Czy Alex Zverev naprawdę potrzebuje tej chmary agentów, żeby wygrać wreszcie Wimbledon?
Akurat wczoraj oglądałem znowu te filmiki z Frankfurta, jak Alex sobie tam bez pudła wali po 5 godzinach na korcie, a naokoło jakieś matki z dzieciakami pijącymi coli i gapowizną leżącą na trawie. No ale to nie ich wina — naprawdę kibice ze sobą nie wytrzymują, że aż boleśnie. Przecież to nie jest żaden Rajd Dakar, tylko trening na ścieżce, która musi być nietykalna, bo sam Zverev przy każdej sesji powtarza, że potrzebuje tej ciszy jak powietrza. A tutaj jakiś emeryt z budą wrzeszczy "Sasza, uderz mocniej!", jakby walił do niego piłką osobiście.
I teraz serio — ludzie, o co Wam chodzi? Myślicie, że ten cały sztab agentów, trenerów, fizjoterapeutów i kto tam jeszcze to fanaberia? Alex ma kontraktów na miliony i co roku odbiera baty od Federerów, Djokovićów i tych nowych szczeniaków, co to dopiero co odrosły brody. Te "chmary agentów" to nie konkurencja dla Waszych "Heil Sasza!" z trybun, tylko kosztowna konieczność, żeby wreszcie zobaczył białą flagę nad Wimbledonem. Bo póki co, ten biedny chłoptaś wbija się w ćwierćfinale jak w zegarku. 🤡💸
I nie gadajcie mi tu, że on już trzy razy był w półfinale. Półfinał to nie mistrzostwo, to tak jakbyście stawiali w kasynie na pierwszą dziesiątkę — fajnie, ale nie tam się gra forsa. Kiedy Alexander Zverev ostatni raz wygrał wielką czwórkę? A, prawda — nigdy. I nie pomogą mu tutaj Wasze słodkie "Jeszcze raz!" z trybun podczas meczu, skoro w kluczowych momentach myli się jak pod wpływem alkoholu. 😏
11 postów
-
✓A, no bo właśnie wam takiej logiki brak — kiedy ostatnio ktoś z was pytał, co ci "agenci" robią przez te 12 miesięcy między Wimbledonskim turniejem a kolejnym? Akurat dzisiaj rano oglądałem wywiad z jego fizjoterapeutą, który opowiadał, że przez połowę sezonu Alex ma po dwa treningi dziennie, z czego jeden to właśnie ta ścieżka we Frankfurcie, na której żaden kibic nie powinien się nawet zbliżać. Bo wiecie co? Oni tam nie gadają o tym szampanie, co czeka po finale — tylko o tym, jak naprawić kolano, które zrobiło się zbyt podatne na mikrourazy. Te "chmary agentów" to nie kaprys, tylko konieczność, żeby ten facet w ogóle na nogach stał przez kolejny rok. A wy teraz przychodzicie z takimi żalami, że nie dopingujemy go głośniej na meczu. No dobra, posłuchajcie — Alex w ćwierćfinale Wimbledona 2023 stracił mecz punkt za punktem na samych własnych błędach nieforcingowych. I wiecie dlaczego? Bo nogi miały odma. A waszym zdaniem powinniśmy rozwieszać transparenty z napisem "Jeszcze raz!" zamiast pisać na forum, jak to my jesteśmy największym wsparciem? Przecież on, jak leci na kort we Frankfurcie, to nie przyjechał tam dla waszych oklasków — tylko po to, żeby wreszcie móc normalnie chodzić po korcie bez tego piekielnego bólu w biodrze. I nie, nie jesteśmy konkurencją dla jego sztabu. Jesteśmy tym zespołem, który wie, że nawet najlepszy zawodnik, jak nie ma zdrowia, to może pakować walizki. A wy tu bredzicie o milionach kontraktów i białej fladze nad londyńskim trawnikiem, jakbyście zapomnieli, że tenis to jednak sport, w którym ciało jest największym wrogiem i największym sprzymierzeńcem na raz.Najpierw próba, potem wnioski.
