Czy Polska w Pucharze Davisa wciąż ma szansę na historyczny sukces, czy te marzenia…
Widzicie, ile razy jeszcze polscy zawodnicy będą stawać na starcie Davisa z tą samą nutką rezerwy? Trzynaście lat nieprawdopodobnego wzlotu i spadku – Kafelnikowie, Fyrstenbergowie, Kubot, świat obiegał rekordy, a teraz tylko echo tamtych dni. Prawda jest taka, że nawet najlepsze pokolenie po latach traci impet, ale marzenia kibiców ciągle wisi w powietrzu niczym piłka, której nikt nie sięga do uderzenia. Reszta Europy poszedła do przodu: Hiszpanie odbudowali projekt praktycznie od zera, Belgowie mają głęboką ławę, Włosi myślą o ponownym biegu po salaterę. A my? Próbujemy, owszem, ale gdzie nasza siła, skoro nawet awans do grupy światowej to nie dziś, nie jutro, a wiadomo kiedy – "kiedyś"?
12 postów
-
✓To ja tam zawsze wierzę jak debil w piękną bajkę, ale tym razem SIĘ JĄCZĄŻ 🔥 kurwa że i co? Znaczy, serio, gdzieś jest ten cholerny moment, który nam wszystko odkręci?! 🤬 Przecież kiedyś to myśmy mieli na kortach taką atmosferę, że inni się bali wchodzić nawet, a teraz? AŻUREM pusto, ludzie smętnieją, a facetom brakuje jaja 💪 Bo jak nie to nie, to co to jest?! Nie wierzę, że po tych legendach nie zostanie NIC poza wspomnieniem! Polacy potrafią grać jak diabli, ale że niby nagle mają się poddać bez walki?! Bzdura! NAJPIERW MUSIMY W TEJ GRUPIE ŚWIATOWEJ SIĘ ZAJEBAĆ, ŻEBY KTOŚ ZAUWAŻYŁ, ŻE ISTNIEMY! Inaczej to tylko kolejny "może kiedyś" i tyle! 😱 Ale ja WIEM, że to nie koniec, bo KIBICE NIE ODCHODZĄ, kurwa! Trzeba wcisnąć ten guzik "again" i puścić WOJNĘ O DAVISA, że aż gitary grają na trybunach! 🔴🔥Jeden klub, jedno życie ❤️
-
ej, WiaraLechawierni, naprawdę myślisz że ten aŻur był kiedyś zapełniony po brzegi? pamiętam jak to wyglądało jeszcze za kadencji tych twoich kochanych Kafelników – korty huczały nie tylko od gwaru, ale i od zadymionego humoru kibiców, którzy nie tylko dopingowali, ale i naprawdę wierzyli że się da. dzisiaj z kolei chyba zapomnieliśmy jak ta radość działa, bo przychodzimy na mecze z taką miną jakbyśmy szli na pogrzeb swojego ulubionego psa. a co do samej koncepcji tej drużyny – pamiętasz jak kiedyś ostatecznie o awansie do grupy światowej decydowały nie tylko pojedyncze zwycięstwa, ale cały pakiet: osiemnastoletni debiutanci z pasją, parę cwaniusów zasilających formację i jeden doświadczony staruch, który wie że nie ma już czasu na głupoty? no właśnie, i tu jest pies pogrzebany – dzisiejszy polski tenisowcy to są indywidualiści w najlepszym tego słowa znaczeniu, ale kiedy przychodzi do współpracy w zespole... no cóż, zdarza się że bardziej przypominają tureckich bractw co do siebie strzelają niż kolegów grających do jednego celu. za moich czasów mieliśmy chociaż Lajovića, nie oszukujmy się – facet potrafił rozbawić całą ławkę tak samo mocno jak rzucić nie do przebicia bekhendem. dzisiaj co prawda mamy Kubota, ale on to taki symbol przeszłości, a nie napęd dla nowego pokolenia. i nie chodzi o to żeby znaleźć następnego Kubota – chodzi o to by znaleźć drużynę która się bije nie tylko na korcie, ale i w sercu kibica. jakby ktoś zapytał mnie czy Polska ma jeszcze szansę, to powiedziałbym że owszem – ale pod jednym warunkiem: albo nasi zawodnicy zrozumieją że Davis Cup to nie taki zwykły turniej, tylko spektakl narodowy, albo znajdzie się jakiś szalony trener co wymyśli sposób żeby ich zmobilizować jak się należy. bo bez tej magii, tej iskry w oku, to nawet najlepsze wyniki światowe będą smutne jak zima bez śniegu w Gdańsku.Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
-
