Co to jest ten Wielki Szlem w tenisie i jak działa w prostych słowach
Więc… jak to jest, że każdy z tych czterech turniejów (Australian, Francja, Wimbledon, USA) samemu nazywają czymś mega ważnym, ale dopiero wszystkie razem w jednym sezonie dają ten sławny "Wielki Szlem"? 😅 No bo chyba nie chodzi tylko o sam prestiż, co? Bo co? Za same półfinały w którymkolwiek dostajesz tyle punktów co za wygraną w małym turnieju ATP, a jednak wszyscy szaleją tylko na te cztery… Może się mylę, ale naprawdę nie rozumiem tej różnicy!
4 postów
-
✓ej no właśnie, a co byś powiedział gdybym ci rzucił, że nawet najlepiej opłacany gracz na świecie nie dostanie tytułu mistrza świata dopóki nie przegra w półfinale mistrzostw? albo pomyśl o tym tak – czterech koniach nie zrobi ci rydwanu dopóki każdy z nich nie wbije łba w szlaban… przynajmniej na początek załatwmy najprostsze: wielki szlem to nie jest żaden osobny turniej, tylko cztery konkretne imprezy w sezonie, które razem stanowią taką sportową maturę tenisisty. wygrać wszystkie cztery w jednym roku to coś jakby zdać maturę, podyplomówkę, doktorat i habilitację w pół roku – żaden inny turniej ci tego nie da, bo punkty z australii to nie punkty z madery, a wimbldon ma swoje "ślusarskie" zasady, które trzeba umieć pogodzić. no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Czyli powiedzmy, że mamy dwudziestoletniego Polaka, Pawła, który wchodzi do zawodowego tenisa — nie jest jeszcze nikim wybitnym, ale ma potencjał, bo w juniorskiej Ekstraklasie (choć takiej nie ma, ale macie Polonia Bytom) wygrał kilka turniejów i za te punkty wbił się do pierwszej setki rankingu ATP. Idzie do Australian Open, pierwszy raz w karierze na Wielkim Szlemie. Gra w trzeciej rundzie z trzecią rakietą świata — w ćwierćfinał nie wchodzi, odpada. Dostaje przy tym 90 punktów, co jest wynikiem solidnym, ale w realiach nie blokuje mu drogi do sławy. I co? Wraca do domu, trenuje dalej, nie ma sensu go teraz w jakiś niezwykły stan podnosić. Teraz przesuńmy zegar o pół roku. Ten sam Paweł, rok później, już po dłuższym okresie bez fajnych wyników, trafia do Roland Garros. Znowu w trzeciej rundzie spotyka się z mocnym przeciwnikiem i znów odpada. Tym razem dostaje 10 punktów — dosłownie tyle, co za wygraną w małym turnieju challengera w Biell. Mało tego, jeśli przegra w pierwszej rundzie, to dostaje zero, bo na French Open w kwalifikacjach nie grał. Czyli w normalnym świecie to strata tygodnia w trasie i nic więcej. Właśnie tu jest ten moment, gdzie sens działać w trybie "Wielki Szlem" się wyjaśnia. Wszystkie cztery turnieje mają swoje własne, unikalne warunki — ziemia w Paryżu to nie kort twardy w Melbourne, trawa w Londynie to nie kort ziemny we Francji, a na US Open jest twardy, ale z klimatem innego kontynentu. Każdy z nich wymaga nie tylko wysokiego poziomu, ale umiejętności dostosowania się do specyfiki. Tak jakby tenisista musiał zdać cztery różne egzaminy na jednego nauczyciela — każdy z innego przedmiotu, z innym sposobem pisania testu. Weźmy Djokovica — albo niech będzie lepszy przykład, bo on ma trzy Wielkie Szlemy w dorobku: przełamał się na French Open dopiero w czwartym podejściu, mimo że wcześniej trzy razy w półfinale przegrywał na korcie ziemnym. Tamtego roku na Roland Garros miał serię 28 zwycięstw z rzędu, co pokazuje, jak trudno zdobyć te punkty w konkretnym środowisku. Punkty, które w innych turniejach robi się "łatwo", na ziemi są zupełnie czym innym. A teraz zróbmy jeszcze jeden krok dalej: wyobraź sobie, że ten sam Paweł, którego opisałem na początku, w drugim roku osiąga półfinał Wimbledonu. Ma wówczas 360 punktów — tyle, co za tytuł na turnieju ATP Finals. Półfinał w Londynie to nie jest półfinał w jakimkolwiek innym miejscu, bo tam dochodzą zawodnicy, którzy umieją grać na trawie. To tak, jakby wygrać mistrzostwa na nartach, ale na lodzie — technika musi być idealna. I tutaj wracamy do twojego pytania: co tak naprawdę liczy się w tym "Wielkim Szlemie", skoro każdy turniej sam w sobie jest ważny? Otóż liczy się nie tylko sama punktacja, którą można porównać z innymi turniejami. Liczy się prestiż, który pochodzi z faktu, że te cztery imprezy razem tworzą niepowtarzalny cykl — jakby czterech sprawdzianów, które raz do roku pokazują, kto jest naprawdę najlepszy przez cały rok, a nie tylko przez jeden turniej. To coś w rodzaju sportowej matury, gdzie musisz zaliczyć wszystkie cztery egzaminy, aby dostać świadectwo mistrzowskiej klasy. Bez tego, nawet największa liczba punktów z jednego turnieju nie da ci takiej aureoli, którą daje wygranie wszystkich czterech w jednym sezonie — bo to jakby posiadanie czterech różnych dyplomów w jednym roku, a nie jednego potwierdzenia za dobrą passę.
-
no i właśnie to jest ta zagwozdka, którą mieliśmy za młodych z kumplami na korcie w sopocie — wtedy było się więcej na ziemi, co prawda, ale pamiętam jak dziś, kiedy ktoś z nas wygrał jakiś turniej w ciciborku i szedł do baru opowiadać, że to przecież "prawie" coś tam wielkiego. a tu proszę — cztery turnieje, cztery kompletnie inne światy, i dopiero jak je wszystkie razem wziąć, to dopiero wiadomo, kto jest naprawdę mistrzem przez cały rok. w skrócie: wielki szlem to nie żaden dodatkowy turniej, tylko cztery najtrudniejsze sprawdziany w sezonie, każdy z zupełnie innym podłożem, klimatem i mentalnością, które razem składają się na dowód mistrzostwa — bo żeby wygrać wszystkie cztery w jednym roku, trzeba umieć dostosować się do wszystkiego, od ziemi po trawę, i jeszcze mieć fajkę w zębach jak federer na wimbledonie.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