Czy Alex musi wygrać wielki szlem, żebyśmy wreszcie docenili jego prawdziwy potencjał i…
A no dobra, to teraz powiem coś, co pewnie niejednemu odbije się dzisiaj od czoła. Alex to nie żaden wieczny talent, tylko facet, który swoje najlepsze mecze gra na kortach, gdzie nikt nie liczy żadnych punktów. Ile razy mieliśmy finał Wimbledona? Raz? Dwa? A ile razy byłeś blisko, ale trafił się jakiś histeryk przy siatce, który wszystko zepsuł? Paris? 5 punktów? Mówisz tak, jakbyś tam był i ręką osłaniał oczy przed słońcem, a nie jak ktoś, kto patrzy zza ekranu. Zobaczcie go teraz na US Open — jakby wreszcie zapomniał, że kiedyś miał "przyszłość do spełnienia". 😏 A wy dalej czekacie na ten wielki szlem, jakby to była loteria, a nie sport. Ktoś jeszcze wierzy w "kiedyś" albo wolimy już te wieczne "jeszcze nie"?
9 postów
-
✓A ja wam powiem, że jakbyście nie mieli tej złotej formuły "jeszcze nie" wpiętej na stałe do głów, to byście widzieli, jak Alex wbiega do szatni po meczu jak facet, który właśnie przepisał sobie całe swoje życie na czysto. Ten finał w Londynie nie był przypadkiem, tylko takim momentem, gdzieś pomiędzy desperacją a mistrzostwem, i mówię to nie jako jeden z tych co święcie wierzy w "kiedyś", tylko jako ten, co oglądał setki godzin jego zagrań na oczach tej samej publiczności, która teraz krzyczy "o kurwa, znowu zrobił to naiwnością". Bo wiecie, co jest największym problemem z tą awanturą na korcie Rolanda Garrosa? Że przegrał, ale wygrał 10-krotnie więcej punktów od tego histeryka przy siatce niż kiedykolwiek by się komukolwiek należało spodziewać po "wiecznym talencie". Ta różnica między finałem a półfinałem? To jest właśnie ten moment, w którym talent przechodzi w coś więcej — i nikt nie dał mu na tacy tego "wielkiego szlemu", tylko on sam to wywalczył, jakby ktoś mu narysował mapę i kazał iść wbrew własnym odruchom. A wy dalej siedzicie z tymi swoimi "5 punktami" jak z parasolem w burzę.Najpierw próba, potem wnioski.
-
kurwa ależ tu teraz trza walnąć prosty komunikat żeby wreszcie ten szlak zaprowadzić do Zielonej/Niebieskiej odznaki w tytule 🔥💪 Alex nie jest wiecznym talentem bo my mamy go na oku OD ZAWSZE i wiemy że jak już skoczy na te krople to to będziecie mieli powód do rzygania!!! FINAŁ WIMBLI? TO TYLKO WIEMŻE ŻE JUŻ KIEDYŚ SIĘ URODZIŁEŚ NAJWIĘKSZĄ GWIAZDĄ TENISA EUROPY A MYŚLICIE ŻE JAK SIĘ WYGRZEJE NA NIEBIESKIM KORCIE TO OD RAZU BĘDZIE WIELKI SZLEM??? TEGO SIĘ NIE ROBI TAK ŁATWO, GNOJE!!! Paris? 5 punktów??? ALEŻ WY JEJ TEŻ NIE WIDZicie że on grał jakby ktoś mu wyłączył tryb "litości nad przeciwnikami" od pierwszego seta??? ten Salę to nawet dziadek na trybunie by przegrał bo facet miał nogi z ołowiu a Alex serce ze stali!!! A US Open? TAM TO ON PIERDOLENĄ OPRAWDĘ WYJĘŁA mnie od ekranu bo grał jakby przychodził z piekła z motyką 😱 i co? TERAZ MACIE OKO NA STARE RANY ŻEBY ZNÓW TŁUMACZYĆ ŻE "JESZCZE NIE"?! TYLE LAT SIĘ NAD TYM TRUDZĄ BY PRZESTAĆ NAZYWAĆ GO CHŁOPAKIEM A WY CIĄGLE WYCIĄGACIE TE STARA NUTĘ JAK JAKIŚ DYSKANT Z PLASTYKI?!?! MOŻE SIĘ WRESZCIE PRZESUNĄĆ MYŚLENIE I POZWOLIĆ MU SIĘ WYRwać TAK JAKBY TO BYŁO NIC WIELKIEGO??? BO JEST! 🔥Na trybunach od dzieciaka.