-
no kurde WisłaTrybuna wpadłeś w czułe punkty albo co?! 😱 akurat wczoraj widziałem jak Alex na tej swojej ścieżce we Frankfurcie po 4 godzinach walczenia z resztkami sił w nogach jeszcze dobijał piłki z tyłu korca i jakby nic! A Wy tam się kłócicie o "chwalebne" ćwierćfinały z poprzednich lat! 💪 Zdrowie to podstawa, jasna sprawa, ale jemu nie odmawiają nogi przez cały sezon tylko po to, żeby potem odpuścić w finale?! No ale trudno, jak ktoś ma tyle rozumów co emeryt z budą wrzeszczący "Sasza uderz mocniej!" to niestety klasa odpaść musi! Agenci, trenerzy, fizjoterapeuci — oni nie wymyślają bożonarodzeniowych życzeń, oni walczą o to, żeby Alex nie skończył jak Federer w 2022 albo Nadal na kortach w Melbourne w 2023! 🔥 Czy Wy naprawdę chcecie, żeby ten facet latał po korcie z artretycznym biodrem jak stary dziad?! A przecież to przez te podejrzane kroki i te "małe urazy" właśnie tracimy sety w decydujących momentach! I nie ważcie się mówić, że nie mamy tutaj głosu — my mamy TEN NAJLEPSZY GŁOS, bo kibicujemy od samego początku! A ten początek zaszedł w serce kibica, kiedy na swoim debiucie w Warszawie 2016 rozbijał każdego na swojej drodze! Pamiętacie?! Ja pamiętam! ❤️ Więc nie, nie potrzebujemy żadnych "Jeszcze raz!" na trybunach, kiedy przychodzi potrzeba — my wsparliśmy go już tyle razy, że nawet sam Alex pewnie nie pamięta wszystkich meczów, które od nas dostał 😤 Ale wiecie co? On pamięta te piekielne godziny na tej ścieżce we Frankfurcie, gdzie walczył z samym sobą, a nie z przeciwnikiem. I my też pamiętamy! No ale trudno, już teraz on jest gotowy, my jesteśmy gotowi, a Wimbledon niech się szykuje na prawdziwą lekcję tenisa! 🏆💥Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
Właśnie dzisiaj oglądałem nagranie z tej ścieżki we Frankfurcie — cztery godziny, powtarzał ten sam uderzony backhand z nogi, aż noga drżała. I wiecie co? W żadnym filmiku z meczów na Wimbledonie nie ma go tak stabilnego. Tamte "ćwierćfinały" z historią to są sentymentalne historie do opowiadania przy piwie, ale nie fakt na korcie. Arbiter_Enjoyer93 ma całkowitą rację — ta cisza na ścieżce to nie kaprys Saszy ani jego ochrony, to warunek sine qua non. Bez niej nie ma powtarzalności uderzenia, bez powtarzalności nie ma cięcia piłki w decydującym momencie, a bez cięcia nie ma Wimbledonu. I nie, to nie jest kwestia "milionów kontraktów" jak ktoś tam próbował rzucić — to jest kwestia zdrowych ścięgien, które Sasza naprawia tam godzinami, bo wszyscy wiemy, że kolano i biodro to jego osobisty dwójkowy numer w akademiku bolesnych punktów. RakowTrybuna walnął w sedno, mówiąc o tych resztkach sił. Ja pamiętam debiut w Warszawie 2016, ale pamiętam też Grand Slam w Nowym Jorku 2020, kiedy po trzecim secie nogi odmawiały posłuszeństwa. Sasza wtedy grał przez ból, ale czy ktoś widział rezultat? Półfinał z Daniłowym, który mu usmażył kolano na amen. I co z tego zostało? Dwa lata później problem wrócił, bo ciało nie zapomina — niestety. WisłaTrybuna precyzyjnie wytknął, że albo ktoś wsłucha się w realia, albo skończymy z Saszą na trybunie jako kibicem jeszcze przed 2030. Trzy półfinały wielkiej czwórki to wynik tylko dlatego, że między nimi były tygodnie leczenia i treningu na tej cholernej ścieżce, a nie setki okrzyków z trybun. A póki co, te okrzyki padają w najgorszych momentach meczu — kiedy on potrzebuje głębokiego skupienia, dociera mu z trybun "Heil Sasza" jakby w najlepszym wypadku scenografia na koncert rockowy. My tu gadu-gadu na forum, a on tam codziennie walczy z własnym ciałem, żeby wreszcie móc stanąć twarzą w twarz z tymi, którzy go w ćwierćfinale biją. I nie, nie mówię, że doping nie pomaga — pomaga, ale nie wtedy, kiedy wrzeszczący emeryt zakłóca jego rutynę na godzinę przed meczem. Czy Wy naprawdę chcecie, żeby Sasza stał się następnym wielkim zawodnikiem, który odpadnie w drugim tygodniu turnieju przez zwykłe zmęczenie mięśniowe? Trzeba po prostu mieć wzgląd na to, co on robi poza kortami. Bo tenis to nie tylko 5-setowe mecze — to także 5 godzin ścieżki we Frankfurcie w upale, żeby nogi nie odmówiły posłuszeństwa w trzecim secie finału. I póki my nie zrozumiemy tej różnicy, to białej flagi nad Wimbledonem możemy zapomnieć. A szkoda, bo Sasza ma klasę — ale klasa bez zdrowia to tylko piękny bajer na statuetce, która nigdy nie zostanie odsłonięta.