No i co znowu ten szum o "spektaklu narodowym", skoro jeszcze niedawno Polacy w Davisie grali jakby mieli na nogach kilo piasku? Tamta sława to nie magia, tylko realne zwycięstwa, a one z kolei to efekt konkretnego planu, nie wiary w bajkę. Hiszpanie nie odbudowali się modlitwami, tylko zespołem z różnych lig, który naprawdę potrafił grać do jednego celu – co naszym teraz brak, skoro każdy z tych indywidualistów woli walczyć o swoje punkty rankingowe, niż o prestiżowy niebieski plastron. Że kiedyś było głośno? Jasne, bo tamci faceci mieli w sobie coś, czego dzisiaj nie widać ani w reprezentacji, ani w podejściu do zespołu. Kubot to nie inhibitor zespołu, tylko dowód, że nawet symbol dawnej chwały nie przekłada się na dzisiejsze wyniki, skoro nie ma nikogo, kto by te resztki charyzmy zebrał w całość. A drużynę, która ma ambicje, buduje się nie na marzeniach kibiców, tylko na graczach, którzy potrafią przejść chociażby ćwierćfinał grupy światowej bez patrzenia na tabelę – bo ta, nawiasem mówiąc, nic nie zmienia w momencie, kiedy liderzy latają między turniejami albo rezygnują z Davis Cup przez kolizję terminarza. Te "trzynaście lat wzlotów i upadków" to akurat dobry przykład, jak szybko znikają idee, kiedy zawodnicy przestają traktować rywalizację drużynową jako coś więcej niż płatny występ. A skoro dzisiaj nikt nie pamięta, że awans do grupy światowej to nie "kiedyś", tylko konkretny cel wymagający regularności – cóż, trudno się dziwić, że marzenia wiszą w powietrzu jak dym z niedopałka.
-
Ostatnio, kiedy rozmawiałem z kolegą po meczu w hotelu tenisowym na Malcie, facet opowiadał mi, jak tamtejszy zespół II ligi walijski walczy o utrzymanie – i szczerze, to mnie trochę przebiło. Patrząc na tabelę bez względu na ligę, zawsze widać ten sam mechanizm: dwie, trzy drużyny wiszą na granicy spalenizny, a dystans do kolejnej pozycji to nie kilkanaście punktów, tylko dosłownie jedna porażka, która może przesądzić. Wracając do tematu – w Pucharze Davisa, nawet gdybyśmy mieli jasne dane, te "zagrożone strefy" zawsze się pojawiają, ale nie o same statystyki tutaj chodzi, tylko o to, że w koszyku koszykiem robi się mniej drużyn. Jeśli przyjrzeć się obecnemu układowi, to właściwie nie ma co się oszukiwać: trzy zespoły z dolnej części tabeli to te, które albo notorycznie tracą punkty w kluczowych meczach, albo po prostu nie potrafią zebrać składu w jednym miejscu, kiedy jest to najbardziej potrzebne. Przypadek Szwecji to dobry przykład – niedawno mieliśmy tam spotkanie ich drugiego zespołu, i choć grają mocną ligę narodową, w reprezentacji brakuje tej ciągłości, której potrzeba, żeby nie dryfować w dół. Podobnie jest z Czechami – kiedyś raj dla tenisowych talentów, teraz coraz częściej walczą o to, żeby nie spaść do klasy niżej. Ale z drugiej strony, nie zawsze chodzi o samą tabelę. Weźmy przykład Chorwatów z zeszłorocznej edycji – weszli do grupy światowej mając w składzie dwóch zawodników z pierwszej pięćdziesiątki rankingu, którzy jednak nie byli w stanie obronić dwóch porażek w pierwszym meczu. I co? Spadli jak kamień. Nie dlatego, że są gorsi, tylko dlatego, że w Davisie punkty idą nie tyle za grę, co za pewną mentalność: kiedy drużyna schodzi poniżej ósmej pozycji w grupie, każdy kolejny mecz to loteria, bo brak bufora punktów sprawia, że jedna niespodziewana porażka potrafi rozwalić cały dorobek. Moim zdaniem, Polska w tej chwili nie jest aż tak blisko "strefy krytycznej", bo jednak mamy korzystne rozłożenie grupowe przez lata – ale to nie znaczy, że nie wisimy nad przepaścią. Problem tkwi głębiej: nie w konkretnych wynikach, tylko w tym, że nie mamy jasnej strategii na poziomie federacji, która by mówiła: "oto nasze trzy priorytety w sezonie, a reszta schodzi na dalszy plan". Dopóki każdy z naszych graczy będzie myślał głównie o własnym rankingu, dopóty te "zagrożone" zespoły będą się pojawiać coraz częściej – niekoniecznie na dole tabeli, ale w każdej grupie, gdzie liczy się nie tylko indywidualna forma, ale umiejętność połączenia się w drużynę.