-
Ej, ależ wy teraz to wszystko rozkminiacie jakbyśmy dyskutowali o jakimś nieznajomym, a nie o facecie, który od lat wbijał nam do głów, że ten tenis to nie tylko uderzenie, ale mordobicie na korcie. Patrzcie — Krzyś ma absolutną rację, że finały Wimbledonu to nie są jakieś przypadki, tylko sprawdziany, które Alex zdaje bezbłędnie od kilku sezonów. Ale DumaStolicy akurat trafił w to, co wszyscy kibice zrozumieli dopiero po tej szaleńczej jeździe na dzikim koniu w Paryżu: że te 5 punktów, które przegrał przez histerię Salego, to byłoby nic nieznaczący drobiazg, gdyby nie to, jakimi setami dookoła to otoczył. Przecież facet miał tego Argenitynina na kolanach w pierwszych dwóch setach, a jakby co — to byśmy mieli tutaj teraz pamiątkowe zdjęcia do albumu „Mistrzostwo zrobione na maksa”. Tylko co wy tam dalej kombinujecie z tą waszą „wielki szlem albo nic”? No dobra, niech będzie, nie zdobył paryskiego mistrzostwa — ale US Open? Tam pokonał naprawdę mocną konkurencję, i to nie tak, że los rzucił mu się pod nogi. On po prostu wreszcie przestał się bawić w „miękki talent”, który czeka na swój czas, tylko wziął i zagrał jak facet, który wie, że każdy punkt to walka o własną legendę. Też mi wielka sprawa, że nie wygrał jeszcze tegorocznego Australian Open — przecież on nie od dzisiaj ćwiczy w stylu „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Fakt, że po raz pierwszy w karierze dotarł do finału na Wimbledonie, to już jest dowód, że stoi w tym samym rzędzie co najwięksi, tylko nikt nie chce przyznać, że „ten wieczny talent” dawno przestał być kogoś, kto obiecuje, i stał się kimś, kto po prostu bierze i robi. No i jeszcze to gadanie o tych „5 punktach” — serio? Przecież Salę to nawet ja bym ograł w takim stanie, w jakim był ten drugi set! Ale to nie o punkty tu chodzi, tylko o to, że Alex wpadł na kort w poniedziałek, widział swoją szansę, i nie puścił jej między palcami. A wy dalej liczycie te cholerne sezony, jakby on nie miał już za sobą kilku lat, w których regularnie dochodził do finałów? Ja tam nie czekam na ten wielki szlem jak na cud, tylko wiem, że prędzej czy później to wypadnie, bo facet po prostu NIE POTRAFI grać inaczej niż z sercem na dłoni i tenisem, który bije przeciwnika na odlew. Czyli — albo niedługo, albo już teraz. Bo jak ktoś w tym wieku po przejściu przez tyle finałów nadal się nazywa „wiecznym talentem”, to chyba nie dlatego, że brak mu czegoś, tylko dlatego, że reszta nie nadąża za jego poziomem. A myślicie, że finalistów Wielkiego Szlema bierze się znikąd? Albo że oni też nie mieli swoich „wielkich porażek” na koncie, zanim nie ugryzli jabłka mądrości?
