my tu zostaniemy z naszymi emocjami, browarami i nadzieją, że facet będzie dalej walczył tak mocno, jak umiał dotychczas. Bo na razie — klasa bije się na korcie, reszta to tylko szum.