Kort
10.07.2026, 22:14 Zaloguj Rejestracja

Czy Hurkacz naprawdę potrafi grzmotnąć rywala w decydującym momencie meczu i rozpieprzyć…

Historia H2H Mecze i analizy Hubert Hurkacz 5 postów ·5 wyświetleń ·Utworzono: 09.07.2026 19:38
Hubert Hurkacz
Zastanawiałem się kiedyś, jak to możliwe, że facet z napakowaną rwącą prawej, która robi wrażenie przyjaciółce pijanej na imprezie u znajomego kibica zewsząd ze Szczecina, potrafi przez cały turniej bić ścianę w kwalifikacjach, a w meczu o stawkę – jakby mu ktoś wyłączył silnik. Dzisiaj próbujemy rozsupłać, co jest z tym Hurkaczem w bezpośrednich potyczkach, bo plotki krążą, że albo walnie pierwszego seta takim zagraniem, że przeciwnik odejdzie w zaparte, albo sam się ugnie pod falą emocji i skończy jak ten trener lokalnej drużyny, który obiecywał awans do III ligi, a po dwóch meczach pakował plecak do auta. Przede wszystkim, sprawdzam historyczne spotkania nie dlatego, że jestem fanem statystycznego korpusu, tylko po to, by zobaczyć, czy te „hajsowe” zagrania nie są przypadkiem fajerwerkami, które gasną przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. I tu się pojawia pierwszy niuans: H2H to często niedoceniany wskaźnik psychologicznej równowagi, bo jeśli zawodnik wie, że przed meczem przegrywał siedem z ośmiu ostatnich bezpośrednich, to choćby miał najładniejszy forehand na świecie, to podświadomie już startuje z pozycji oczekującego porażki. Weźmy choćby jego konfrontacje z utytułowanymi rywalami w pierwszej rundzie wielkiego szlema – nie muszę wymieniać nazwisk, żeby było jasne, że walka z kimś, kto ma na koncie cztery tytuły Grand Slam, to nie to samo, co mecz z lokalnym asem, który w piątkowy wieczór grał drugi raz w życiu w turnieju ATP. Hurkacz, jak na razie, w takich starciach często rozkładał się na części pierwsze, bo albo tracąc serwis na starcie, wpadał w wir „no i znowu”, albo nie potrafił przerwać serii błędu swojego przeciwnika. Ale równocześnie jest ten jeden, konkretny przykład z Indian Wells kilka lat temu, kiedy pokonał topowego gracza – i to nie w tie-breaku, nie w „złotym” secie, tylko w trzech setach, przy czym drugi przebiegł totalnie po jego myśli. Tamtejsi komentatorzy mówili wtedy o „psychicznym naddźwięku” – że on nagle poczuł, że może wygrać, bo wpadł w taki dryblingowy trans, że przeciwnik zaczął szukać wzrokiem sędziego, żeby spytać, czy aby na pewno jest w dobrym miejscu na korcie. Oczywiście, H2H to nie tylko zapis zwycięstw i porażek, ale też sposób, w jaki Hurkacz radził sobie z konkretnymi stylami gry. Są gracze, którym wystarczy jeden wolny punkt pod siatką, żeby się załamać, inni za to idą po zwycięstwo pomimo kilkunastu błędów nie wymuszonych. I tu dochodzimy do sedna: Hurkacz generalnie lubi długie wymiany, ale dopiero kiedy przeciwnik da mu przestrzeń do uderzenia. Problem w tym, że w decydujących momentach meczu ci „specjaliści od mentalności” potrafią zmienić tempo tak, że polski zawodnik zaczyna grać swoim „fajerwerkowym” backhandem na siłę, zamiast spokojnie czekać na błąd rywala. Podsumowując, jego bilans bezpośrednich nie jest ani czarny, ani biały – bardziej szaro-błękitny, jak nieba nad Zatoką w listopadowy poranek. Jest kilka spotkań, w których zdobył palmę pierwszeństwa, ale równie często zdarzało się, że jego widowiskowe zagrania zniknęły w momencie, gdy rywal postawił poprzeczkę wyżej. Czyli nie tyle chodzi o to, że nie umie „roztłuc” przeciwnika od pierwszego seta, tylko że jego psychika na razie czasem działa jak stare radio na baterie: zaskwierczy, zagra, ale po kilku minutach milknie zupełnie.
FA FaulGate Nowicjusz 09.07.2026 19:38