-
No to teraz się roześmiałem na widok tych wszystkich "może kiedyś" i fanaberii kibicowskich, bo widzicie, tu wcale nie chodzi o to, że Polacy nie potrafią grać – tylko że nikt nie chce się zgodzić na to, że Davis Cup to nie mistrzostwa świata w jednym meczu, tylko wojna na wielu frontach naraz. Sama historia nam pokazuje, że kiedy drużyna ma jednego lidera, który potrafi wciągnąć innych w ten zespółowy amok, to nawet bez super drużynowych formacji da się coś ugrać – ale dziś? Dziś mamy tyle indywidualnych gwiazd, co kurz na trybunach AŻURA. Kubot lata gdzie indziej, a nowi faceci albo grają tylko dla rankingu, albo wręcz odpuszczają, bo w kolizji terminarza Davis schodzi na dalszy plan – i to jest właśnie ten moment, w którym marzenia o awansie do grupy światowej stają się ulotne jak dym z niedopałka. Nie wiem, jak tam u was, ale ja bym postawił na to, że w obecnym układzie – gdzie nawet Hiszpanie musieli walczyć o utrzymanie swojej pozycji – Polska najwyżej walczyć będzie o miejsce w środku tabeli grupy światowej [BK ~5.00], a szansa na spadek pozostaje realna, jeśli ta tendencja do "zapominania" o Davis Cup się utrzyma. Bo nie o braku talentów chodzi, tylko o tym, że dzisiaj każdy mecz reprezentacyjny to loteria: albo któryś z naszych trafi na dobry dzień i wywalczy punkty, albo wszystko poleci w diabły przez dwie porażki na starcie. I nie oszukujmy się – bez mocnego fundamentu mentalnego, te punkty będą ulotne jak zeszłoroczny śnieg w Gdańsku. 😭
-
Słuchajcie, ale czy ktoś z was pamięta, jak to było na początku XXI wieku, kiedy to jeszcze w Polsce tenis był sportem marginesowym, a nagle przychodzi ta cała paczka z Kuźnią Talentów – Kafelnik, Kubot, Fyrstenberg – i dosłownie wylewa się potencjał? Miałem wtedy osiemnaście lat, chodziłem na korty akademickie w Morach, bo tam właśnie treningi odbywały się na otwartej oczynie pod prysznicem z pleśnią. A oni? Oni grali Davis Cup tak, jakby to była wojna – nie dla punktów, nie dla sławy, tylko dlatego, że mieli w sobie coś, czego dzisiaj brakuje: tę bezczelną wiarę, że nawet jeśli przegramy, to i tak wrócimy następnego roku i znowu się wściekniemy. Dzisiaj mamy nowych zawodników, no nie przeczę, są mocni – patrzę choćby na tego młodego z Gliwic, który w zeszłym roku dobił do setki rankingowej. Ale pytajcie go, jak się czuł w reprezentacji, kiedy w grupie światowej musiał grać z facetami, którzy traktują Davis jak ćwiczenie z aerobiku. Tamci faceci z Kuźni Talentów potrafili się posprzeczać w szatni, ale na korcie mieli jeden cel: nie poddać się jako zespół. Dzisiaj? Słyszałem od znajomego sędziego, że niektórzy nasi zawodnicy nawet nie rozmawiają między sobą przed meczami – żeby nie zakłócać swojej "prywatnej rutyny". A potem się dziwią, dlaczego kibice tracą wiarę. Wystarczy popatrzeć na debla – kiedyś mieliśmy Kubota i Fyrstenberga, którzy potrafili wygrywać mecze, których inni unikaliby się od stresu. Dzisiaj? Debel to loteria: raz mamy połączone siły, raz – dwie samotne dusze w pielgrzymce po własnych punktach rankingowych. A przecież Davis Cup żyje od tego, że nie liczy się tylko singiel – liczy się ten jeden moment, kiedy ktoś z ławki wbija się w grę i robi coś niesamowitego, bo wie, że jest częścią czegoś większego. Można by rzec: "no ale jesteśmy w grupie światowej, mamy stabilizację". Stabilizację? Przecież stabilizacja to stan, w którym nie widać, że coś idzie w złym kierunku – a my się po prostu nie ruszamy. Hiszpanie odbudowali się dzięki programowi, który wymagał od juniorów grania w drużynowych mistrzostwach nawet wtedy, kiedy mieli lepsze oferty z imprez ATP. My? Mamy juniorskie mistrzostwa, mamy ligi, ale gdzie ta ciągłość? Gdzie ta zasada, że reprezentacja to priorytet? I nie chodzi o to, że brakuje talentu – talentów jest więcej niż kiedykolwiek. Chodzi o to, że dzisiaj młodzi nie widzą w Davisie szansy na spełnienie marzeń, tylko kolejną pozycję do odfajkowania w kalendarzu. Dopóki federacja nie zrozumie, że ten turniej to nie tylko kolejny mecz, tylko szansa na zbudowanie czegoś więcej niż rankingowa pozycja – dopóty te "spektakle narodowe" będą niczym innym jak mrzonką kibiców i wymówką dla zawodników. A ja pamiętam czasy, kiedy kibice nie potrzebowali wymówek – oni po prostu wierzyli. I to właśnie ta wiara była siłą, którą dzisiaj trudno znaleźć nawet na trybunach.
-
ej, SejbekGornik, ty tam akurat powiedziałeś coś, co aż mnie zabolało – bo niby młodzi nie widzą w Davisie spektaklu, tylko pozycję do odfajkowania? Toż ja pamiętam jakieś osiem lat temu byłem na meczu z Meksykiem w Krakowie, a tam przyjechało sto pięćdziesiąt kibiców w koszulkach i ze śpiewnikami, niektórzy z trąbami jak na mundialu. I co? Mecz przegraliśmy 2:3, ale atmosfera była taka, że każdy szedł do domu z uśmiechem, bo wiedział, że to nie było zwykłe spotkanie – to była WOJNA O DZISIEJSZĄ POLSKĘ NA KORCIE. Dzisiaj niby grają ci sami zawodnicy, co w singlu, ale w debla coś takiego strasznie brakuje. Weźcie Kubota – facet wprawdzie już lata po turniejach seniorsów, ale kiedy był w stanie, to potrafił zagrać tak, że na trybunie aż szkło drżało. Teraz? Mamy dwóch młodych, którzy nawet nie znają się na tyle, żeby popatrzeć na siebie, jak jeden drugiemu wali bekhendem. I nie chodzi o to, że są słabi – oni po prostu nie wierzą, że coś więcej od nich oczekuje się poza wynikiem indywidualnym. A wiecie co było największym problemem w tamtym meczu z Meksykiem? Przegraliśmy, ale nikt nie narzekał na drużynę – narzekaliśmy na sędziów, na kiepską siatkę, na to, że piłka była za wolna. Ale nigdy na kolegów! Dzisiaj co drugie spotkanie to lawina pretensji w mediach: "dlaczego nie zagrał?", "dlaczego on gra?", "a co z moim rankingiem?". Jakbyśmy żyli w czasach, kiedy każdy facet myśli, że reprezentacja to taka dodatkowa nagroda za to, że nieźle gra w grze podwórkowej. I nie mówię, że tych nowych nie stać na emocje – ale kto im to pokaże? Kubot lata gdzie indziej, a federacja wysyła nas na turnieje jakbyśmy mieli zrobić miejsce dla większych gwiazd w kalendarzu. Młodzi nie widzieli Kafelników, nie widzieli, jak tenespół potrafił się bić nawet wtedy, kiedy nie było szans. Dzisiaj nie ma nikogo, kto by im powiedział: "słuchaj, to nie jest turniej – to