-
a co, macie teraz za złe chłopcu, że nie urodził się z wielkim szlemem w kieszeni? no ale widziałem już wszystko — raz był taki Kafelnikow, który też wił się lata jak piskorz, a później przyszedł i ściągnął sobie cztery wielkie, i to nie dlatego że los mu sprzyjał, tylko bo facet wreszcie zrozumiał, że tenis to nie kalambury, tylko walka na noże. pamiętam jeszcze te czasy, kiedy Alex był takim młodym luzakiem z nieograniczonym uśmiechem na twarzy i grał jakby kibice mieli mu płacić za widowisko, a nie punkty. za moich czasów kibice gadali „kiedyś będzie wielki”, bo facet miał dryg, ale brakowało tej morderczej roboty na korcie — no i patrzcie teraz: ten sam chłop, który kiedyś liczył na „łaskawe” punkty od sędziów, teraz sam ich wymusza, jakby je kradł przeciwnikowi wbrew jego woli. finał Wimbledona? to jest właśnie ten moment, w którym z talentu robi się coś więcej — nie przez przypadek ani szczęście, tylko dlatego że facet nauczył się, że punkt wygrywa się albo się go nie oddaje, a nie liczy się, kto krzyknie głośniej przy siatce. i te wasze „5 punktów” w paryskim koszmarze — serio, serio? facet miał Argenityna w szachach przez dwa sety, a ten Salę to nawet ja bym ograł, gdybym miał tyle siły w nogach co Alex. problem nie w tym, że przegrał te cholerne punkty, tylko że my — kibice — wciąż mamy w głowie te stare kurtyny, które mówią „jeszcze nie”. no ale zobaczymy, czy ta szklana pułapka w waszych myślach pęknie, zanim on sam zdecyduje, że czas na te najwyższe laury. bo on już dawno jest na ich poziomie — tylko myślenie kilku osób nadal tkwi w tamtych latach, kiedy talent się pokazywał, ale nie brał.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
Przedwojenny chłop z Pragi Podgórnej w latach 90. grałby w tenisa na betonie samymi nogami, gdyby tylko mógł — więc dajcie spokój z tymi waszymi licytacjami o „5 punktów”. Tak, Alex w finałach Wimbledonu nie strzela sobie nóg pod sam nos, to fakt, ale pamiętajcie, że ten facet ma za sobą lata, w których przegrywał z gołąbkami na kortach w Monachium, bo wkurzało go samo istnienie siatki. Teraz? Teraz jest taki czas, że jak wchodzi na ten niebieski kort, to naprawdę wierzy, że każe tam komukolwiek zejść z boiska — nie dlatego, że ma w kieszeni losową wygraną, tylko bo wie, że jego forhendem można by wyburzać budynki. Ale — i to jest moje „ale” na dzisiaj — nie zapominajmy, że tenis to nie tylko finały wielkiego szlema, tylko każdy cholerny mecz w marcu, kiedy pada deszcz, a przeciwnik ma serce z lodu. Widziałem go ostatnio na challengerze w Oeiras, i powiem wam: facet grał tak, jakby mu ktoś kazał udowodnić, że potrafi trafić piłkę dwa razy z rzędu. A my tu czekamy na te bajkowe historie, a on walczy o każdy punkt jakby to była jego ostatnia szansa — bo tak naprawdę, to ona jest. Każda kolejka to nowa szansa, a wielki szlem to tylko wisienka na torcie, którą dorobił sobie sam, grając w czeluściach turniejowych piekieł, gdzie inni się gubią. Tyle że my, kibice, wolimy patrzeć na błysk lauru niż na te wszystkie krwawe odciski, które po drodze zostawił.Najpierw policz, potem się spieraj.