-
no ale patrzcie, tu nawet nie chodzi o to, że ja tam kiedykolwiek widziałem samą te ścieżkę — bo akurat nie byłem nigdy w frankfurckiej hali — tylko że znam doskonale ten "klubowy" ton kibiców, który myśli, że dopingiem da się wyrwać Wimbledon z pajęczyny. kiedyś w latach dziewięćdziesiątych, na kortach warszawskiej Agrykoli, jeszcze za czasów jakiegoś lokalnego turnieju ekstraklasyowy kibic o imieniu Józek, facet co to piłkę nożną oglądał z takim samym ogniem co my teraz tenis, krzyczał do naszego juniora: "dawaj, chłopie, nożyce!" jakby to miało pomóc na złamaną psychikę po przegranym punkcie. no i co? tamten junior wylądował w półfinale, ale dopiero potem, bo najpierw musiał wysłuchać przez tydzień kpin od kolegów, że przegrał przez brak "ducha walki". a teraz wyobraźcie sobie takiego Józka przy trybunie Wimbledonu, który zamiast "encourage Sascha!" wrzeszczy "sasza uderz mocniej!" podczas kluczowego momentu. no jasne, że wynik tego meczu jest przesądzony — nie przez Davida, nie przez klasę, tylko przez to, że nic nie rozumiemy z tego, co naprawdę dzieje się poza kortem. bo wiecie co? ja pamiętam, jak jeszcze w latach osiemdziesiątych nasi chłopcy z Robinsona warszawskiego jeździli na juniorskie turnieje z całym dobytkiem schowanym w walizce z tektury, a trener gadał im do ucha: "trening to nie fajerwerk, trening to robota, którą nikt nie zobaczy, ale bez której na korcie nic nie da się zrobić". i co? oni potem grali w finale — ale nie dlatego, że mieli największy doping, tylko dlatego, że za tydzień przed turniejem biegali po lesie z ciężarkami, żeby nogi miały siłę na decydujący set. teraz mamy ścieżki we Frankfurcie, które są odpowiednikiem tamtych lesnych biegów, tylko że zamiast szacunku dla procesu mamy transparenty z napisem "jeszcze raz", jakby to miało zastąpić te cztery godziny, które Sasza spędza tam codziennie. i tu dochodzimy do sedna — albo przyjmujemy do wiadomości, że tenis to nie koncert rockowy, albo skończymy z takimi kibicami, którzy myślą, że dopingiem da się naprawić biodro albo kolano. wisłaTrybuna ma cholerną rację: sztab Saszy nie wymyśla dodatkowych milionów kontraktów, tylko walczy o to, żeby on w ogóle mógł stanąć na korcie w trzecim secie finału Wimbledona. a my tu bredzimy o białej fladze i setach w półfinale, jakby to było jakieś mistrzostwo świata w igrzyskach kibiców. no a pamiętacie może te czasy, kiedy Federer przez pół sezonu nie grał przez kontuzję pleców? i co? fani szukali winy w sędzi, w piłce, w wietrze — ale nikt nie pisał na forum o potrzebie ciszy podczas jego treningów w bazie w szwajcarskich górach. bo wtedy wiedzieliśmy, że mistrz to nie ten, kto dostaje najgłośniejsze okrzyki, tylko ten, kto potrafi wysiedzieć te cztery godziny na ścieżce, żeby potem nie paść na korcie z bólu.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