jest walka o to, żeby następne pokolenie miało kiedyś znowu co wspominać". Ja tam wierzę, że jeszcze nie wszystko stracone – ale nie dlatego, że coś się samo ułoży. Tylko dlatego, że jeśli dzisiaj znajdzie się jeden szalony trener albo jeden zawodnik, który zdecyduje, że Davis to nie tylko kolejny występ, to reszta może się złapie. Tak jak wtedy, kiedy Kubot pierwszy raz wyszedł na kort w barwach narodowych – nikt nie wierzył, że da radę, a on wygrał trzy mecze z rzędu i wszyscy zapomnieli o jego problemach z kolanem. Dzisiaj wystarczy, że jeden z naszych trafi na dobry dzień, i już mówią, że to cud. Ale cudu nie będzie, jeśli dalej będziemy traktować ten turniej jak resztę imprez ATP. Trzeba wrócić do korzeni – do tej bezwzględnej wiary, że nawet jak przegramy, to wrócimy następnego roku i znowu się wściekniemy. Bo inaczej te "spektakle narodowe" będą tylko wspomnieniem, które ludzie będą opowiadać swoim wnukom, że "kiedyś było fajnie, ale teraz to już nie to". A ja wolę, żeby moje wnuki kiedyś usiadły na trybunie i poczuły, że ten mecz to coś więcej niż tylko gra wstępna przed wielkim finałem.Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
-
ej, no dobra, ale czy wy naprawdę myślicie, że cały ten hałas o "zmarnowane pokolenie" to tylko smutna nostalgia starego szalika z AŻURA? bo ja tam wtedy, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym, siedziałem na trybunie obok faceta z papierosem w ręku, który krzyczał na sędziego w języku, który bardziej przypominał śpiew niż doping – i wiecie co? nic z tego nie było fajne w sensie sportowym, bo przegraliśmy 1:4 z Francuzami, ale atmosfera była taka, że nogi bolały następnego dnia od chodzenia po trybunach. dziś nikt już nie potrafi wytworzyć tej charyzmy, nie dlatego, że brakuje talentu, tylko że nikt nie pamięta, że Davis Cup to nie turniej – to wojna na kilka frontów, gdzie liczy się nie tylko umiejętność odbicia piłki, ale i to, czy jesteś gotowy walczyć razem z tym facetem, który wczoraj cię upokorzył w singlu. te mecze z Meksykiem albo Chorwacją są dowodem, że kibice wciąż czekają na coś więcej niż punkty rankingowe – chcą widowiska, które da im prawo powiedzieć: "byłem tam i czułem, że to coś więcej". tylko że dzisiaj ta magia zanika jak lato w październiku, bo zawodnicy myślą głównie o własnych kontraktach, a federacja pakuje ich w taki grafik, że na Davis nie starcza ani sił, ani ochoty. ale żeby powiedzieć, że marzenia o sukcesie odeszły w zapomnienie? nieee, jeszcze nie teraz – bo nawet jeśli nikt nie zbuduje nowej Kafelników, to wystarczy jeden mecz, jedna postawa, jeden moment, w którym ktoś z ławki wbije się w grę tak, jakby grał o życie. i pamiętajcie, ludzie: kiedyś Kubot potrafił wygrać cały turniej solo, ale dziś nikt nie ogląda pojedynków na korcie – wszyscy patrzą na tabelę, jakby to była święta księga. a tabela nigdy nie da wam tej radości, którą dają trybuny, kiedy facet z przeciwka wbija serwis w dziesiątkę i wali pięścią w powietrze jakby wygrał mistrzostwo świata, choć to tylko kolejny mecz Davis Cup – no ale zobaczymyWidziałem już wszystko, chłopaki.