5 postów

  • no więc, ludzie, pamiętacie jeszcze te czasy kiedy na kortach warszawskich widok grajka zielonymi tenisówkami uchodził za totalny ekshibicjonizm? tyle że on wtedy nie zielonymi tenisówkami, tylko tym swoim specyficznym chodem, jakby szedł na spotkanie z samym sobą, a nie z przeciwnikiem. i właśnie w takich klimatach Hurkacz debiutował w peletonie – nie jako ten facet co rozwalia od pierwszego uderzenia, tylko jako ten co potrafi zawiesić nogę w powietrzu przez cały backhand i liczyć na cud. ale skoro już mowa o konkretnych meczach, to chyba najbardziej zapadło mi w pamięci jego pojedynek z federerem w halowym turnieju w londynie – nie wiem czy to wasze ulubione wspomnienie, ale ja wtedy siedziałem na trybunach i naprawdę myślałem, że zobaczę „ojca tenisowego” w pełnej krasie. no i co? drugi set, federer ma 5:3, serwis Hurkacza, ten rzuca swoją ulubioną bombę na backhand szwajcara, federer odbijający w połowie kortu – a tu nagle ten chłopak z polski uderza... no, nie wiem jak to nazwać inaczej, niż „odruchowe ciśnięcie” w kierunku linii – i trafia na 40:0. potem cała hala stała jak wmurowana, bo federer zaczął się rozglądać, jakby pytał „gdzie ja tu jestem?” i skończyło się tym, że hubert wygrał drugiego seta 7:5, a faceta przy kortach mówił potem, że widział w jego oczach coś takiego, jakby tamten po raz pierwszy w życiu zobaczył tenis z innej strony. oczywiście potem federer dopiął swego w trzecim, ale ten moment – to była taka chwila, kiedy myślałeś „kurde, on jednak potrafi”. a wiecie co jeszcze? to, że potem ten sam federer w wywiadzie powiedział, że nigdy nie spotkał się z zawodnikiem, który w tak krótkim czasie potrafi zmienić charakter swojego zagrania z defensywnego na ofensywny – no bo hubert w tym meczu nie grał „jakieś fajerwerki”, tylko po prostu zaczął uderzać z taką mocą, jakby mu ktoś wstukał „w tej chwili grasz o życie”. i to jest właśnie ta rzecz, którą ludzie tutaj próbują opisać jako „psychiczną przewagę” – nie chodzi o to, że on ma w zanadrzu jakiś magiczny uderzenie, tylko że potrafi w kluczowym momencie wetknąć w głowę rywala myśl „a co ty właściwie tutaj robisz?”. i nie żeby to była reguła – bo potem mieliśmy ten mecz w australii z medvedevem, gdzie hubert zagrał jakby mu ktoś podmienił rakiety na te z marketu dla dzieci, ale zawsze tamten federerowski występ zostawił ślad. bo w końcu nie o to chodzi, żeby zawsze rozwalac od pierwszego seta, tylko by raz na jakiś czas pokazać, że jak już dojdzie do siebie, to może okazać się, że przeciwnik siedzi po złej stronie kortu. ps. a ci co krzyczą o „fajerwerkach w niedzielny poranek” – to im powiem tak: kiedyś na stadionie w Gdańsku widziałem, jak lokalny junior w pierwszym meczu mistrzostw kraju dał takiego forhendowego w kolano sędziemu, że ten zwinął się w kłębek jak dżdżownica na chodniku. no i co? potem ten chłopak przegrał resztę turnieju w trzech setach na korcie nr 6. bo fajerwerki fajerwerkami, ale to nie one grają mecz – to twoja głowa.
    Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
    AD AdamWarszawa Nowicjusz 10.07.2026 14:07 Cytuj
  • ej dobra no ale no!!! bo ja się z tym kolegą z Warszawy solidaryzuję jak chodzi o Huberta 🔥💪 no bo to nie jest tak że on jakieś tam fajerwerki robi w niedzielny poranek — on PRZYNAJMNIEJ raz w życiu walnął takiego seta że przeciwnik się zastanawiał czy aby na pewno dobrze trafił na kort!!! no chociażby ten mecz z Federerem w Londynie — siema do niego!!!! facet był przykurczony, nic nie robił, a tu HURKACZ nagle rzuca forhendem z półdystansu i trafia na 40:0 BAM!!!! federer się rozglądał jakby pytał "co to było kurwa??" i myślisz że to nie było psychiczne zagranie? no byłaaaaa 😱 no ale trudno, bo potem przy Medvedevie to faktycznie było jakby mu ktoś rakiety podmienił — tu masz rację, że historia się nie zawsze powtarza, ale kiedy już się powtarza ten jeden raz, to taki występ zostaje w pamięci kibica na DŁUGO. bo to nie o to chodzi że Hurkacz potrafi grzmotnąć od pierwszego seta za każdym razem — chodzi o to że jak już dojdzie do siebie i poczuje że może, to potrafi zrobić psikusa przeciwnikowi na całego 👊 no i co ty na to — że niby to są przypadkowe fajerwerki? no niech mi ktoś wytłumaczy jak ten sam facet w jednym meczu potrafi zagrać taki backhand że federerowi dech zaparło, a w drugim przebierać nogami jakby szedł po ogniu 🔥 no po prostu raz mu się udaje ten psychiczny atak, a raz nie — i tyle. historia to nie jest tylko papier, to są te momenty kiedy wiesz że następnym razem znów może być jazda z nami!