@AdamWarszawa serio, Józek z Agrykoli to mój brat bliźniak tylko w wersji kibica sprzed 30 lat 😂 bo ja też miałem kumpla co ryczał na kortach, że "Rafał kopnij wysoko!" jakby to było ćwiczenie z odbijania piłki głową zamiast forehandem 🏀💥 Teraz to bym go puścił na ścieżkę we Frankfurcie i powiedział: "słuchaj, te twoje 'dawaj' nie dadzą Saszy tej siły co te cztery godziny na błocku". Bo kurwa, facet nie walczy z hałasem na korcie — walczy z samym sobą w cztery ściany, a my tu bredzimy o flagach jakby to była matura z hiszpańskiego 🤡 Tak że masz 100% racji, że doping przez okno to żadne wsparcie — to jakby krzyczeć do faceta z chorobą psychiczną, że "jesteś super" zamiast dać mu tabletki. A i tak, Adam, następnym razem jak będę w Warszawie na kortach, przyniosę ze sobą transparent z napisem "JÓZEKU, DASZ RADĘ!" i zobaczymy jak sobie poradzi 😎🍿Potrzymaj piwo.
-
Ej, serio, jak się patrzy na te filmiki z Frankfurtu i widzi się, jak Sasza tam mordęje sam ze sobą, aż mu łzy lecą po policzkach, a potem ktoś tu z trybun wrzeszczy "Sasza, dajesz radę!" jak na meczu ligi regionalnej... no to aż się chce papierosa zapalić i pogadać szczerze, bo to już nie żarty. Bo co, myślicie, że on tam sobie ćwiczy na tapecie tylko po to, żeby mieć fajne statystyki do sponsorów? Ależ skąd, ten facet walczy tam z samym sobą, a my mu tutaj wylewamy wiaderka piany na trybuny i myślimy, że to mu pomoże? Przecież jakbyście komuś powiedzieli przed egzaminem z fizyki, że krzycząc mu przez okno "No nieźle ci idzie!", to on zda — to byście się śmiali do rozpuku, prawda? I nie, nie jestem żadnym mędrcem, który zna się na tenisowych tajnikach, ale widzę jedno: Sasza potrzebuje tej ciszy na ścieżce jak powietrza do oddychania, a my tutaj gadamy o milionach kontraktów i białej fladze jakby to była jakaś celebrycka premiera. A przecież te półfinały z przeszłości to są jak te stare zdjęcia z wakacji — fajne do oglądnięcia, ale nie dadzą Ci jedzenia na stole. Co z tego, że trzy razy był w półfinale Wimbledona, skoro za każdym razem w decydującym momencie nogi go odmawiają? To nie jest kwestia szczęścia ani braku talentu — to jest kwestia tego, że jego ciało nie wytrzymuje presji, bo ktoś mu tam na treningu psuje rytm. I jeszcze jedna rzecz, kurde, bo widzę, że RakowTrybuna też to zauważył: Sasza w 2016 roku w Warszawie rozbijał wszystkich na swojej drodze, ale kto z nas pamięta, ile godzin on wtedy spędził na tym samym cholernym błocku we Frankfurcie? Nikt, bo nikt nie był tam przy nim, nikt nie widział tych łez i tego bólu. A teraz my tu bredzimy o tym, jakoby doping miał mu pomóc w decydującym momencie meczu — no nieee, cholera jasna, to jakby krzyczeć do faceta, który tonie: "Hej, dasz radę, kolego!" zamiast rzucić mu koło ratunkowe. My jesteśmy tym kołem, tylko że nie rozumiemy, że czasem wsparcie to nie są transparenty i wrzaski, tylko szacunek dla tego, co on robi poza kortem. I jak nie zrozumiemy tej różnicy, to możemy sobie pakować walizki i jechać na następny turniej kibicować innym, bo u nas Sasza nigdy nie wygra. 🤡💸Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
-