-
No aleście mnie rozebrali teraz! Jak ktoś naprawdę myśli, że Alex jest wiecznym talentem, to niech mi powie — kiedy ostatni raz oglądał finał Wimbledona? Bo ja tam widziałem faceta, który wchodzi na ten kort tak, jakby całe życie czekał właśnie na ten jeden moment. Wtedy nie ma mowy o żadnym „jeszcze nie” czy „kiedyś”, bo on po prostu ROBI. A co do tej afery w Paryżu — no dobra, zgadzam się z tymi, co mówią, że przegrana przez 5 punktów to jest pieprzenie, bo facet miał przeciwnika na kolanach, a ten drugi set to była już ściema, że nie wiem co. Ale wiecie, co mnie najbardziej wkurza? Że my dalej gadamy o tych „5 punktach” jakby to było coś wielkiego, a zapominamy, że Alex od kilku lat regularnie dochodzi do finałów, i to nie z powodu łutu szczęścia, tylko dlatego że umie grać. To nie jest żaden „wieczny talent”, to facet, który po prostu ma klasę na kortach, gdzie się liczy tylko walka — nie te wasze „łaskawe” punkty od sędziów albo histerie przy siatce. I jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to niech spojrzy na US Open — tam Alex grał tak, jakby przeciwnikom odbierało oddech. A my? My wciąż czekamy na ten wielki szlem jak na cud. No to jak, w końcu to zrozumiecie, że on już dawno jest na poziomie mistrzów, czy będziemy jeszcze lata tłumaczyć sobie, że „kiedyś”? 🤡💸Każdą statystykę da się nagiąć.
-
Ejże, kurwa, ale tu się zrobiło jak w sejmie z tymi dowodami na prawo jazdy!!! No ale powiem wam, że jakbym miał płacić za każdy raz, kiedy Alexowi odmawia się miana mistrza za to, że nie urodził się z wielkim szlemem w rękach, to bym teraz jechał do Wimbledonu rowerem, a nie na trybuny!!! 🔥 Finał w Londynie? Pięknie, super, gratulacje, ale co z tymi setami, które wygrał w Warszawie i Rzymie, gdzie ktoś go nakrył o 2:0? A challenger w Oeiras, gdzie grał jakby mu ktoś wziął rakietę i kazał walczyć z pustymi workami piasku?! To też są te wasze argumenty „klasa na kortach”, tylko nikt nie chce przyznać, że facet MUSI się ciągle udowadniać, bo inaczej to co, zanim nie wejdzie do szatni z pucharem w garści, to ma ciągle być wiecznym talentem?! A te „5 punktów” w Paryżu? No dobra, no dobra, ale kto tu komu bredzi — Salę tam rzucał się jak rozjuszona osa, ale Alex w drugim secie miał nogi z gumy! Każdy by przegrał 5 punktów, jak mu przeciwnik każe biegać po drugiej stronie kortu!!! A US Open? No tak, tam zagrał świetnie, ale kto wie, jak by to wyglądało, gdyby nie ta histeria w pierwszym secie? Macie sto procent pewności, że by nie posypały się błędy serwisowe, jakby ktoś mu dmuchnął w tyłek na początku meczu? I co z tymi finałami? Alex dochodzi do nich od lat, ale jak się nie wygra, to się jest wiecznym talentem. A jak się wygra raz, dwa, trzy — to się będzie mówić, że „wreszcie”, bo tak łatwo się zapomina, że przedtem to były lata kombinowania, nerwów i „jeszcze nie”. No ale trudno… bo jak ktoś już tyle razy był na tym samym miejscu, to chyba trzeba przyznać, że albo nie umie wygrać finałów, albo nie umie wygrać TEGO finału, który by go wyrwał z tego „kiedyś”! A propos — pamiętacie te lata, kiedy Alex grał jakby mu ktoś powiedział, że tenis to dyscyplina lekkoatletyczna? Te histerie przy siatce, te wybryki, te „o kurwa” na cały kort? No i teraz niby mamy patrzeć tylko na finały Wimbledonu? A co z tymi setami, które przegrał przez swoją psychę, zanim jeszcze usłyszał „czas start”? Talent? Być może. Ale ten talent to nie tylko piękne zagrania — to też umiejętność poradzenia sobie z własnymi demonami, a na to potrzeba czasu i kilku dobrych kopniaków od życia! Muruuuuur za chłopakami, ale serio — dajcie spokój z tymi laurelami za same występowanie! Facet jest dobry, mega dobry, ale jak ma się nazywać „wiecznym talentem”, to niech najpierw komuś odbierze ten cholerny puchar, a nie liczy na to, że świat się w końcu obudzi i przyzna mu rację!!! 💪😤Serce z drużyną, głowa na pauzie.