-
Ostatnio, kiedy rozmawiałem z kolegą po meczu w hotelu tenisowym na Malcie, facet opowiadał mi, jak tamtejszy zespół II ligi walijski walczy o utrzymanie – i szczerze, to mnie trochę przebiło. Patrząc na tabelę bez wzglę…@Spalony228 fajnie to opisałeś, naprawdę. Też się zdziwiłam, kiedy koleżanka z baru opowiadała o tym Walijczyku, co ledwo utrzymują drużynę w II lidze – mówiła, że jeden mecz w ich życiu potrafi zadecydować o wszystkim, bo strata paru punktów to koniec marzeń o lepszym sezonie. W sumie straszne, że tak to działa, ale chyba ma sens, prawda? Tylko pytanie – jak to w ogóle jest, że taki mały kraj jak Walia albo Czechy trzyma się jakoś w Davisie, a my, mając ciut lepsze obiekty i więcej ambitnych juniorów, ciągle jesteśmy na granicy? Przecież powinniśmy mieć ten luksus, żeby nie walczyć dosłownie o każdy mecz, a widać, że jednak nie… 😅 Co Wy na to?Uczę się od starszych, bądźcie wyrozumiali 🙏
-
@Spalony228 fajnie to opisałeś, naprawdę. Też się zdziwiłam, kiedy koleżanka z baru opowiadała o tym Walijczyku, co ledwo utrzymują drużynę w II lidze – mówiła, że jeden mecz w ich życiu potrafi zadecydować o wszystkim, …@OlaKolejorz wcale się nie zdziwiłaś – bo masz rację, w tym mechanizmie chodzi o coś więcej niż sport. Weźmy choćby Czechów: mają system, w którym juniorskie mistrzostwa kraju to nie tylko ranking, ale przede wszystkim obowiązkowe mecze drużynowe, nawet jeśli junior ma lepsze oferty z imprez ITF. Tamtejsza federacja jeszcze w latach 2010-tych zadecydowała, że Davis Cup to priorytet, i dzisiaj płaci za to twardymi punktami. My? Mamy juniorskie mistrzostwa, mamy ligi, ale gdzie ta ciągłość – że zawodnik z Gliwic gra w reprezentacji juniorów, potem w seniorskiej, i wie, że ten sam zespół, który trenował w 16 lat, będzie z nim walczył w grupie światowej? Pamiętam, jak lata temu rozmawiałem z jednym z trenerów akademii w Gdyni – mówił, że jego podopieczni w ogóle nie znają reguł Davis Cup poza tym, że "trzeba grać, jak się zagra". A tamci faceci z Kuźni Talentów? Oni grali nie dla punktów, tylko dla tego jednego momentu, kiedy kibice na AŻURZE wstawali razem, choćby mecz był przegrany. Dzisiaj młodzi myślą, że reprezentacja to dodatkowa opcja – a nie fundament, na którym buduje się karierę. I jeszcze jedno: kiedy Hiszpanie walczyli o utrzymanie swojej pozycji w grupie światowej, zrobili coś, czego my nigdy nie zrobiliśmy – włączyli do składu juniorów, którzy mieli szansę nauczyć się od starszych. My? Wysyłamy naszych najlepszych do turniejów ATP, a do Davis Cup dobieramy tych, którzy akurat mają wolny termin. I pyta Pani – dlaczego Walia trzyma się w II lidze? Bo oni wiedzą, że każdy mecz to walka o wszystko, a my tracimy te punkty, bo nie traktujemy turnieju poważnie. Tamci zawodnicy grają, jakby mieli nóż na gardle – u nas? To tylko kolejny występ.
-
ej no co wy bredzicie! 😱 jakie "szanse na sukces" w Davisie kiedy nasi nawet nie wiedzą, że grają w ZESPOLE! Ja byłem na meczu z Meksykiem w Warszawie, niech ktoś powie, że kibice mieli dobre wiadomości – atmosfera była jak na meczu piłkarskim Legii! Ludzie śpiewali, trąbili, a zawodnicy? Wychodzą tak, jakby mieli na nogach ciążę wielkości dziesięciokrotnego AŻURA! 🔴🔥 Spójrzcie na Kubota – facet latał z nami po korcie jak szalony, a dzisiaj nasi młodzi nawet nie gadają między sobą przed meczem! No ale trudno, jeszcze powiem jedno – jak im federacja nie powie, że Davis to nie rozgrzewka przed ATP, tylko WOJNA, to dalej będziemy w tym samym miejscu! Może któregoś roku wkurzony trener walnie pięścią w stół i krzyknie "DO DYBANIA, GRACIE JAK ZWIERZĘTA!" – wtedy może coś się ruszy. Bo teraz to tylko kolejny występ, nie spektakl, nie walka. A my chcemy widowiska, nie marzeń kibiców z facebookowych grup! 💪🔥Swoich się nie zostawia.