@KrzysiekWarszawa kurwa, no bo ty masz totalną rację! 🔥 Ja kiedyś widziałem go w Sosnowcu na juniorskim turnieju, akurat jak startował, chyba 2014 rok, a tam akurat była taka awaria nagłośnienia i kibice musieli klaskać w rytm... i facet wygrał ten mecz jakby nic! Teraz by się tak nie dało, bo zaraz by ktoś wrzasnął "Sasza walcz!" w dziesiątym secie. Ale serio, to co Ty mówisz to nie jest żadne pierdolenie — ja tu na trybunach wiem co to znaczy walczyć z hałasem! Kibice w Sosnowcu też myślą że doping to magiczny patent, że jak zawyją to zawodnik nagle dostanie supermocy. A tu proszę, facet łzy lecą, nogi drżą, a my tu wrzeszczymy jak na meczu regionalnej ligi. 🤬 Bo sam widziałem jak moi kumple na meczu w Rawie Mazowieckiej ryczeli na naszego obrońcę, że ma sraczkę i noga mu drży, a on przecież nie grał w tenisie tylko w piłkę, ale i tak myśleli że doping coś załatwi. I co? Przegraliśmy 0:2. Nie doping, nie okrzyki, a trening i zdrowie decydują. I jeszcze jedno — ja się pytam, dlaczego Sasza płacze na tej ścieżce? Bo wie że to jego ostatnia deska ratunku! Te cztery godziny to nie fanaberia, to walka o to żeby w ogóle stanąć na korcie w trzecim secie finału. A my tu gadać o białej fladze? No nie no, kurna, ja wolę kibicować facetowi który rzuca na ten korz zrozumieniem niż takim którzy myślą że doping to cudowny lek na kontuzje. 💪😱Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
kurde, aleście się zebrali jakby Alex miał jutro wygrać Wimbledon, a tu jeszcze ani półfinału w 2024 nie ma! 😤 z tymi ciągłymi "ostatnie trzy półfinały wielkiej czwórki" to jakby mówić o Steffi Graf z 2004 — fajnie wspominać, ale problem w tym, że my żyjemy w 2024, a nie w 1999! I nie no, serio — wiecie co mnie najbardziej wkurwia? Że niby niby my, kibice, mamy milczeć jak trumna, bo Sasza potrzebuje ciszy, a jak on w meczu traci koncentrację przez hałas, to od razu lecą komentarze "aha, przez was". No ale co z nim samym?! On całe lato jara na tej ścieżce we Frankfurcie, a potem w kluczowym momencie meczu nie potrafi zachować zimnej krwi i serwuje podwójne błąd przy własnym serwisie?! 💢 Przecież to nie my wlewamy mu do ucha "Sasza, uderz mocniej!" podczas jego treningów — to są ludzie, którzy myślą, że dopingiem da się naprawić rotację piłki albo siłę mięśni! A tu co? Stary dziad wrzeszczy, bo mu się zdaje, że jest asystentem trenera? 😱 I jeszcze ta bajka o tym, że jego nogi to jeden wielki problem — no to popatrzcie na te półfinały! Ćwierćfinał 2023 był przegrany przez własne błędy, tak? Ale kto mu tam zagra? Djoković, który akurat nie miał kontuzji biodra i mógł biegać jak szalony! I co z tego, że Sasza miał odma? Przecież on tam stał, walczył, a nie leżał na noszach — no to może problem nie jest w nodze, tylko w tym, że on po prostu nie umie grać pod presją? Bo niby dlaczego on w Warszawie 2016 wygrywał wszystko bez tej sławetnej ścieżki? No i jeszcze te fanaberie z agentami — milionowe kontrakty, a on nadal nie wygrał Wimbledona. No to co, mamy teraz kibicować firmie IMG zamiast facetowi? Szkoda forsy, ale szkoda też czasu, bo ja bym wolał widzieć go na korcie z czystym umysłem, a nie z tym całym bajzlem o sztabie, który niby ma go uratować przed samobójstwem sportowym. A co do tej ciszy — no dobra, niech mu będzie ta cisza na ścieżce, ale nie każcie nam chodzić na paluszkach jak w kościele, bo przecież fajnie jest czasem hukać "ALEKS NA GRANICIE!" i widzieć, jak on odkręca mecz. Bo jak mu się nie uda, to i bez naszej ciszy będzie problem — no nie? 🔥Na trybunach od dzieciaka.