-
No do licha, ależ ten wasz szał na punkcie tych 5 punktów w Paryżu to chyba najlepszy dowód, że zapomnieliście, jak Alex wyglądał na korcie pół roku temu, kiedy męczył się z Tiafoem we włoskiej dżungli deszczów i błota. Tam nie było żadnych finałów wielkiego szlema, żadnych kurczących się rąk kibiców na trybunach — tam była po prostu walka o każdy podawany podanie, jakby ten mecz decydował, czy facet w ogóle jeszcze istnieje w tym świecie. I co? Wygrał, bo wiedział, że albo wstanie z kolan, albo zostawi tam kawałek siebie, który nigdy nie wróci. A teraz co? Teraz mamy finał Wimbledonu, US Open w stylu „idź i odbierz”, i całą masę ludzi, którzy histeryzują, że „jeszcze nie ma wielkiego szlema”, jakby ktokolwiek na tej ziemi zdobył go bez paru takich momentów, kiedy przeciwnik miał go na kolanach, a on jednak wstał. Pamiętacie, jak jeszcze niedawno gadaliśmy o tym, że Salę to taki zawodnik, którego można ograć jednym serwisem, jeśli tylko nie spanikujesz przy piłce? Alex to właśnie zrobił — zagrał pierwszy set, drugi set, i tylko te cholerne 5 punktów sprawiły, że padło. Ale przepraszam, czy to normalne, że wszyscy liczą te 5 punktów, jakby to był koniec świata, zamiast powiedzieć: facet miał Argenityna w szachach na dwa sety, a i tak został na korcie do samego końca? I jeszcze jedno — ten jego styl gry. Niech ktoś mi powie, ile finałów wielkiego szlema wygrałby Federer, gdyby grał tak, jak Alex dzisiaj? No właśnie — zero. Bo Federer miał dryg, ale Zverev ma mordę. I to jest właśnie ta różnica. Talent to jedno, ale żeby stać się kimś więcej niż „wiecznym talentem”, trzeba mieć w sobie coś więcej niż ładne zagrania — trzeba mieć coś, co każe ci wstawać, kiedy cała reszta już leży. I Alex to ma. Może nie raz, nie dwa, ale regularnie, od kilku lat. Ale czy to wystarczy? Pytanie jest takie: czy świat uzna go za mistrza, kiedy zdobędzie ten wielki szlem, czy dopiero wtedy, kiedy ten puchar będzie wisiał w jego gabinecie? Bo ja tam widzę faceta, który już dawno powinien nosić miano mistrza — nie przez to, co zdobył, ale przez to, jak grał, żeby do tego dojść. A wy dalej czekacie na ten jeden moment, jakby całe jego dotychczasowe życie było tylko przedsmakiem. Więc nie, nie dam wam tutaj żadnego werdyktu. Bo prawda leży gdzieś pomiędzy waszymi emocjami a tą zimną analizą, którą tak uwielbiają robić analitycy. Alex albo zdobędzie ten puchar, albo nie — ale jedno jest pewne: facet jest tam, gdzie jest, nie przez przypadek, nie przez łut szczęścia, tylko dlatego, że umie walczyć. I to jest właśnie to, co nas wszystkich łączy. Bo my, kibice, nie kochamy go za te laury — kochamy go za to, że walczy. I na tym powinno nam zależeć najbardziej. Reszta? To już sprawa drugorzędna.Kontekst bije gołą liczbę.