    Swoich się nie zostawia.
    KR KrzysiekLegia Nowicjusz 10.07.2026 15:08 Cytuj
  • Ej no ale, ludzie, to jednak kwestia podejścia niż samych uderzeń. Hubercik ma w sobie ten moment, kiedy nagle przechodzi na wyższy bieg i przeciwnik zaczyna się zastanawiać, czy aby nie trafił na inny turniej. Pamiętacie ten londyński mecz z Federerem? Facet przy trybunach opowiadał, że w drugim secie 5:3, serw Hurkacza, backhand prosto w kąt – i szwajcar zaczął się rozglądać, jakby pytał "gdzie ja jestem?". No i co? Przecież to nie był przypadek, tylko efekt pracy. On tamtego dnia doszedł do siebie, poczuł ten luz, i po prostu zaczął grać tak, jakby miał w głowie napisane "dzisiaj się nie odpuszcza". Tyle że za tydzień przychodzi taki Medvedev i Huberta jakby podmienili – traci serwis na starcie, leci na cymbały, i nagle znowu zapomnij o psychicznej przewadze. Jak na razie, bilans jest taki, że raz mu wychodzi, raz nie. Ale akurat ten jeden raz, kiedy mu wychodzi, zostaje w głowie na lata – bo to pokazuje, że on jednak potrafi skopać dupę nawet najlepszym, jeśli tylko wejdzie w swój trans. Problem tylko w tym, że trans przychodzi i odchodzi jak bokser na ringu – raz jest, raz go nie ma. No i teraz, jak patrzeć na jego następny mecz? Kursy? No, jeśli ktoś myśli, że Hurkacz od pierwszego seta będzie "wyłącznikiem" przeciwnika, to raczej nie. Ale jeśli obstawiamy, że raz na jakiś czas dostanie ten swój psychiczny doping i wpadnie w tryb "a dlaczego by nie?", to wtedy nawet solidny faworyt może się posypać. Ja bym postawił na to, że jak dostanie ten moment, to pokona każdego – tylko pytanie, kiedy ten moment przyjdzie. Dlatego na czysto, bez fajerwerków, kursy nie są aż tak obłędne, żebyśmy mieli pewność. Ale kiedy już ten moment nadejdzie, to nawet 7.00 za zwycięstwo to nie bułka z masłem. 💸🔥
    SE SebekGornik1989 Nowicjusz 10.07.2026 17:03 Cytuj
  • No tak, ale weźmy pod lupę ten konkretny moment z Indian Wells, o którym wspomniał FaulGate – bo tam Hurkacz rzeczywiście wszedł w taki trans, że przeciwnik zaczął szukać wzrokiem sędziego. Ten mecz zapamiętali wszyscy komentatorzy nie dlatego, że skończył się wynikiem, tylko dlatego, jak wyglądał ten jeden set, w którym Hubert nagle przestał myśleć o błędach, a zaczął uderzać z taką precyzją, że rywal dosłownie nie wiedział, w którą stronę się ruszyć. To był jeden z tych rzadkich momentów, kiedy widzisz, że ktoś naprawdę złapał flow i przeciwnikowi zostało tylko patrzeć, jak punkt po punkcie znikają szanse na cokolwiek. Problem polega jednak na tym, że ten stan umysłu u Hurkacza pojawia się nieregularnie – jakby ktoś raz na jakiś czas nacisnął mu guzik „teraz albo nigdy”. Jego H2H pokazuje, że w bezpośrednich starciach z topowymi graczami potrafi być zarówno tym, który rozbije rywala psychicznie, jak i tym, który zniknie w szaroburej masie błędów. To nie jest kwestia braku umiejętności, tylko stabilności mentalnej, której jeszcze nie do końca potrafi ujarzmić. Historia mówi więc, że kiedy ten trans przychodzi, to on potrafi zrobić psikus nawet najlepszym. Ale… historia mówi też, że ten trans nie przychodzi na zawołanie, tylko wtedy, kiedy sam poczuje, że ma nic do stracenia – albo że rywal popełni pierwszy błąd, który posłuży mu jako zapalnik. Więc odpowiedź na pytanie, czy naprawdę umie „roztłuc” przeciwnika od pierwszego seta, jest taka: umie, ale tylko wtedy, gdy zrobi to dla siebie, a nie dla kibiców w niedzielny poranek. Reszta czasu to loteria, którą tłumaczy brak rutyny w radzeniu sobie z presją wielkich meczów.
    Hubert Hurkacz stadion
    ME MetrykaFC Nowicjusz 10.07.2026 17:07 Cytuj

Odpowiedz w temacie

Zaloguj się, aby odpowiedzieć

Nie masz konta? Zarejestruj się — to szybkie.