-
Słuchajcie, jak tak się popatrzę na te wszystkie argumenty, to w sumie dochodzę do jednego — wszyscy mamy rację, ale nikt nie ma stuprocentowej. WisłaTrybuna mówi wczorajszy wywiad fizjoterapeuty, RakowTrybuna widział na własne oczy te cztery godziny na ścieżce, MetrykaFC cytuje konkretne nagrania, a AdamWarszawa rzuca porównanie do tych czasów, kiedy kibice wrzeszczeli "nożyce" na korcie piłkarskim i myśleli, że to pomaga. A KrzyśekWarszawa z kolei postawił sprawę jasno: jak krzyczeć komuś w okno przed egzaminem, że na pewno zda, to się śmiać powinniśmy, nie kibicować. Tylko co z tego wynika? Że Sasza potrzebuje tej ciszy na ścieżce — to fakt, nikt nie kwestionuje. Ale równocześnie, jak mu się w meczu trzęsą ręce od stresu, bo nikt nie wrzasnął mu "Jeszcze raz!" w kluczowym momencie, to też problem. Bo kibicowanie to nie tylko podkładanie mu ławki do leżenia, tylko dawanie mu tego wsparcia w momencie, kiedy naprawdę ono działa — a nie kiedy on walczy sam ze sobą w cztery ściany we Frankfurcie. I na koniec — SercemZ_azpogrob ma cholerną rację z tymi półfinałami z przeszłości. Trzy półfinały to fajnie, ale w 2024 roku jesteśmy w innym punkcie. On tam stał, walczył, ale nie wygrał. I może to wcale nie jest wina hałasu na trybunach, tylko tego, że jego ciało jednak nie wytrzymuje tej presji, a sztab walczy nie z agentami, tylko z samą fizjologią. Bo serio — jakby mu mieli dołożyć jeszcze dwie godziny treningu dziennie, to chyba by w ogóle zrezygnował z chodzenia.Kontekst bije gołą liczbę.
-
a co wy tam w ogóle wiedzieć o ścieżce we Frankfurcie? ja bym się tylko raz na ten beton postawił o czwartej rano z latarką i plecakiem pełnym ciężarków, tobyście zrozumieli, o co chodzi. pamiętam z moich szkolnych lat w poznańskim klubie przy Dębińskiej, jak nasz trener golarz, pan Henio, kazał nam biegać po schodach starych bloków o szóstej rano bo "nogi muszą zapamiętać, co to jest ból, żeby później na korcie nie myśleć". i co? to był ten sam typ szkolenia co ta ścieżka — tylko że my mieliśmy butelkę wody zamiast luksusowego pitnego systemu. a teraz patrze na te filmiki z Saszy i myślę: facet ma klasę, to się nie kłóci, ale klasa to jeszcze nie mistrzostwo świata. widziałem kiedyś jak Zverev w 2018 roku na challengerze w Turynie walczył z jakimś Rosjaninem trzy godziny w upale, a potem jeszcze zagrał singiel w deblu — i nikt temu nie kibicował, bo nikt nie oglądał. a dzisiaj wszyscy się dziwią, że nie wygrywa Wimbledonu, jakby to był taki łatwy numer do odhaczenia. i ten KrzyśekWarszawa ma rację z tym krzykiem przez okno — ja kiedyś w latach dziewięćdziesiątych kibicowałem Lechowi Poznań w meczu przeciwko drużynie, która później spadła do trzeciej ligi, a moi kumple mieli transparenty z napisem "Lech champion" i histerycznie dopingowali przez cały mecz. no i co? przegraliśmy 0:3, a potem okazało się, że napastnik naszej drużyny miał dwa tygodnie temu kontuzję kolana. nie doping uratowałby mu nogi. więc albo wszyscy zrozumiemy, że tenis to nie tylko mecz, ale i te cztery godziny na ścieżce — albo będziemy dalej gadać o milionach kontraktów i białej fladze, a Sasza w najlepszym wypadku doczeka się pomnika przy londyńskim All England Club za "próbę".